Święto, święto i po święcie…

Święto, święto i po święcie…

Święto demokracji – wolne wybory (samorządowe) – za nami. Dogrywki prezydenckie – przed. Pisząc, nie znam wyników, nie dlatego nawet, że jak to było w dawnym dowcipie: „Wybory odwołali, bo wyniki zginęły”, ale o kilka dni za wcześnie, o kilka bram za daleko. Powinny to być radosne dni, wszak spieramy się o inną, nową, bardziej przyjazną Polskę – miasto, wieś. Żeby lepiej i dostatniej się żyło ludziom, żeby byli szczęśliwi i spełnieni, zdrowi i bezpieczni. Żeby mieli poczucie, że to wszystko jest „po coś”. Że daje nam to organizacja społeczna, zwana demokratycznie wyłonioną władzą. Że teraz zadba o to, co obiecała, co nam niezbędne, co ważne i istotne, co przydatne i korzystne, co rozwojowe i przyszłościowe. Że nadejdą ci nowi/nowe albo sprawdzeni/sprawdzone, że wyciągną wnioski, naprawią błędy, zasypią doły, udrożnią, umożliwią, zapoczątkują, tchną, wesprą, wymyślą, skorzystają z doświadczeń innych miast, miasteczek, wiosek, regionów, a nawet landów. Że nawet nie wiedząc wszystkiego, czego wszak nikt od nich nie oczekuje, otoczą się tymi, którzy albo wiedzą i umieją, albo potrafią zapytać. Wiedzą, gdzie i kto może pomóc. I że, summa summarum, czy będzie zmiana, czy kontynuacja – będzie dobrze, będzie lepiej, bo właściwie dlaczego nie?

Kiedy zmuszam się do przeczytania powyższych mrzonko-bredni, pustosłowia, życzeniomyślnych farmazonów – łeb pęka, kroku zrobić się nie chce. Jakiego kroku??? Usiąść nawet się nie chce. Położyć się odechciewa, może tylko czołganie się byłoby na miejscu.
Może przesadzam, histeryzuję, lamentuję ponad wymagany poziom, skądinąd może zmęczenie; a gdyby tak dostrzec, ile jest nowych twarzy, ile naprawdę świeżych i uczciwych propozycji, nowego języka, niespartaczonych zamierzeń, koalicji, odnowieńczych pomysłów?

Ale niestety. Mam depresję wokółwyborczą, widzę tylko coraz większego, strasznego, czarnego psa wyborów, który dyszy nade mną wyłącznie czystą żądzą władzy. Gdzie sieje się strach, żeby zebrać krwawą burzę. Gdzie pustosłowie i głupota konkurują z podłością, małością i swojskością. Gdzie regułą jest brak jakichkolwiek reguł, gdzie odpowiedzialność za słowa jest pustym obłokiem. Gdzie obietnice gruszek na wierzbie są jedynym realnym zobowiązaniem w porównaniu z tym, co wygadują, wyrysowują kandydujący i kandydujące. Gdzie nie możesz rozróżnić, gdzie kłamstwo, a gdzie fałsz, gdzie fake, a gdzie zwykła, dobroduszna manipulacja, gdzie tylko absurd, a nie paradoks, gdzie zatrucie, a gdzie detoks.

Można powiedzieć: czas leczy rany, nic takiego się nie stało (Polacy…), nie takie zasypywaliśmy podziały i nie takie wyrównywaliśmy rachunki krzywd, i straszliwsze spłacaliśmy niespłacalne kredyty. A to dopiero przedsmak, zaliczka na poczet walki na śmierć i życie w boju o euromandaty i potem o miejsce w polskim sparciałym parlamencie. Nie mówiąc już o wyborze do niczego nam niepotrzebnego prezydenta. Teraz wyprowadzono działka szybko- i nieustającostrzelne, potem przyjdzie czas na haubice i czołgi, samoloty i bomby. Polityka jako wojna zawsze cieszyła się wielkim mirem (wojna – mirem, he, he). W naszym zmilitaryzowanym imaginarium nacjonalistycznym tylko wojny cieszą się powszechną zgodą, uznaniem, aplauzem, bezkrytycznym zapomniczeniem (no chyba że trzeba odpomniczyć poległych żołnierzy radzieckich, to wtedy dawaj – wspólne odpomniczanie). Swoją drogą, jak można pisać w gazecie pod zdjęciem pokazującym skuwane młotami pneumatycznymi tablice pomnika Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, wyburzonego właśnie w parku Skaryszewskim w Warszawie, że płyty z inskrypcjami trafią do muzeum albo do zbiorów, kiedy gołym okiem widać, że zostały ostatecznie zniszczone, zdemolowane, pokruszone. Barbaria ustaw goni barbarię czynów, nawzajem się napędzają. A potem my im zburzymy? Tych Janówpawłów, Lechówkaczyńskich, Ogniów, Łupaszków, innych domorosłych faszystów?

Jerzy Giedroyc był przekonany, że już nigdy do Polski nie przyjedzie, nawet kiedy będzie „wolna”, bo uważał, że po PRL będzie endecka. I taka właściwie się staje, taka już się stała i taka nabiera mocy i grozy. I może być jeszcze bardziej potworna, bo zanim ruszył ruch antyszczepionkowy, zwyciężyła antyszczepionkowość polityczna – nie zaszczepiliśmy się na polską niewinność nacjonalistyczną, na ateistyczny, niewierzący polityczny katolicyzm, opłacony suto przez polskie państwo, które równocześnie zapomniało o naprawdę potrzebujących. Cała nadzieja w zagładzie globu w wyniku klimatycznej zapaści, w którą Polacy także oczywiście nie wierzą – bo jest fajnie ciepło, jak w Egipcie i Chorwacji.

A tymczasem trwa wyścig analiz i komentarzy. To co? Wygraliśmy? Znowu przegraliśmy? Czy rację mają – jak od 150 lat – znowu tylko anarchiści, że każda władza zła i każda nam przeszkadza?

Bez walki oddaliśmy im…

Wydanie: 43/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy