Niebezpieczne związki biedy z autorytaryzmem

Niebezpieczne związki biedy z autorytaryzmem

W ostatnim numerze PRZEGLĄDU ukazał się interesujący wywiad z prof. Tadeuszem Klementewiczem opisujący specyfikę polskiego, półperyferyjnego kapitalizmu. Warto również przyjrzeć się książce tego samego autora „Stawka większa niż rynek. U źródeł stagnacji kapitalizmu bez granic”. Pozwoli to lepiej zrozumieć powody stworzenia atmosfery, która dała polityczne zwycięstwo PiS.
Powszechna opinia, że przyczyną kryzysu współczesnego, kasynowego kapitalizmu jest nierówny podział bogactwa, uzyskuje zupełnie inne potwierdzenie na wschodzie Europy niż na zachodzie. Autor książki stara się pokazać, że kapitalizm – choć wszędzie taki sam – nie jest jednak taki sam jak zachodni w Polsce i w innych krajach regionu Europy Wschodniej. W swojej analizie podaje wiele danych dotyczących charakteru półperyferii kapitalizmu.

Na przykład relacja funduszu płac do przychodów firmy w Polsce jest dwukrotnie niższa niż średnia w UE (i trzykrotnie niższa niż w krajach skandynawskich). W ten sposób udział zysków w polskim PKB w 2012 r. przekraczał 50%, podczas gdy średnia w UE wynosiła w tym czasie 38,5%. Z kolei udział płac w PKB w Polsce wynosi przeciętnie 36%, a unijna średnia sięga 50%.
Wszystko to było skutkiem dokręcania śruby pracownikom najemnym. W latach 2000-2011, kiedy rządy sprawowały SLD, PiS i PO, wydajność pracy w Polsce wzrosła o 44%, a płace zwiększyły się tylko o 29%. Odbywało się to pod hasłem „racjonalizacji zarządzania firmami” i redukcji „niepotrzebnych wydatków”. W praktyce doszło do tego, że 70% pracujących zarabia poniżej poziomu średniej krajowej – w 2015 r. wynosiła ona w Polsce tylko 4,1 tys. zł brutto (ok. 970 euro). W tym samym czasie we Francji pensja minimalna wynosiła 1,34 tys. euro, w Belgii 1,38 tys. euro, a w Niemczech 1,44 tys. euro. Choć w teorii istnieją w Polsce dwa progi podatkowe, można powiedzieć, że w praktyce mamy podatek liniowy – w drugi, wyższy przedział skali podatkowej wpada ze względu na swoje dochody tylko ok. 2,14% wszystkich podatników.

Symbolem peryferyjnych warunków zatrudnienia może być liczba 1,3 mln pracowników zatrudnionych na tzw. umowach śmieciowych (tymczasowych umowach-zleceniach). Proces obniżania standardów zatrudnienia szedł w parze z obniżaniem przez państwo wydatków socjalnych – średnia w całej UE wynosi 18,5% PKB, a w Polsce wydatki socjalne stanowią 17%.

Jedną z przyczyn osłabiania siły negocjacyjnej świata pracy była dezindustrializacja polskiej gospodarki – szacunkowe dane mówią, że w okresie restauracji kapitalizmu w Polsce zlikwidowano około jednej trzeciej potencjału produkcyjnego. Oznaczało to w praktyce rabunkową sprzedaż lub likwidację ponad 660 przedsiębiorstw, które nie tylko dawały pewną pracę, lecz także były ośrodkami życia społecznego, związkowego i towarzyskiego. Załogi tych firm tworzyły pewną wspólnotę pracowniczą, z którą musiała się liczyć władza. Jak podaje prof. Klementewicz, o ile w 1989 r. na 1 tys. mieszkańców kraju w przemyśle zatrudnionych było 126 osób, o tyle w roku 2012 liczba ta spadła do 75 osób. Dziś większość pracowników ma zatrudnienie w małych i średnich firmach, które nie są innowacyjne, a swoje zyski osiągają tylko dzięki taniej sile roboczej. Ta ostatnia oczywiście nawet nie ma co marzyć w tych warunkach o jakimkolwiek sprzeciwie czy obronie związkowej.

To pozwala nie tylko lepiej dostrzec polską peryferyjność, zacofanie i biedę, ale także zrozumieć trudność w organizowaniu protestów społecznych. To w końcu też wyjaśnia w dużym stopniu, dlaczego nawet tak niejasne obietnice jak 500 zł na dziecko pozwoliły PiS wygrać wybory z tymi, którzy tylko powtarzali w kółko, że „Polska osiągnęła sukces”, „mamy wolność i demokrację”, a „rynek rozwiąże wszelkie problemy”.

Chcąc uciec przed państwem policyjnym, trzeba myśleć o tym, jak zbudować zręby państwa socjalnego – bez tego nie da się uratować demokracji przed prawicowym populizmem. Ci, którzy na serio myślą o tworzeniu w Polsce ram demokracji obywatelskiej, nie uciekną przed problemem nierówności społecznych, koniecznością zagwarantowania bezpieczeństwa socjalnego i stworzenia podstaw gospodarki, która służy ludziom, a nie zamienia ich w niewolniczą siłę roboczą. W warunkach, w których 70-80% społeczeństwa żyje na marginesie socjalno-ekonomicznym, trudno bronić praw obywatelskich, mówić w sposób przekonujący o idei wolności słowa czy bronić się przed autorytaryzmem władzy. Na razie niewolnicy liczą, że nowy pan da im trochę więcej okruchów z pańskiego stołu. A jeśli nie da rady, przynajmniej zorganizuje trochę rozrywki dla ludu – pokaże, jak się chłoszcze wcześniejszych, złych i aroganckich panów.

Wydanie: 6/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy