Referendalna ruleta

Obudziliśmy się w poniedziałek rano w tym samym łóżku, w którym w niedzielę późną nocą, po wypiciu kilku toastów, położyliśmy się spać. Nasze toasty były całkiem prywatne, sączone z mężem (własnym, a nie z żadnym mężem stanu), w ogrodzie, też raczej mało pałacowym. Drink był za to prawdziwie europejski, z lekkim odcieniem militarnym, pochodzi bowiem z kolonii – dżin z tonikiem, najlepszy na upał, ulubiony napój starej królowej brytyjskiej, która opuściła unijny padół nie tak dawno temu, w wieku stu lat.
Na nasze szczęście obudziliśmy się nie z ręką w zapomnianym dziś naczyniu nocnym, ale w Europie.
Byłam spokojna o wynik referendum, o to, że naród pójdzie do urn, bo dla niego ważne jest to, że na stacjach benzynowych będą kontrole, że będzie się odbierało koncesję, jeśli paliwo jest głęboko religijne, czyli chrzczone, tak jak obecnie benzyna – w 30%. Przy skupie mleka nie będzie można dosypywać do tej i bez tego obrzydliwej cieczy proszków do prania jako konserwantów.
Gdyby naród zwracał uwagę na polityków, czy to obrzydzających wejście, czy to nakłaniających do niego, to by zwrócił albo dostał szaleju. Jak tu nie ocipieć, gdy Giertych z prawicy głosi, że papież jest nieomylny tylko w sprawach wiary, zaś w kwestiach państwowych na dwoje babka wróżyła, natomiast lewica transparentem referendalnym czyni słowa najwyższego dostojnika kościelnego: „Od unii lubelskiej do Unii Europejskiej”. Zgrabny slogan chwycił, papież jak mało kto czuje medialnego bluesa.
Oczywiście, nikt nie pamięta czym była unia lubelska; pakt zachowywał odrębność Polski i Litwy, ale był przygotowaniem do Konstytucji 3 maja, która połączyła oba narody w jeden, jak słynny szampon z odżywką, nie do rozpoznania, co jest czym w tej zawiesinie. Zapędy mocarstwowe w nas drzemią; chyba lepiej ich nie budzić, a oglądając doniesienia o referendum na Litwie, można było odnieść wrażenie, że Litwa jest nadal częścią Polski, bo większość napotkanych spontanicznie osób mówiła po polsku, często zresztą lepiej, niż wysławia się nasz naród jak lawa inteligentny.
Na Litwie za oddany głos dawano, jak za dawnych czasów Bony, piwo albo kiełbasę z musztardą. Była to więc po trosze urna z prochami demokracji. Ktoś może jeszcze pamięta podobny obyczaj z pochodów pierwszomajowych, choć wydaje się, że wszyscy traumę z balonikami i kukłami imperialistów amerykańskich wyparli do katakumb podświadomości, wspominając jeno sypanie kwiatków w procesjach Bożego Ciała oraz ministranturę.
W polityce wszystkie chwyty są dozwolone, jeśli nie podpadają pod kodeks karny. Obowiązuje skuteczność. Wiadomo: lepszy cynizm niż głupota; a więc papież jest nieomylny dla lewicy wówczas, gdy jest to wygodne i potrzebne. Dla kościoła lewica jest do strawienia wtedy, gdy przypadkowo bądź cynicznie zgadza się w jakiejś sprawie z doktryną. Lewica posłużyła się papieżem w bardzo ważnej sprawie, a wielki Polak zdawał sobie sprawę z tego, że to poparcie chwilowe; jednak poparł, bo uważał wejście do Europy za grę wartą świeczki.
Lewica zapaliła Panu Bogu świeczkę w gadaniu o preambule, a diabłu ogarek w postaci pamiętnej wypowiedzi Marka Dyducha o potrzebie złagodzenia ustawy antyaborcyjnej. Jeszcze nie ostygły wyniki referendum, a premier już podjął niewygodny temat.
Do Wielkiej Gry w Referendum przystąpili wszyscy. To była ostra jazda. Gra hazardowa, o wysoką stawkę. Ruleta. Zagrali też obywatele. Jedni poszli głosować na TAK, ze względu na papieża, drudzy dla swoich dzieci, wierząc, że ciamkacze będą miały lepiej, jeszcze inni ze względów patriotyczno-cywilizacyjnych. NIE powiedzieli: hipernacjonaliści, lękające się masonów staruszki, przekonane, że będzie się je masowo usypiać w ramach przymusowej eutanazji, oraz ułamek sfrustrowanych internautów, przyzwyczajonych do tego, by zawsze anonimowo, zza węgła, zrobić kuku. Nawet sobie.
Premier w ostatnim czasie posiwiał, zrobił się biały jak gołąbek pokoju narysowany ręką Picassa podczas kongresu we Wrocławiu. Moja dobrze poinformowana przyjaciółka chciała założyć się ze mną, że premier spadnie. Ludzie robią takie zakłady, wydaje im się, że wiedzą to, czego inni nie wiedzą. Ja wiem chyba to samo, ale oprócz tego mam nosa, a niekiedy wieszczę, gdy mam wewnętrzne przekonanie. Lecz zakładam się tylko wówczas, gdy mam 100% pewności. Miałam 90%, że premiera nie ruszy się z posad. 90% to zbyt mało na nieuczciwy zakład, a tylko takie uprawiam.
Dobrze się wyspałam w europejskich betach, więc opadła ze mnie wściekłość na tych, którzy nie poszli. Nic ich nie usprawiedliwia. No, może świadków Jehowy wiara, a ciężko poszkodowanych na ciele i duchu ich choroba. Ale inni? Powinni iść, bez względu na to, czy im się podoba, czy nie. Dowiedziałam się od znajomych dziennikarzy, że na pewnej wsi nie poszli głosować, bo wiedzą, że trzeba będzie oddawać mleko pierwszej, a nie trzeciej czystości. W TV pokazali całą wieś na NIE, mówili tam, że „Unio nic nom nie do”. Jak się nazywała? Wrzodakowo?
Jako osoba gwałtowna myślałam mściwie, żeby odebrać im prawa obywatelskie i przywrócić na wsi pańszczyznę, a w mieście pracę niewolniczą. Czy od atrofii uczuć obywatelskich komuś się poprawi? Jak ktoś nie chce uczestniczyć, to…
To co? To nie musi. Nie wypada mieszać z błotem człowieka tylko za to, że nie chce być obywatelem, że woli wyjechać na działkę, leżeć na plaży albo pić na umór. Po to mamy europejską demokrację, żeby każdy mógł dokonać wyboru i określić, kim jest.

Wydanie: 25/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy