Bomba tyka w szarej strefie

Bomba tyka w szarej strefie

– Mam umowę-zlecenie na 300 zł miesięcznie, a tysiąc dostaję w ratach pod stołem – mówi pracownik warszawskiej hurtowni. – Mam umowę na 50 zł za 12 godzin pracy – mówi ochroniarz ze stolicy. Szczęśliwcy, bo ponad 2 mln bezrobotnych nie ma żadnych umów. Wielu pracuje oczywiście na czarno. Bez ubezpieczenia i ZUS. Jakie ci ludzie mogą mieć w przyszłości emerytury? Szara strefa w Polsce znowu staje się problemem. Znowu, bo po początku lat 90., kiedy ta plaga zakwitła, każdy może podać jakiś przykład. Skala zjawiska jest tak duża, że łatwo można się z nim zetknąć. Tyle że to, co widoczne dla zwykłych ludzi, stało się niewidzialne dla instytucji, które zawodowo powinny zajmować się jego zwalczaniem. Mam wrażenie, że w Polsce działania prowadzone w celu ograniczenia szarej strefy są pozorne. Bo jak inaczej wytłumaczyć ich nieskuteczność? I ciche uznanie, że ta patologia jest przykrą dolegliwością, która była i będzie. Bo przecież występuje, co prawda w innej skali, nawet w dużo lepiej zorganizowanych państwach.

W Polsce szara strefa oprócz negatywnych skutków dla budżetu państwa i wysokości przyszłych emerytur ludzi, którzy w niej tkwią, ma także ogromny wpływ na spadek zaufania do instytucji państwa. Państwa, które z powodu swojej bezradności staje się pojęciem umownym. Bo czy można liczyć na szacunek obywatela do państwa, gdy byle cwaniak bezkarnie łamie tak wiele przepisów prawa? I to w obszarze, który dla tegoż państwa, jak i dla obywateli jest najważniejszy. Bo czy jest coś ważniejszego od pracy? Od miejsc pracy dla ludzi? Najczarniejszym, negatywnie przełomowym momentem po 1989 r. był ten, kiedy uznano, że bezrobocie jest trwałym elementem kapitalizmu. Zjawiskiem, które jest nieodłączną częścią tego systemu i gospodarki wolnorynkowej. Człowiek zszedł na dalszy plan.

Gdyby politycy potrafili uważniej wsłuchać się w niepokoje Polaków, łatwo by dostrzegli, że główną przyczyną ich obaw i lęków jest zagrożenie utratą pracy. Bezrobocie w kraju i masowa emigracja za pracą są dziś największym polskim problemem. I od rozwiązań, które w dłuższym planie odmienią tę sytuację, należałoby zaczynać konstruowanie programu każdej partii politycznej ubiegającej się o władzę. Nie mówiąc o tych, którzy rządzą. Dla nich liczba bezrobotnych i emigrantów powinna być powodem do wstydu. To, co stało się z rynkiem pracy i w ogóle z pracą dla ludzi, okrywa hańbą całą klasę polityczną. Praca na normalnych zasadach i z ubezpieczeniem stała się dobrem reglamentowanym. Dostępnym dla tych, którzy mają wsparcie w rodzinnych i towarzyskich układach. Dostępnym dla protegowanych. W myśl zasady, że może być gorszy, ale musi być swój. Ktoś tego kandydata na etat musi przepchać. Ktoś, kto na dodatek potrafi wygrać z innymi przepychaczami. Pracy jest bowiem coraz mniej, kanały awansu dla młodych są zablokowane, a szukających posad – coraz więcej. Co więc decyduje? W najmniejszym stopniu kompetencje kandydata. Liczą się wpływy i możliwości protektora. Mistrzami w tej dziedzinie są dziś ludzie, którzy z lubością powołują się na swoją opozycyjną przeszłość. Mamy więc rzekomy rynek i rzekomy etos. Tylko bezrobocie i wkurzenie ludzi są realne.

Wydanie: 15/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy