Tag "przemoc"
Pogrom się zbliża
Od napaści słownych do fizycznych ataków droga okazała się nader krótka. Jeszcześmy nie ochłonęli po tym, jak cham zbluzgał w autobusie ukraińskie dziewczynki, a już trzech napakowanych bohaterów pobiło chłopaka i dziewczynę za wschodni akcent. Nawrocki nie odezwał się ani słowem, bo Gromda i wszelkie organizacje patusów obijających sobie ryje w klatkach to jego elektorat, zatem oficjalne stanowisko głowy państwa w kwestii napaści na tle narodowościowym można uznać za milczące przyzwolenie.
Nie baczę, co o tym myśli swołocz, staram się wywiedzieć, jak na to spoglądają ludzie z wykształceniem wyższym i poglądami centroprawicowymi, bo i takich mam w kręgu znajomych, a to ich brak sprzeciwu jest decydujący w eskalacjach pogromowych. Agresywna tłuszcza sama z siebie się nie odpali, ogień muszą jej podać tzw. przeciętni obywatele, którzy w stosownym momencie odwrócą wzrok. I rzecz jasna politycy wygrzebujący trupy sprzed lat i nawołujący do wyrównania rachunków krzywd.
Że prawie co trzeci Polak jest poplecznikiem jednej z konfederacji, partii jawnie antyukraińskich i skrycie proputinowskich, to też jeszcze do zbiorowej zbrodni nie wystarczy. Języczkiem u wagi nie jest liczba radykałów, ale cicha akceptacja tych, co się ponoć miarkują w emocjach. Zadzwoniłem więc podpytać i ręce mi opadły. Na przykład kolega operator, na co dzień chłopak niegłupi, karmi mnie barwnymi teoriami spiskowymi (choć dominantą barwną jest w nich jednak odcień brunatny). Stwierdził np., że to wszystko
Powroty Odyseusza
Wejście do kin najnowszej megaprodukcji Christophera Nolana „Odyseja” niesie jakieś zaskakujące ożywienie komentarzy, odnowienie i kontynuację dawnych sporów. Monumentalne dzieło europejskiej kultury sfilmowane w XXI-wiecznej technologii IMAX staje się nowym impulsem kulturowej fascynacji, źródłem wielkich debat i rodzinnych rozmów. Każdemu dziełu można by życzyć podobnej recepcji.
Liczący kilka tysięcy lat epos starogrecki, powstały jako dzieło recytowane, najprawdopodobniej autorstwa kogoś nazywanego Homerem, który był i skromny, i niepiśmienny, jest – szczególnie w naszej dobie – zarówno dziełem znanym, jak i nieczytanym. Komentowany i tłumaczony na nowo przez setki lat utwór jest (w kontekście europejskim) jednym z filarów kultury – ale raczej jednak jej zabytkiem niż żywym pretekstem do rozmowy. Historia recepcji filmu Nolana pokazuje jednak, jak nowy język sztuki potrafi wskrzesić dzieło dzisiaj niemal nieodbieralne dla większości w swojej tradycyjnej formie (pismo, tekst) i dać mu nowe życie. Również dzięki powrotowi do jego lektury i lektury innych książek opisujących historię Odysa.
W Polsce ukazała się właśnie solidna i obszerna (ponad 500 stron) monografia prof. Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy”. Trudno sobie wyobrazić lepszy moment na pojawienie się takiego tytułu w księgarniach. Książka zasłużenie cieszy się sporym zainteresowaniem.
I oby tak dalej.
Wracając do wersji filmowej: wielość głosów, w tym krytycznych, pokazuje niekiedy zaskakujące oblicza dzisiejszego odbioru dzieła (zarówno filmu, jak i tekstu). Jedną z najszerzej dyskutowanych decyzji obsadowych było powierzenie roli Heleny czarnoskórej aktorce Lupicie Nyong’o czy roli Ateny – Zendayi, najmłodszej laureatce nagrody Emmy. Dla mnie ta dyskusja to oczywiście próba rasistowskiego zawłaszczenia starożytnej historii przez europejską wersję „białego człowieka”. Nolan tymczasem przywraca homerycki
Kamilek i inne „niemowy”
Czy sprawa śmierci Kamilka czegokolwiek nas nauczyła? Chyba tylko tego, że dzieci są jak ryby i głosu nie mają. Być może jednak twierdzenie, że państwo polskie nienawidzi dzieci, jest zbyt daleko idące.
Sprawa Kamilka z Częstochowy, który został zakatowany przez ojczyma przy milczącej akceptacji członków rodziny, wstrząsnęła opinią publiczną. Czy wstrząsnęła również pracownikami sądów i prokuratury? To pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Każdy z faktów, jakie chcę przedstawić, jest swoistym aktem oskarżenia.
Dla tych, którzy mogą nie pamiętać: Kamilka sąd pozostawił z matką, która miała nowego partnera. Dziecko było przez niego regularnie katowane. Miało liczne obrażenia i złamania. Wreszcie ojczym polał chłopca wrzątkiem. Następnie rzucił na rozgrzany piec kuchenny. Być może dałoby się wtedy jeszcze Kamilka uratować, ale matka nie wezwała pogotowia. Nie zrobili tego także inni krewni mieszkający z nią i jej partnerem pod jednym dachem. Potwornie poparzone dziecko położono do łóżka i tam powoli konało. Trudno sobie wyobrazić, jakie musiało przeżywać męczarnie.
Gdy przedstawiciele szkoły zapytali, dlaczego uczeń jest nieobecny, matka odpowiedziała, że ma problemy zdrowotne. Wcześniej chłopiec przyszedł na lekcje z ręką w gipsie. Miał też siny policzek i rozciętą wargę. Wtedy wystarczyło wyjaśnienie, że się przewrócił i potknął. Gdy w mieszkaniu pojawiły się pracownice opieki społecznej, stały przed drzwiami pokoju, w którym chłopczyk konał. Ale do środka nie zajrzały. Nie sprawdziły, dlaczego matka nie chce go pokazać.
Do wyroku, jaki zapadł w tej sprawie, nie chcę teraz wracać, przeczytacie o nim w artykule „Niewidzialne dziecko” („Przegląd” nr 20/2026). Jest inna okoliczność, która każe zapytać o stosunek polskiego państwa do dzieci. To decyzja prokuratury. Już po raz drugi uznała ona, że ze strony funkcjonariuszy państwowych nie było takich zaniedbań, które można uznać za przestępstwa.
Kamilek zmarł w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie został przewieziony po tym, jak zobaczył go tata. Ten, z którym chłopczyka decyzją sądu rozdzielono. Dopiero on wezwał pogotowie.
Kamilkiem do śmierci zajmowały się instytucje z południa Polski – z Olkusza, gdzie rodzina mieszkała najpierw, a potem z Częstochowy – do której się przeprowadziła. Być może słusznie więc badanie ewentualnej odpowiedzialności karnej przedstawicieli polskiego państwa powierzono Prokuraturze Regionalnej w Gdańsku. Pierwsze umorzenie badał Sąd Rejonowy w Kielcach. Uznał, że prokuratorzy słusznie przyjęli, że postawa nauczycieli, lekarzy i pracowników ochrony zdrowia nie nosiła znamion czynów zabronionych. Drugie umorzenie dotyczyło ewentualnej odpowiedzialności karnej urzędników, kuratorów sądowych, policjantów, prokuratorów i sędziów z wydziałów rodzinnych. Są bez winy.
Zamiast Kamilka dziewczynka
Dwa miesiące po śmierci Kamilka byłem w Sądzie Rejonowym w Olkuszu. Na sprawie toczącej się w wydziale rodzinnym. Tym samym, który zajmował się Kamilkiem. Sprawa też dotyczyła dziecka. W tym wypadku dziewczynki. Tenże sąd pozostawił dziecko z ojcem, który znalazł sobie nową partnerkę, matce zakazał zaś kontaktów z dzieckiem. Jakichkolwiek. Wypada więc napisać dwa słowa o matce. Jest tłumaczem przysięgłym z języka węgierskiego. Zarabia bardzo dobrze. Wychowuje drugie dziecko, także dziewczynkę. Mieszka w Katowicach. A co najważniejsze – nie ma żadnych sensownych powodów, dla których sąd zakazał jej kontaktów z córką.
Zjawiłem się na rozprawie, która dotyczyła zniesienia tego zakazu, trwającego już kilka lat. Chciałem poznać przesłanki, którymi kierował się sąd, wydając tak surowe postanowienie. Sąd jednak utajnił rozprawę i musiałem opuścić salę posiedzeń. Wobec tego skierowałem do sądu pytania,
Zamroczenie i wyjaśnienie
Tomasz Jastrun odpowiada na sprostowanie dyrektora PIW dr. Łukasza Michalskiego
Czytałem ze szczerym zainteresowaniem sprostowanie szefa PIW Łukasza Michalskiego przysłane do naszego tygodnika. Sprostowanie, a tak naprawdę wyjaśnienie. Nareszcie wiem, dlaczego szef wydawnictwa nagle zablokował druk moich wierszy. A byłem udręczony niewiedzą. Zostałem więc tym wyjaśnieniem ubogacony. I mamy oto dowód, że Michalski czasami wychyla głowę ze swojej prawicowej bańki. Pozwolę sobie skorzystać z okazji i też wyjaśnić jego wyjaśnienie.
Cytuję Michalskiego: „Felieton Tomasza Jastruna »Czy zostaje tylko przemoc?« (…) zawiera nieprawdziwą informację, że decyzja o niewydaniu przez Państwowy Instytut Wydawniczy jego tomu poetyckiego była spowodowana poglądami politycznymi autora. Tymczasem powodem decyzji były słowa Jastruna (…) nawołujące do przemocy wobec osób o odmiennym światopoglądzie, a więc sprzeczne z misją państwowej instytucji kultury” (pełny tekst sprostowania w nr. 25/2026).
Najpierw przypomnijmy moje skandaliczne słowa z kawałkiem mięsa, który został z nich wyrwany. Wyjaśniam, miałem spotkania autorskie w Nysie, najpierw demoralizowałem polską młodzież w szkołach, a potem dorosłych w bibliotece obok fontanny na rynku, ta biblioteka stała się przyczyną mojego „nieszczęścia”. Cytuję: „Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w czytelni biblioteki pisma. »Gazeta Polska« robi wrażenie pisma obłąkanego z nienawiści do Tuska, do ludzi liberalnie myślących. Z autorami
Stefan Chwin do czytania z uwagą
„Pan to jakoś tak zawsze na uboczu, jakby nie chciał pan w nic wchodzić głębiej. Ani po jednej stronie, ani po drugiej. Prawda?”, mówił do niego prof. Józef Bachórz, recenzent jego doktoratu. „Miał rację – odpowiada Stefan Chwin – To była moja busola: żyć na uboczu, a nawet w ukryciu, w nic się nie angażować całym sercem, być niewidocznym, robić swoje, żeby sobie zapewnić warunki do pisania, i nic nad to”.
Oto komfort klerka. „Swobodna obojętność na opinie ludzi, którzy będą mnie żegnać”… „Dziennik pisany w Gdańsku” taki właśnie jest. Rzadko nas zabawia, przeważnie kąsa, zmuszając umysł do pracy.
Oto Stefan Chwin!
„Proszę pana, w tym kraju nie chodzi się w kapeluszu”, upominał go na ulicy pewien „prawdziwy Polak”, pilnujący, byśmy nawet ubiorem nie odrywali się od stada. Może więc to nie jest komfort mieć własne zdanie? Przeciwko mitom, które stały się niepodważalną wiarą? I pomnikom, które wystawiliśmy?
Herbert
Jak do paru zdań skondensować długi wywód?
„Napisał jeden z najbardziej bezwzględnych wierszy z gatunku moralistycznych w literaturze polskiej. Wiersz nosił tytuł »Przesłanie Pana Cogito« i potrafił zaczadzić swoim straceńczym urokiem niemałą liczbę polskich inteligentów, którzy osobiście nie kiwnęli nawet palcem w walce z komunizmem, ale chętnie – owładnięci bezpiecznym podziwem dla Gilgamesza, Hektora i Rolanda – wpatrywali się we wzniosły przykład starożytnych niezłomnych.
(…) W wierszu tym budował dyskryminacyjne przeciwstawienie »wyprostowanych« (sam chciał się do nich zaliczać) oraz »odwróconych plecami i obalonych w proch«. Co rozumiał przez »obalonych w proch«, nigdy nie wyjaśnił, pozostając na zawsze przy enigmatyczności tej obraźliwej formuły, która pogardliwie opisywała niemałą liczbę Polaków, żyjących w Polsce pojałtańskiej.
(…) Kochając Polskę, Herbert widział ją jedynie w osobach opozycyjnych straceńców, sam w wierszu »Pan Cogito o postawie wyprostowanej« utożsamiając się z antycznym samobójcą Katonem z miasta Utyka, który – zgodnie z ideą »ocalałeś nie po to, aby żyć« – swoją niezłomność przypłacił życiem, ale ocalił godność i czystość duszy.
(…) Konsekwentnie zamykał oczy na zmiany systemu komunistycznego, które następowały po roku 1956, bo nie tylko nie chciał ich widzieć, ale też wiedział, że jeśli je uwzględni w swoich wierszach, straci cały urok straceńczego emploi, które przyniosło mu sławę. Dobrze zdawał sobie sprawę, że polskim inteligentom smakował przede wszystkim jako katoński straceniec, piszący piękne, czyste »antyczne« wiersze o niezgodzie na Zło. Czuł, że podoba się Polakom właśnie jako poeta niezłomnego sprzeciwu, i chętnie w tej roli występował. Komunistyczne władze pozwalały mu przemieszkiwać raz w kraju, raz na Zachodzie, bo nigdy jednak nie zdecydował się na pełny status poety-emigranta. Jeśli buntował się przeciwko systemowi, buntował się zręcznie, zapewniając sobie obecność swoich książek w spisach lektur.
(…) Z zastanawiającym uporem »realny socjalizm« w Polsce i po-chruszczowowską Rosję uważał za niezmiennego »potwora Pana Cogito«, tego samego, który przeprowadzał krwawe czystki w latach trzydziestych i strzelał w tył głowy oficerom polskim w Katyniu. Tak myślał o »realnym socjalizmie« nawet w epoce Gierka, udając przy
Stefan Chwin,
Dziennik pisany w Gdańsku,
Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2025
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Party crashing w Radzyminie
Chcieli być postrachem jak w amerykańskim filmie „Szybcy i wściekli”
W Komisariacie Policji w Radzyminie składają zawiadomienie bracia B., że napadli na nich 33-letni Zenon S. i starszy od niego o trzy lata Marian. Ofiary dobrze znają sprawców.
Podczas przesłuchania Kamil B. dyktuje szczegółowo do protokołu, co się zdarzyło: – Muszę zacząć od tego, że jestem z żoną w separacji. Odeszła do innego mężczyzny, potem wróciła. Przed wakacjami 2023 zorientowałem się, że ma romans z moim kolegą Marianem S. Wyprowadziłem się z domu, w moim życiu pojawiła się inna kobieta. 15 lipca pod sklepem w Radzyminie spotkałem Mariana i powiedziałem, co o nim myślę. Ostrzegłem go, że o wszystkim zawiadomię jego dziewczynę.
On się odgrażał, że mnie zajebie. Pod nasz dom przyjechał ze swoim kumplem. Mój brat Przemysław dostał gazem i metalową rurą. Kiedy przypadkowo w pobliżu pojawił się radiowóz, uciekli, ale po jakichś 500 m zgasło im auto. Porzucili je, więc mieliśmy okazję zajrzeć do wnętrza wozu – leżały tam dwie kabury na broń. Wkrótce potem nadjechały trzy samochody na ukraińskich blachach, niewątpliwie ściągnięte przez braci S. na pomoc w napaści. Nie mogłem zrozumieć, skąd taka agresja, i tydzień później dzwoniłem ze dwa razy do Mariana, żeby się wytłumaczył, ale on nie odbierał telefonu.
To mnie pobili
Marian S., wezwany na komisariat jako podejrzany o napaść, przedstawia konflikt z braćmi B. zupełnie inaczej: 15 lipca 2023 r. jechał z byłą żoną Kamila jej samochodem marki Citroën do centrum Radzymina. Nie łączy ich żaden romans, są dobrymi znajomymi, właściwie przyjaciółmi. W pewnej chwili na ulicy pojawił się Jeep braci B. prowadzony w taki sposób, aby ich staranować.
– Musieliśmy się zatrzymać, tamci piraci zrobili to samo – zeznaje Marian S. – Kiedy otworzyłem w samochodzie okno, Kamil uderzył mnie w twarz, a Przemek walił kijem bejsbolowym w przednią szybę. Towarzysząca mi kobieta krzyknęła: „Uciekajmy!”. Zdołała uruchomić silnik i odjechaliśmy. Odwiozła mnie do domu.
W protokole zapisano, że po 20 minutach Kamil zadzwonił do Mariana S. z propozycją ugodowego spotkania: „Przyjedź, nie będziemy się gonić po mieście, porozmawiamy jak starzy znajomi, możesz wziąć na świadka jakiegoś swojego kolegę”.
– Pomyślałem – relacjonuje przesłuchiwany – że to dobra propozycja. Do towarzystwa poprosiłem kolegę Dominika. Pod dom rodziny B. pojechaliśmy pożyczonym samochodem, nie wzięliśmy gazu ani innej broni.
Ledwo wysiedli z wozu, doskoczyli do nich Kamil i Przemysław z kijami bejsbolowymi i metalowymi rurami. Okładali Mariana S. ile sił. – Wsadzę ci „rozgrzaną lokówkę w d… będę patrzył, jak się smażysz!”, wykrzykiwał Przemysław. Kiedy ofiary leżały na ziemi, bracia B. wsiedli do samochodu, którym S. przyjechał, i przed jego domem staranowali dwa wozy. Na widok przypadkowo przejeżdżającego radiowozu porzucili zawłaszczony wóz i uciekli. – Bałem się ponownego pobicia – zeznaje Marian S. – Do domu wracałem ukradkiem, polami.
Postępowanie w sprawie pobicia zostaje umorzone.
Trzy miesiące później, w październiku 2023 r., kobieta mieszkająca obok działki, na której buduje się Marian S., informuje go, że nad ranem kamera na jej podwórku zarejestrowała uciekającego mężczyznę, który usiłował mu podpalić nieruchomość. Niedoszły pogorzelec po obejrzeniu filmu upewnia się, że spłoszony podpalacz to Przemysław B. Są duże zniszczenia na placu budowy: z ogrodzenia zostały zdjęte panele,
Między przypadkiem a przeznaczeniem
Kiedy aktorzy buzują, mogę być dla nich wiadrem z zimną wodą
Jan Komasa – reżyser i scenarzysta. Zadebiutował filmem „Sala samobójców” w 2011 r. W dorobku ma m.in. „Boże ciało” (2019), nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy film międzynarodowy. Laureat czterech Orłów oraz nagrody specjalnej na festiwalu w Wenecji. „Rocznica” to jego debiut anglojęzyczny (dostępny na VOD).
Pamiętasz swoją ostatnią imprezę rocznicową? Albo taką, na której byłeś gościem?
– To była impreza moich teściów, 50. rocznica ślubu. Ta akurat była wzruszająca, co nas zresztą zdziwiło, bo zazwyczaj nie towarzyszyły nam tak silne emocje. Teraz było inaczej. Spojrzeliśmy sobie w oczy jako jedna wielka orkiestra grająca różne rzeczy, w zróżnicowanych tonacjach, ale zawsze razem. Tego wcześniej u nas nie było, nagle weszliśmy na zupełnie nowy poziom delikatności. Może nasze zbliżenie wynikało z wieku? Zapewne było to też wywołane sytuacją chorobową członka rodziny, co stało się pretekstem do zrzucenia dotychczas zakładanych przez nas masek. Stanęliśmy wszyscy twarzą w twarz i doceniliśmy, że mamy siebie nawzajem. Na szczęście w naszym przypadku nie poszło to w tak skrajną stronę jak w „Rocznicy”, czyli w moim najnowszym filmie.
Możemy szukać punktów wspólnych między „Rocznicą” a życiem prywatnym Jana Komasy? Na końcu twoi bohaterowie mimo przeciwieństw losu w jakiś sposób się odnajdują. Miłość triumfuje.
– My wręcz mamy przełożenie 1:1, więc jak najbardziej. Sam koncept rocznicy jest dla mnie ciekawy. Do stołu zasiadają ci, którzy chcą celebrować spotkanie dwójki ludzi. Czyjeś przypadkowe zetknięcie się zaowocowało rodziną, która następnie zaczyna się zjeżdżać, aby uczcić to, że gospodarze dali nam życie. To jakbyś składał owoce pod świętym drzewem. I robisz to tylko dlatego, bo ono odpowiada za twoje „narodzenie”. Mamy dziwną potrzebę dziękować ludziom za to, że niegdyś wydali nas na świat. A wszystko za sprawą tego jednego spotkania z przeszłości, np. przy obrazie René Magritte’a, jak w „Rocznicy”.
Przy okazjach rocznicowych często mówimy o przeznaczeniu, choć inni mogą uznać, że takie spotkania to efekt przypadku. W co bardziej wierzysz?
– Dla mnie natura tego zdarzenia jest kwantowa, bo będzie zarówno falą, jak i punktem. Na pierwszy rzut oka to przypadek. Ale później percepcja się zmienia. Steve Jobs mówił, że kiedy spojrzysz do tyłu i te punkty zaczynają układać się w pewnego rodzaju melodię, okaże się, że koniec końców mamy do czynienia z przeznaczeniem. Istnieje jakaś moc przyciągania: spójrzmy na fakt, że łączymy się z osobami, które stają się dla nas pewną inspiracją. Wtedy nie patrzymy np. na czyjś status materialny. W takich przypadkach osoba nieuprzywilejowana może nadrabiać swoje luki finansowe tzw. żywotnością.
W sytuacjach kompletnego zakochania odrzucamy pragmatyczne myślenie.
– I o tym też będzie poniekąd „Lalka” (nowa adaptacja flimowa – przyp. red.)!
To znaczy?
– Żywotność panny Łęckiej jest niska, bo ona nic z siebie nie wytwarza. Natomiast Wokulski wytwarza i zmienia życie, więc jest jej przeciwieństwem. Taki motyw staram się zaznaczyć w „Rocznicy”, ale on też pojawia się w moich innych filmach. W „Hejterze” główny bohater działa i jest żywotny, bo nie ma kapitału społecznego. Z kolei dziewczyna – grana przez Vanessę Aleksander – skarży się, że nic jej w życiu nie wychodzi, choć wszystko ma podane na tacy.
Impreza twoich teściów odbyła się przed nakręceniem „Rocznicy”?
– Jakiś czas później.
A więc poniekąd sprawdziło się to, co wcześniej ukazałeś w filmie. Tylko w nieco inny sposób.
– Tak. Czyli jednak moment, który powoduje, że chcesz być z drugą osobą, ma w sobie ten pierwiastek kosmiczny. Czasem, kiedy spotykają się dwie osoby, pojawia się iskra, „kliknięcie”, tzw. chemia, zmieniająca życie na zawsze. W „Rocznicy” idę dalej i
Zabita, bo była kobietą
We Włoszech kobietobójstwo stało się odrębnym przestępstwem zagrożonym karą dożywocia.
Korespondencja z Rzymu
25 listopada, w Międzynarodowym Dniu Eliminacji Przemocy wobec Kobiet, parlament dokonał historycznego aktu: Izba Deputowanych jednogłośnie zatwierdziła art. 577 bis Kodeksu karnego. Przepis ten uznaje, że zabójstwo kobiety motywowane dyskryminacją, z nienawiści, z potrzeby kontroli czy chęci dominacji albo w celu „ukarania” kobiety za odmowę, zakończenie relacji czy próbę odzyskania wolności nie jest już zwykłym zabójstwem, lecz zbrodnią o jednoznacznie zdefiniowanym charakterze.
W ten sposób państwo przyznaje, że część aktów przemocy to nie przypadkowe tragedie, lecz brutalny wyraz uprzedzeń i nierówności, wymagają więc stanowczej odpowiedzi prawnej i społecznej. Jeszcze dekadę temu termin femminicidio funkcjonował głównie w środowiskach akademickich i w języku organizacji walczących o prawa kobiet. Dziś stał się nie tylko pojęciem medialnym, lecz także kategorią prawną, zmieniającą sposób postrzegania przemocy ze względu na płeć.
Dotychczas sprawca zabijający kobietę dlatego, że jest ona kobietą, odpowiadał wyłącznie za zabójstwo – motywacja płciowa pozostawała w tle. Nowe przepisy zmieniają ten paradygmat: oprócz faktu odebrania życia podkreślają społeczne i genderowe źródła zbrodni. Definicja zaczerpnięta z Enciclopedia Treccani, włoskiej encyklopedii powszechnej, brzmi: „zabójstwo kobiety ze względu na to, że jest kobietą”. To sformułowanie znalazło odzwierciedlenie w tekście ustawy.
„Oczywiście próba znalezienia odpowiedzi na rzeź, której jesteśmy świadkami – na życie odbierane poprzez tortury, pobicia czy stalking – to krok naprzód, który może dawać nadzieję. Ale tej drogi nie da się pokonać, opierając się wyłącznie na często nieskutecznej represji. Trzeba ją przejść wspólnie, z udziałem organizacji i stowarzyszeń, by naprawdę zrozumieć problem, od środka – napisała na blogu Roberta Bruzzone, psycholożka sądowa i kryminolożka, jako komentarz do decyzji parlamentu. – Kobiety potrzebują moralnej zmiany: stałej edukacji, zaczynającej się już w dzieciństwie, od szkoły, od budowania sieci wsparcia i solidarności, od świadomości zakorzenionej w zbiorowej mentalności, że zbrodnia przeciw kobiecie nie jest przestępstwem »drugiej kategorii« i nie można jej bagatelizować słowami: sama tego chciała”.
Ustanowienie przestępstwa kobietobójstwa to symboliczne potwierdzenie tego, o czym organizacje kobiece mówią od lat. Nadanie mu rangi prawnej podkreśla wagę problemu i zobowiązuje państwo do prowadzenia spójnej polityki ochrony. W tle pozostaje jednak pytanie, które coraz częściej wybrzmiewa we włoskim społeczeństwie: dlaczego – mimo rosnącej świadomości i zaostrzania prawa – kobiety nadal giną z rąk tych, którzy powinni je chronić? Czyli byłych lub obecnych mężów, partnerów i narzeczonych.
Dramatyczna plaga
Po dwóch głośnych kobietobójstwach – śmierci Giulii Cecchettin i Giulii Tramontano – które na długie miesiące wstrząsnęły Włochami i wywołały falę protestów, wydawało się, że wreszcie coś się zmieni.
22-letnia Giulia Cecchettin zniknęła w nocy 11 listopada 2023 r., po wyjściu do centrum handlowego z byłym chłopakiem. Jej ciało owinięte w foliowe worki odnaleziono tydzień później, na dnie jaru. Filippo Turetta przyznał się do zbrodni. Motywem była zemsta za zerwanie. W grudniu 2024 r. sąd skazał go na dożywocie, a w październiku 2025 r., po wycofaniu apelacji, wyrok stał się prawomocny.
Nie mniej wstrząsająca była historia 29-letniej Giulii Tramontano, będącej w siódmym miesiącu ciąży. 27 maja 2023 r. w jej mieszkaniu pod Mediolanem partner
Granie potwora zostawia ślad
Po pewnym czasie odczuwasz skutki swojej pracy jak bóle fantomowe
Hejt za rolę, czyli gdy fikcja boli za bardzo
Tomasz Schuchardt stworzył przekonujący portret oprawcy, tyrana swojej partnerki. Jego kreacja, autentyczna i oparta na sile, jest jednym z najmocniejszych elementów filmu. I właśnie dlatego aktor stał się celem mimowolnych ataków niektórych widzów.
Tuż po premierze zaczęły się pojawiać reakcje ludzi, którzy nie potrafili oddzielić fikcyjnej postaci filmowej od aktora. Schuchardt został mimowolnie odpowiedzialny za ekranowego Grześka i emocje kierowane w jego stronę. W mediach i nawet w świecie rzeczywistym zaczęły się mnożyć komentarze pełne niechęci i złości. Sam aktor przyznał, że ktoś podszedł do niego i nazwał „przemocowcem”. Tymczasem ataki, jeśli już, powinny być kierowane wyłącznie do fikcyjnego bohatera. Ale to Schuchardt jest obrzucany błotem. Obrywa za postać, której miał nadać wiarygodność. Za postać, którą budował tak realistycznie, by widz uwierzył w jej brutalność. To, co miało być dowodem jego profesjonalizmu, obróciło się przeciwko niemu.
Aktor nie popełnił żadnego błędu. Zderzył się tylko z efektem ubocznym trudnej i intensywnej roli. Teraz, zamiast wyrazów uznania, słyszy komentarze pełne oskarżeń i ocen, które dotyczą nie jego, ale granej przez niego postaci.
Weronika Mikusek
Tomasz Schuchardt – (ur. w 1986 r.) absolwent PWST w Krakowie. W latach 2010-2014 występował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Później był związany z Teatrem Ateneum w Warszawie. Kreacja w filmie „Chrzest” przyniosła mu nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską w Gdyni, a występ w „Jesteś Bogiem” – nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę męską na tym samym festiwalu. Za rolę w „Doppelgängerze. Sobowtórze” otrzymał Orła i nagrodę w Gdyni. Razem z Agatą Turkot odebrał na Warszawskim Festiwalu Filmowym Specjalną Nagrodę Jury za główne role w „Domu dobrym” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego.
Grasz w filmach i w serialach, w mniejszych projektach i w głośnych tytułach, u debiutantów i u bardzo doświadczonych twórców. Według jakiego klucza dobierasz kolejne role?
– Klucze zmieniały się w ciągu lat. Na samym początku decydował fakt, że ktoś w ogóle chciał mnie zaangażować. Nie otrzymywałem wielu propozycji, więc brałem prawie wszystko, co przychodziło. Kierowałem się tym, że trzeba grać. Taka zasada powinna zresztą obowiązywać podczas nauki aktorstwa, ponieważ rozwój aktora polega głównie na praktyce. Trzeba występować wszędzie, gdzie się da, aby mieć jak najwięcej zawodowych spotkań. Dobrze jest współpracować z kilkoma reżyserami, z różnymi aktorami, wybierać odmienne teksty. Zdobywać szlify w telewizji, na deskach teatralnych, w kinie albo w serialach. Oczywiście w ramach możliwości i nie za wszelką cenę.
Twoje podejście musiało później się zmienić.
– Klucz wyboru zmienił się, gdy doszedłem do takiego punktu, w którym miałem więcej propozycji niż czasu. Wtedy zacząłem się uczyć trudnej sztuki selekcji. Najważniejszy stał się dla mnie scenariusz, czyli rozważenie, czy coś mnie zainteresuje w tekście, czy rola, którą mam przygotować, jakoś mnie rozwinie.
Drugim decydującym czynnikiem jest oczywiście spotkanie, czyli to, z kim będę grał i kto będzie mnie reżyserował. Jestem też zwolennikiem brania udziału w projektach niskobudżetowych. Jeżeli komuś można pomóc na początku drogi, którą przecież każdy z nas przechodził, to chętnie się angażuję.
Zgodziłbyś się z tezą, że granie czarnych charakterów jest bardziej atrakcyjne dla aktorów?
– Nie. Dużo wdzięczniej pracuje się nad portretem bohatera, który ma jakieś charakterystyczności. Chodzi o ciekawostki fizyczne, które kogoś wyróżniają, o inną specyfikę mówienia. Tworząc kino biograficzne, dowiadujemy się np., że ktoś się jąkał lub kulał na prawą nogę. Albo reżyser wymaga od nas, żebyśmy mówili z litewskim akcentem, jak znana postać historyczna. Atrakcyjne są także sytuacje, w których podejmujemy się wyzwań dodatkowych – uczymy się jeździć konno, strzelać z broni, grać na instrumencie.
Co więcej, gdy dobrze się wykona charakterystyczną rolę, jest ona bardziej zauważana przez widza. Moje doświadczenia jednak podpowiadają, że takie role częściej pojawiają się na drugim planie. Miałem przyjemność grać bohaterów pierwszoplanowych i tych charakterystycznych z drugiego planu – to rzeczywiście trochę inny rodzaj pracy. Szerzej myśli się o postaci pierwszoplanowej, gdzie indziej rozkłada się akcenty. Trzeba precyzyjnie rozrysować, jak przedstawić bohatera, do czego on dąży i gdzie nastąpią momenty jego załamania. Z kolei niektóre sceny należy wręcz zostawić postaciom drugoplanowym, aby tworzyły bogatsze tło dla całej historii. Nie każda sekwencja musi należeć do protagonisty. Występując na drugim planie, zwykle próbujesz w kilku momentach zawrzeć esencję bohatera. Ostatnio zagrałem w jednym filmie tylko trzy sceny. Wtedy musisz zaznaczyć swoją obecność na tyle, żeby nadać postaci ważność, a jednocześnie nie przysłonić niczego z drogi głównego bohatera.
Może czarne charaktery gra się łatwiej?
– Nie jest tajemnicą, że każdy z nas, aktorów, ma do czegoś łatwiejszy dostęp. Niektórzy mają naturalną predyspozycję do ról komediowych. Pojawiają się i nieważne, co zrobią, już będzie śmieszniej. Nikt nie powie, że bycie zabawnym okupili tytaniczną pracą. W moim przypadku jest podobnie z byciem groźnym. Mam specyficzną twarz i jestem świadom swojej urody. Wiem z różnych rozmów, że ludzie widzą we mnie cwaniaka albo osobę mocno przekonaną do swoich racji. Do takich postaci mam na pewno łatwiejszy dostęp.
Z rolą Grześka w „Domu dobrym” chyba tak prosto nie było.
– Rzeczywiście, mocno popracowałem sobie nad pewnymi rzeczami w moim bohaterze. Łatwość w graniu czarnych charakterów, o której wspomniałem, wystarczy na kilka scen, na epizod, w którym złoczyńca pojawia się z bronią albo grozi komuś spojrzeniem. My jednak rozmawiamy o bohaterze bardzo często obecnym na ekranie. Chociaż gram główną rolę męską, uważam, że jej funkcja jest służebna. Od początku wiedziałem, że to jest film Agaty Turkot, film o Gośce i innych kobietach, które doświadczyły przemocy domowej. Ja miałem stworzyć ścianę, o którą będą uderzać albo przez którą nie mogą się przebić. Postać Grześka reprezentuje jednak szerokie spektrum przemocy. Na początku filmu funkcję
Zło nie umiera nigdy
„Dom dobry” Smarzowskiego, czyli polska norma
Film ma wstrząsnąć społeczeństwem w kwestii przemocy domowej. Otóż nic podobnego się nie stanie! Nie po to taki model związku nasze społeczeństwo wypracowało przez setki lat, by go teraz wywrócił jeden film. Choćby i wstrząsający, choćby i oglądany przez miliony.
Zamiast więc pałać słusznym oburzeniem, co łatwe, raczej starannie obejrzyjmy film. Słychać, że oto nareszcie obraz, który o przemocy wobec kobiet opowiada z męskiego punktu widzenia. Skąd! Jest odwrotnie: kamera od początku do końca podąża za Małgorzatą. A Grzegorz, mąż, jest oprawcą, który Małgorzacie się przytrafia. Trochę jak choroba, kalectwo, depresja – nie my jesteśmy winni i niewiele możemy zaradzić.
Nie wygląda, by Grzegorz do związku przemocowego doszedł drogą własnych doświadczeń, ewolucji przekonań. Jest na to zbyt ograniczony. Po prostu powtarza „polską normę”: żona jest na wyposażeniu męża. Przypomina jej o tym z pewnością zbyt brutalnie, ale jest krewki z natury, a żona oporna. Z tym wszystkim Grzegorz nie jest zboczeńcem, który zbałamucił kobietę, żeby się z nią ożenić, a potem wyżywać się na niej. On nie czerpie przyjemności z zadawania bólu, próbuje tylko na swój „sprawczy” sposób wyegzekwować w małżeństwie układ, w jakim zapewne sam się wychował i w jakim żyją ludzie z jego sfery. I w ogóle wszyscy mu znani. Żona ma być jego wizytówką, ozdobą i paprotką na biurku. Powiada się powszechnie, że „damą w salonie, dziwką w łóżku, kucharką w kuchni”, ale nie dlatego, że kobieta taka uniwersalna – raczej taka posłuszna. A jeżeli nie sprawdza się jako wizytówka, to przechodzi przyśpieszony kurs muzyki poważnej: dostaje omłot przy dźwiękach „Toccaty i fugi d-moll” Bacha.
Grzegorz to postać niejasna, wiemy o nim niewiele i tylko „objawowo”. Polak katolik – sakramenty obowiązkowo – w interesach i w lokalnej polityce „twardy facet”. Ma gadane, łatwo omota kobietę. Przy tym banalny i kiczowaty: przynosi róże, słucha Grechuty sprzed pół wieku. W sumie sprawczy gość, średnia krajowa. A jako domowy bokser ma odpowiedników i na salonach, i na melinach, czego świadectwo dają żony w grupach wsparcia. I najważniejsze: ma za sobą wszystkich zawodowych „obrońców rodziny”: od księdza, przez policję, sądy, po opinię publiczną.
Grzegorz jest pułapką, która czeka na mysz. Problem w tym, że ofiara wpada zbyt łatwo. Bo Gośka i Grzegorz, znajomi z sieci, sondują się nawzajem odgadywaniem autorów aforyzmów w stylu „Kto był wszystkim, będzie niczym”, choć podobny banał mógł się wypsnąć zarówno mistrzowi Lao Tsy (VI w. p.n.e.), jak i Janowi Pawłowi II czy Oldze Tokarczuk. Autora wyszukiwarka w trybie AI znajdzie w mniej niż trzy sekundy. A Grzegorz znajdzie go w mniej niż trzy minuty w zbiorze aforyzmów, którzy trzyma na półce. Nie wynika








