Zakaz czytania

Zakaz czytania

Ten felieton będzie inny, dziwny, być może problematyczny. Osobisty na granicy niewybaczalnego ekshibicjonizmu. Choć ktoś może powiedzieć: autoreklamiarstwo. Zapewne trochę tak. Będzie o mojej miłości. O uczuciu, które żywię nieprzerwanie od lat dziecięcych, o nałogu, o przymusie, o czymś silniejszym ode mnie samego. O czytaniu i książkach zatem, o moim czytaniu i książkach, o moim gadaniu o nich. Wygląda na to, że jestem przedstawicielem jednego z ostatnich pokoleń, dla których czytanie książek gutenbergowskich było podstawą edukacji i poznawania świata. Kryzysy czytelnicze, słabość mediów papierowych, niepowstrzymywalna ofensywa cyfrowych technologii, w których to obraz, najlepiej ruchomy, jest królem zwierząt – to wszystko jest nie do cofnięcia. Ta bitwa została wygrana (przegrana?), choć nie wiadomo, co przyniesie „rzekomy pokój”, zawieszenie broni, niebezwarunkowa kapitulacja. Książka z piedestału została zrzucona bez fajerwerków i oficjalnych pożegnań, to przyszło w ciszy komputerowych wiatraków i myszek, w poręczności broni XXI w. – wszechobecnych smartfonów. Książki wydawane na papierze pozostaną ekskluzywnym znakiem przynależności do ważnej, ale malejącej sekty. Pełnej resentymentu, projekcji, wspomnień o niegdysiejszej potędze. Czytać książki będą entuzjastki i ludzie nauki. Pod znakiem zapytania stanie za jakieś 30 lat istnienie jednej z najwspanialszych i najbardziej zasłużonych instytucji publicznych i dobra wspólnego – bibliotek.

Przez całe lata nosiłem książki na plecach, niekiedy dzień w dzień, kupowałem dublety i triblety, bo kiedyś komuś uda się podarować to, co dla niego/niej odpowiednie, ważne, nieodzowne, zachwycające. Miasta traktują księgarnie i antykwariaty jak sklepy z mięsem czy wódką. Nie dbają, nie chuchają, nie dopieszczają, są obcesowe. Tym samym dokonują autoamputacji ważnych dla miejskiego organizmu i krwiobiegu organów. Ale w kapitalizmie wszystko musi się bilansować, musi trwać wyścig po metr kwadratowy. Towar to towar.

Tak nie jest. Książki i ich małe domy tworzą miasta, ich głos, ich marzenia. Kiedy znikają wypierane przez siedziby banków oraz sieciowych, globalnych biznesów – to jakby same miasta i miasteczka z wolna obumierały.

W Polsce czytamy coraz mniej, rzadziej, coraz mniej liczna jest ta grupa. Zawsze chciałem to zmienić. Próbowałem to robić. Kiedyś pomyślałem, że należy postawić na gen przekory, niezgody, buntu. Trzeba zakazać czytania! Pod karą więzienia! Więzienia zresztą są przepełnione czytelniczą manią, bo czym innym? Jak się zabroni czytania – zaczną wreszcie czytać! Bo strony zakazane to już nie są jakieś tam strony, to są strony, karty, które kuszą, wzywają – pojawia się dreszcz nielegalu i wolności. Takie tam mrzonki. I wtedy pomyślałem, że jeśli kiedyś wrócę do opowiadania o książkach, rozmawiania o nich, zapraszania autorów/ek, tłumaczy/ek, redaktorów/ek, wydawców i wydawczyń, nazwę to „Zakazem czytania”. I zrobię coś, co powinno być publiczne, dostępne, pożywne. A jest osobiste, bo publiczne media zajęte są czymś innym. A poza wszystkim nie są żadnymi mediami publicznymi, są kropką nad i, postawioną nad degradacją ich roli i funkcji po 1989 r. – stały się mediami jednej partii, w najgorszym, niewyobrażalnym stylu. I zasłonę milczenia nad nimi spuszczam.

Teoretycznie szansą pozostaje internet mimo jego inwigilacyjno-konsumpcyjnego kręgosłupa. I tam to robię! „Zakaz czytania”. Po swojemu – i tylko tak. Mówię o książkach, które uważam za ważne, które mnie zauroczyły choć na chwilę, które kocham od dawna i do nich wracam, które zjawiają się znikąd i zaskakują oraz cieszą. Witam się z nimi wszystkimi, od poezji i filozofii, socjologii przez politykę, literaturę piękną, po kryminał. Bez granic. Z książkami niezgody na to, co nieakceptowalne, z tymi, które budują wciąż nadzieję na zmianę, na bardziej sprawiedliwy świat, które uczą i zmuszają do myślenia, które ostrzegają zawczasu i które wywołują uśmiech. Które intrygują. Których inni nie zauważają. Które żyją w ukryciu. Które, za Williamem Hazlittem, XVIII/XIX-wiecznym eseistą, traktuję wszystkie jak nowości („nowością są wszystkie książki, których jeszcze nie przeczytaliśmy”). Zapraszam do tej przygody, „Zakaz czytania” jest do znalezienia na platformie YouTube: www.youtube.com/channel/UCu8Hb2volVCtnWcbPR3mmeg. Tam też spotkamy książki wydawane przez PRZEGLĄD, jak choćby monumentalny, zjawiskowy trójksiąg prof. Andrzeja Walickiego, jednego z najważniejszych myślicieli politycznych przełomu wieków, autora tygodnika PRZEGLĄD, krytyka i uważnego analityka ostatnich trzech dekad, czy niezwykłą historię „Buntowników i marzycieli. O rewolucji rosyjskiej, rewolucjonistach i terrorystach”, książkę prof. Andrzeja Andrusiewicza, jednego z najwybitniejszych znawców historii Rosji.

Wspólnota czytających jest nierozwiązywalną międzynarodówką, o której nie da się zapomnieć, której nie da się zagłuszyć „prawami rynku”, polityczną indoktrynacją mediów. Czytanie jest jedną z najpiękniejszych przygód ludzkiego umysłu. Odtąd, na nowo, będę brał aktywnie udział w tej przygodzie. Obok bycia felietonistą (od dobrych już lat w PRZEGLĄDZIE) to kocham najbardziej i za tą miłością podążam. Zapraszam do udziału i liczę na tutejszych Czytelników i Czytelniczki. Do książek!

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 21/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy