Mózg na słońcu

Kuchnia polska

Ustalono w sposób całkowicie naukowy, że bezmyślne leżenie na słońcu, uważane przez wielu za wypoczynek urlopowy, prowadzi do obniżenia się władz umysłowych czasem nawet o 20%. Praktyka zdaje się potwierdzać te naukowe obserwacje.
Urlopy letnie dobiegają końca i wiele osób po dwutygodniowym leżeniu na słońcu wraca właśnie do pracy. Efektem tego jest m.in. zamknięcie w Warszawie ruchu kołowego na Wybrzeżu Kościuszkowskim, ważnej trasie przelotowej, a dopiero potem podjęcie ożywionej dyskusji, którędy właściwie mają przejeżdżać te tysiące samochodów dotąd jeżdżących Wybrzeżem Kościuszkowskim. Jak na razie nie znaleziono jeszcze odpowiedzi na ten dylemat, a skierowanie ruchu z trzypasmowej bądź co bądź trasy w wąskie ulice równoległe do Wybrzeża Kościuszkowskiego ma w sobie cechy długiego leżenia na słońcu.
Odżyła specrywinkomisja sejmowa i pięknie opaleni posłowie przystąpili do przesłuchiwania równie ogorzałych urzędniczek ministerialnych, co pozwala żywić najgorsze przewidywania dotyczące kierunku i kształtu końcowego raportu, który komisja ta powinna już wreszcie przedstawić.
Co zabawne zaś, podczas gdy speckomisja z mozołem rozwiązuje zagadki sprzed roku i więcej, urzędnicy Ministerstwa Kultury pod kierunkiem ministra Dąbrowskiego przystąpili do opracowania nowej wersji ustawy o radiofonii i telewizji, proponując na początek rządowi, aby podzielił ją na dwie części: pilną, zawierającą regulacje europejskie, i mniej pilną, dotyczącą krajowego rynku medialnego. Wakacyjny dowcip ministerstwa polega na tym, że w tej pierwszej, pilnej części musi się znaleźć zapis znoszący wszelkie ograniczenia w wykupywaniu polskich mediów przez zagraniczny kapitał, w drugiej zaś, ponoć mnie pilnej, powinny się znaleźć ustalenia mogące temu przeciwdziałać, choćby tylko w odniesieniu do mediów publicznych. Ministerstwo proponuje więc obecnie, aby najpierw zdjąć spodnie i wyrzucić je przez okno, a później się martwić, jak w tym stroju wyjść na ulicę. Ciekawe, jaka komisja i kiedy będzie badać pomysł.
Przykładów biernego wypoczynku na słońcu można przytaczać więcej. Należą do nich walka na PIT-y, jaką toczą ze sobą politycy, studiując zeznania podatkowe swoich przeciwników, a także walka na offsety, jaką toczą ze sobą zwolennicy różnych pojazdów opancerzonych, nie zadając sobie przy tym pytania, po co nam właściwie „armaty zamiast masła”.
Równocześnie jednak ci sami badacze, którzy odkryli dwudziestoprocentowy ubytek władz umysłowych na skutek biernego leżenia na słońcu, twierdzą, że przeciwdziałać temu można, czytając. Wystarczy nawet niezbyt skomplikowana lektura, aby komórki mózgowe zachowywały jednak pewną elastyczność ratującą je od zagłady. Jest to wskazówka cenna i niezmiernie nam teraz potrzebna.
Od długiego już bowiem czasu mówiąc o przemianach zachodzących w obecnym świecie, powtarzamy mechanicznie, że główną z nich jest ogromny wzrost znaczenia kapitału intelektualnego w stosunku do innych form bogactwa, związanych z dobrami materialnymi. W konkurencji przedsiębiorstw wygrywają te, które mają lepsze know-how, a nie te, które mają więcej maszyn, to samo się dzieje w konkurencji pomiędzy państwami a również ruchami politycznymi i społecznymi. Otóż przyjęło się u nas uważać, że naszym upośledzeniem w porównaniu z innymi krajami jest niezwykła miernota naszego życia umysłowego i płycizna refleksji intelektualnej. Narzekają na to nawet co czas jakiś z trybuny przywódcy lewicy, którym dalibóg nie książki w głowie. Warto by więc u progu normalnego życia, które zaczyna się zazwyczaj we wrześniu, zastanowić przez moment, jak jest z tym u nas naprawdę.
Otóż prawdą jest niestety, że tak zwane elity humanistyczne już od dosyć dawna opuściły obowiązującą je rolę krytycznego i sceptycznego myślenia, najpierw poddając się zbiorowemu entuzjazmowi, obecnie zaś zbiorowemu narzekaniu na totalne skundlenie wszystkiego dookoła. Przykładem tego może być niedawna, opublikowana przez „Gazetę Wyborczą”, długa rozmowa pomiędzy panią Ewą Lipską a Stanisławem Lemem. Jeśli rozmowy tej nie traktować jako żartu, co przy przewrotnej inteligencji Lema nie jest wykluczone, dowiedzieliśmy się z niej głównie, że kultura zeszła na psy, sądy piętrzą trudności w spotkaniach z wnukami z rozwiedzionych małżeństw, a w starszym wieku nabiera się wzmożonego apetytu na słodycze, co mogę potwierdzić.
Z drugiej strony jednak, trzeba zauważyć, że na naszym skundlonym rynku intelektualnym ukazuje się nadzwyczaj wiele ogromnie pożytecznych i mądrych książek, tłumaczonych z języków obcych, w których znajduje się wiele odpowiedzi na pytania, które nam samym wydają się nierozwiązywalne. Nie wiem, co każe oficynom takim jak Wydawnictwo Dolnośląskie wydawać serię „Poza horyzontem” albo takim jak Muza wydawać serię „Spectrum”. Jest to z pewnością działalność, której usprawiedliwieniem może być jedynie bezinteresowna chęć dostarczenia ludziom treści zawartych w książkach Rifkina, Sorosa, Postmana, Chancellora, Ritzera, Edmondsa i Eidinowa oraz wielu innych, po których przeczytaniu można się zorientować, jak wiele rzeczy, które mówimy i piszemy u nas na co dzień, jest bez sensu, wynikają z nieuctwa i zaściankowości.
Ba, ale trzeba by te książki przeczytać…
Ostatnio, i słusznie, pojawiło się sporo głosów, że cechą pracy rządu i kierownictwa politycznego kraju jest ich paniczny lęk przed słowem pisanym i mówionym w mediach, a kilku ministrów przyznało się wręcz, że boją się z rana otworzyć gazetę czy włączyć telewizor, aby się nie dowiedzieć o sobie czegoś okropnego. Bojaźń przed słowem pisanym jest cechą godną szacunku, pochwalaną nawet przez proroków. Ale dlaczego ów lęk ogranicza się jedynie do „Super Ekspressu”, „Rzeczpospolitej” czy „Gazety Wyborczej”, a omija na przykład takie mniej poczytne pisma, jak „Dziś” czy „Forum Klubowe”, pismo, którego ukazał się już 12. numer i którego autorzy, badacze i uczeni sporego kalibru, pokazują czarno na białym, na czym powinna polegać społeczna gospodarka rynkowa, nowoczesna polityka społeczna czy wzrost gospodarczy, nieosiągalny przy rosnącej sferze ubóstwa i przerażających kontrastach materialnych między bogatymi a biednymi, jak u nas.
Nędza umysłowa, której cenę już płacimy, polega więc nie tyle na tym, że nikt nie pisze, nie wydaje ani nie myśli, ale że nikt nie czyta. A przynajmniej nie czytają ci, co powinni. Choćby po to, aby mózg nie parował im na słońcu.
 

Wydanie: 35/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy