Rządzenie szantażem

Rządzenie szantażem

Wybitny uczony Jacek Klinowski, profesor uniwersytetu w Cambridge, z tej racji, że wykłada czasem także na Uniwersytecie Jagiellońskim, otrzymał – na polecenie rektora uniwersytetu krakowskiego – oświadczenie lustracyjne. Żeby mógł się zorientować, o co chodzi, i nie popełnić przez pomyłkę kłamstwa lustracyjnego, otrzymał także, jak wszyscy profesorowie UJ, wyciąg z ustawy zawierający bogaty rejestr wszelkiego rodzaju współpracownictwa ze służbami bezpieczeństwa PRL. I tak poinformowano profesora Klinowskiego, że podpisując oświadczenie, powinien mieć na względzie, czy był albo nie był: agentem, informatorem, rezydentem, tajnym współpracownikiem, kontaktem operacyjnym, konsultantem (w skrócie „kons”), kontaktem obywatelskim, kontaktem poufnym, kontaktem służbowym, osobą informującą, oficjalnym osobowym źródłem informacji, dysponentem lokalu kontaktowego, dysponentem skrzynki kontaktowej, dysponentem punktu kontaktowego, dysponentem zakrytego punktu obserwacyjnego (ZPO), dysponentem punktu adresowego, dysponentem telefonu konspiracyjnego, wywiadowcą, osobą zaufaną (OZ), adresówką, łącznikiem, radiotelegrafistą i w końcu żywą skrzynką, last, but not least. Jak widzimy, uczeni z Instytutu Pamięci Narodowej nie biorą pieniędzy za nic. Tęgie to muszą być głowy, wynalazły lustratorską tablicę Mendelejewa. Według rektora jednego z najważniejszych uniwersytetów w Polsce, wykrywanie tajnych współpracowników jest pracą naukową. Jeśli ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości, teraz już ich nie ma.
Polski uczony ze sławnego uniwersytetu Cambridge miał o czym myśleć. Z tego, co następnie postanowił, wynika, że jego dociekania nie szły po linii, czy aby nie stał się on kiedyś osobą zaufaną Służby Bezpieczeństwa, dysponentem zakrytego punktu obserwacyjnego lub żywą skrzynką. Zastanawiał się natomiast, czy nie było z jego strony błędem moralnym utrzymywanie związków ze swoją macierzystą uczelnią. Skierował do rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego list, w którym pisze m.in. „Żądanie od kogoś, kto nie jest o nic oskarżony, aby pod groźbą sankcji administracyjnych stwierdził swą winę lub jej brak, kłóci się z podstawowymi zasadami sprawiedliwości, prawa i tradycji chrześcijańskiej. Jest to usiłowanie poniżenia człowieka kontynuujące niesławne praktyki z lat 1931, 1934 i 1968, które – jak sądziłem – bezpowrotnie przeminęły w cywilizacji europejskiej. (…) Spędziwszy ostatnie 40 lat na uniwersytetach w kraju, w którym podobne wymagania są po prostu niewyobrażalne, nie czuję się w stanie pracować w środowisku, gdzie oczekuje się odpowiedzi na pytania przesłane mi w Pana imieniu” (przytaczam za „Gazetą Wyborczą”, 18 kwietnia 2007 r.).
Prezydent Lech Kaczyński w reakcji na wystąpienia niektórych środowisk akademickich przeciw lustracji pytał publicznie, „jaka aksjologia za tym stoi”. Jeżeli obszerne prezentacje tej aksjologii przez wybitnych uczonych krajowych uszły jego uwadze, to nic nie szkodzi. Właśnie otrzymał syntetyczną, istotną i ścisłą odpowiedź od profesora z uniwersytetu angielskiego. Należałoby teraz zapytać, jaka aksjologia przyświeca zwolennikom owej absurdalnej lustracji. Otrzymywaliśmy odpowiedzi tego rodzaju: trzeba ujawnić, aby tajni współpracownicy (wykaz wyżej) nie działali pod wpływem szantażu. Lustracja obejmuje również tych, którzy zmarli pół wieku temu, czy oni także mogli w IV RP stać się obiektami szantażu? Do tej pory znane są tylko szantaże ze strony organizacji i władz postsolidarnościowych. Senator z Platformy Obywatelskiej powiedział gazecie „Dziennik”, że arcybiskupa Wielgusa należało zlustrować, ponieważ w przeciwnym razie mógł on wejść w porozumienie z „oficerem prowadzącym” go i przystąpić do mafii paliwowej lub uknuć coś podobnego, bo jak wiadomo, byli tajni współpracownicy stanowią ogniwo niewidocznych układów biznesowo-ubeckich, okradających biednych obywateli naszego kraju. W rzeczywistości najwyższą wartością aksjologii lustracyjnej jest prześladowanie tych, którzy są za słabi, żeby się bronić, a prześladować kogoś trzeba, żeby pozostali wiedzieli, kto tu ma władzę i kogo należy się bać. Ta aksjologia się sprawdza; większość dziennikarzy i naukowców rzeczywiście bardzo się przestraszyła.
Każda nowa sytuacja historyczna rzuca nowe światło na przeszłość. Jeśli ktoś myślał, że prześladowania znane z przeszłości były aberracją czy patologią minionych epok, które nie mają prawa się powtórzyć, to teraz widzi, że mogą, pod warunkiem że prześladowcy gruntownie zmienią kostiumy; będą się powoływać na inne racje i zastosują metody odpowiednie do współczesnych obyczajów i aktualnych możliwości wykonawczych.
Istnieją różne rodzaje przemocy i różne odmiany prześladowań. Dziś „faszyzm nie przejdzie”, ale tylko jako słowo. Kaczyzm natomiast przejdzie. Trzeba ustanowić nowe emblematy i nowe porozumiewawcze gesty. Na powitanie wyciągniętą ręką nie pozwolimy, antyfaszyści mogą spać spokojnie.
Jaki jest obecnie stosunek społeczeństwa do tych prześladowań? Podobno 40% się bawi i czeka na jeszcze lepszą zabawę. A co powie społeczeństwo, gdy przyjdzie czas rozliczeń z lustracją? Większość zaręczy, że nic nie wiedziała i pierwszy raz o tym słyszy. Skądś my to znamy i dobrze wiemy skąd.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy