Prawo znowu naruszone

Już trzy lata powtarzam, że koalicja AWS-UW powinna dla dobra kraju zostać zerwana, gdyż u jej podstaw leży nie wspólne dobro kraju, lecz zwykły partyjny interes. Jest to, krótko mówiąc, koalicja stanowisk, które dzięki utworzeniu tej wspólnoty dostały się różnym ludziom, po stronie AWS przeważnie pozbawionym stosownych do rządzenia krajem kwalifikacji. Unia Wolności wierzyła naiwnie, że mimo wszystkich ułomności coś jednak dobrego da się z tego związku dwu partii wykrzesać. Nadeszła jednak noc prawdy. Mimo braku wszelkich podstaw prawnych, co zostało ponoć przez obie strony uznane, premier na wniosek ministra spraw wewnętrznych obdarzył stolicę kraju komisarycznym zarządem na dwa lata, naruszając jawnie zasadę samorządności, o której z takim entuzjazmem jeszcze do niedawna sam mówił.
Wicepremier Balcerowicz oświadczył publicznie, iż w takim postępowaniu dostrzega przede wszystkim działanie w interesie partyjnym, a nie dla dobra kraju. Dodajmy, dla uporządkowania informacji, że przyczyną sprawczą skandalu stało się zerwanie na terenie Warszawy koalicji samorządowej AWS-UW i zastąpienie jej nowym sojuszem SLD-UW, co przyniosło w efekcie nowy skład władz miejskich z udziałem działaczy SLD. Warto też przypomnieć, że radni AWS zbiegli z sali obrad (jeden z nich odnalazł się aż w Turcji nad morzem, czego wymagał ponoć zły stan jego zdrowia) i uporczywie odmawiali wykonywania obowiązku radnych, czyli obecności na sali posiedzeń. Całe to wydarzenie było raczej groteskowe niż polityczne, lecz wystarczyło człowiekowi AWS, wojewodzie mazowieckiemu, do wydania orzeczenia o naruszenie przez radnych UW-SLD prawa, co stało się wkrótce podstawą wniosku o wprowadzenie w stolicy kraju zarządu komisarycznego.

Całe to żałosne wydarzenie ukazuje, w czyich rękach znalazła się władza w Polsce i jak wiele czasu musi upłynąć, by dało się przywrócić elementarne zasady przyzwoitości w sprawowaniu władzy. Ciągle słyszymy różne żałosne wywody o tym, jak bardzo sowiecka dominacja zaszkodziła Polsce, jak ogromnie daleko zaszliśmy w lekceważeniu elementarnych zasad prawa, jak jest źle… krótko mówiąc. Upłynęło jednak kilkanaście lat od czasu, gdy sami możemy kształtować nasze obyczaje polityczne i nie widać wielkiej, gwałtownej poprawy. Różne świństwa i matactwa dzieją się nadal, jak się działy dawniej, powiększone jeszcze o nowe zjawiska, mniej ongiś znane, czy też nie tak wyraźnie rzucające się w oczy, jak np. korupcja, w której zaczynamy celować, niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych.
Nie wierzę w szybką poprawę, nie sądzę, by powrót do rozkwitu tego, co można by mniej patetycznie nazwać szacunkiem dla obywatelskich powinności – mógł zaistnieć w niezbyt odległej przyszłości, utraciliśmy bowiem poczucie konieczności podporządkowywania się regułom ułatwiającym życie każdej cywilizowanej wspólnoty ludzkiej bez konieczności wymuszania tego posłuszeństwa przy użyciu bata.
Najwyraźniej widać to, gdy się uczestniczy w ruchu samochodowym. Wiadomo, że szybkość jazdy rodzi niebezpieczeństwo. Mało kto potrafi prowadzić pewnie i szybko, natomiast prawie wszystkim wydaje się, że są znakomitymi kierowcami, panującymi w każdej chwili nad losem pojazdu, wobec tego nie muszą się stosować do znaków drogowych. Sejm uchwala raz po raz różne celowe i mądre ograniczenia, i nakazy postępowania kierowców. Są one dla zasady lekceważone masowo. Nakazuje się ograniczenie szybkości do 50 km na godzinę. Dozwolone dotychczas 60 km/godz. wydawało się w ruchu miejskim zbyt szybkie, inaczej mówiąc, ryzykowne. Któż jednak poruszał się tak powoli? Gdy tylko kierowca dostrzega przed sobą kawałek prostej ulicy, naciska pedał gazu, ile sił w stopie, i już przy obecnych szybkich wozach ma te marne 120 km/godz. na liczniku. Ilekroć jadę z szybkością przepisową, zaraz słyszę za sobą przyśpieszające dźwięki klaksonów lub machanie łapami – oznaczające: co się, dziadu wleczesz. Poganiaj!
Czy można temu zapobiec? Oczywiście. Zamiast mnożyć dziesiątki tysięcy nowych urzędników, co z lubością nazywamy reformą administracji publicznej, należy zafundować policji kilkaset urządzeń do kontroli szybkości w trakcie jazdy i surowo karać za przekroczenia na terenie zabudowanym, jak i za miastem. Bez policyjnego terroru na drogach publicznych nie uda się ograniczyć liczbę zabijanych co tydzień na drogach.
Czytelnik tych słów może mi zarzucić, iż porównuję ze sobą sprawy nieporównywalne, bo co ma sprawowanie władzy na szczeblu premiera z nieprzestrzeganiem prawa drogowego. Otóż ma i to bardzo wiele, bo prawo jest jedno i dla rządu, i dla policji drogowej. Premier naruszający zasady samorządności działa dokładnie tak samo destabilizująco na przestrzeganie prawa w kraju, jak policjant tolerujący nadmierną szybkość, czy, co najgorsze, biorący łapówki za przymykanie oczu za naruszanie zasad prawa drogowego.
Kiedy pojawiają się ludzie bądź instytucje destabilizujące obowiązywanie prawa, to jest zupełnie obojętne, na jakim szczeblu władzy zaczyna się destrukcja; zawsze jest szkodliwa, z tym że im wyżej się ta destabilizacja ujawnia, tym jej oddziaływanie jest szersze. Podejrzewam ze smutkiem, że i tym razem, choć zaistniał jednoznaczny dowód szkodliwości działania obecnej koalicji rządzącej AWS-UW, to ludzie ją tworzący znajdą tysiąc powodów uzasadniających dalsze jej trwanie, bo tak będzie im wygodniej, bo zostaną zachowane intratne posady, bo jeszcze uda się to i owo zreformować, a przecież każdy widzi, jak wspaniałe są owoce tych reform. Cóż z tego wynika? Chyba tylko tyle, że minęły już czasy, gdy wierzono, iż “Dobro Rzeczpospolitej jest najwyższym prawem”. Salus rei publicae suprema lex esto…
18 maja 2000 r.

Wydanie: 21/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy