Psychologia

Powrót na stronę główną
Psychologia Wywiady

Z odwagą do seksuologa

Kiedy myślisz, że jesteś beznadziejnym przypadkiem

Michał Lew-Starowicz – profesor nadzwyczajny, doktor habilitowany nauk medycznych, psychiatra, seksuolog, psychoterapeuta pracujący w nurcie integracyjnym, badacz, specjalista medycyny seksualnej (FECSM) afiliowany przez European Union of Medical Specialists. Seksuolog kliniczny i superwizor Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, członek Executive Committee Members European Society for Sexual Medicine. Pełni funkcję kierownika Kliniki Psychiatrii Bielańskiego Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego.

Czy poczucie humoru bywa przydatne w gabinecie seksuologa?
– Groucho Marx twierdził, że najlepszy lekarz to taki, który potrafi rozśmieszyć pacjenta, zanim poda lekarstwo. Coś w tym jest. Nie chodzi o to, by zbanalizować problem chorego, ale żart i śmiech mają potencjał rozbrajający napięcie. (…)

Od psychoterapeutów oczekujemy pewnej ich sterylności emocjonalnej i zdrowego dystansu. Jakiego rodzaju neutralność musi wypracować seksuolog?
– Neutralność jest szczególnie potrzebna, kiedy pracujemy z parą albo analizujemy funkcjonowanie pacjenta w kontekście norma-patologia. Ważny jest kontakt z własnymi emocjami, jakie może wzbudzać w nas pacjent, który relacjonuje np. swoje nietypowe preferencje seksualne albo ma na koncie zachowania przestępcze. Wyobraźmy sobie, że trafia do gabinetu sprawca nadużyć seksualnych wobec małoletnich, a terapeuta ma dzieci w wieku jego ofiar. Trudno oczekiwać, żeby ta sytuacja nie wywoływała negatywnych emocji, a skoro się pojawiają, trzeba umieć nad nimi zapanować. (…)

Gdy szukamy przykładów antyterapii, to akurat skojarzenie nadużyć seksualnych u seksuologa wydaje się banalne. Podobnie dość łatwo wyobrazić sobie tak ewidentny błąd, kiedy lekarz wypisuje niebieską tabletkę pacjentowi chorującemu na nadciśnienie i funduje mu orgazm, ale w komplecie z zawałem.
– Leki stosowane w leczeniu zaburzeń erekcji są akurat bezpieczne dla większości pacjentów z chorobami układu krążenia i ich zalecenie osobom z nadciśnieniem tętniczym, poza skrajnymi przypadkami, wcale nie jest błędem. Trzeba jednak odróżnić nadużycia seksualne od nieadekwatnie udzielanej pomocy. Tu docieramy do sedna wielu zależności, które musimy uwzględnić w leczeniu problemów zdrowia seksualnego. Część z nich ma podłoże somatyczne, a część psychologiczne. Te pierwsze powinni leczyć lekarze, drugie – psychoterapeuci. Często kłopot pacjenta jest na tyle złożony, że wymaga współpracy specjalistów. Od początku zatem trzeba widzieć problem holistycznie, umiejętnie przeprowadzić wstępną diagnostykę różnicową.

Ale na drzwiach gabinetu wisi wizytówka: SEKSUOLOG. Skąd pacjent ma wiedzieć, czy dobrze trafił?
– Przede wszystkim warto pamiętać o tym, że każdy ma prawo zapytać o kwalifikacje osoby, do której się udaje. Jeżeli chce pani kupić sobie wycieczkę w biurze podróży, ma pani prawo zapytać, czy dane biuro posiada odpowiednie licencje. Jak idzie pani do specjalisty w jakiejkolwiek dziedzinie, to też ma Pani prawo dowiedzieć się, czy ta osoba ma udokumentowane kwalifikacje w danym obszarze. Przed wizytą u seksuologa warto zapytać, jakiego rodzaju kwalifikacjami dysponuje. Zwłaszcza że w tym zawodzie można spotkać osoby z wykształceniem zarówno medycznym, jak i psychologicznym.

Transparentność jest niezbędna, a specjalista na prośbę pacjenta powinien uczciwie wyjaśnić, jakimi dysponuje kwalifikacjami. Na przykład – mogę się zająć sprawami medycznymi, ale nie znam się na psychoterapii. (…) W ten sposób każdy ma jasność, jakiej pomocy może oczekiwać w danym gabinecie.

Ale nie zawsze potrafi stwierdzić, czy jego problem seksualny nadaje się do psychologa, czy lekarza.
– Na tym właśnie polega zadanie specjalisty, temu służą pierwsze konsultacje. A przynajmniej tak to powinno wyglądać. Leczenie musi być dopasowane do przyczyny, a czasem przyczyn istniejącego problemu. Weźmy przytoczony już przykład zaburzeń erekcji u mężczyzny. Przypuśćmy, że jest to mężczyzna z chorobą naczyń obwodowych i otyłością. To przyczyny zaburzeń krążeniowych wpływające na ukrwienie

Fragmenty rozmowy z książki Anny Bimer Kiedy terapia staje się antyterapią, Prószyński i S-ka, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia Wywiady

Nie bójmy się kryzysów, bo one prędzej czy później do nas przyjdą

Zdecydowanej większości z nas kryzys kojarzy się jednoznacznie negatywnie. A psychologom?
Robert Kowalczyk: Dla nas, psy­chologów, kryzys nie musi automa­tycznie wiązać się z zagrożeniem czy katastrofą. (…) Z punktu widzenia psychologicznego pojawia się on wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z trudnościami prze­stają wystarczać. Wskutek tego na­stępuje dezintegracja naszego życia. Jednak w perspektywie klinicznej kryzys sam w sobie jest zjawiskiem neutralnym. Najważniejsze jest bowiem, co z nim zrobimy.
Katarzyna Waszyńska: Kryzys by­wa momentem zatrzymania i poszu­kiwania nowych możliwości, jest też procesem adaptacji do zmieniającej się sytuacji w życiu. Dobrym przykła­dem jest zmiana lub utrata pracy po wielu latach spędzonych w jednym miejscu. To moment, który pozwa­la zastanowić się, w jakim kierunku chcemy iść. Czasami dopiero przy ta­kiej okazji odkrywamy, że przez wie­le lat wykonywaliśmy zajęcie, które nie dawało nam satysfakcji.

Od czego zależy, czy kryzys odbije się na nas negatywnie, czy wprost przeciwnie – będzie szansą zmiany na lepsze?
R.K.: Od tego, jak i czy w ogóle go przepracujemy. Oczywiście sytuacja kryzysowa wiąże się z ogromnymi emocjami, chodzi jednak o to, żeby spojrzeć na nią z innej perspektywy – jak na szczególny, nierzadko zwrotny moment w życiu, na którym można zbudować coś wartościowego.
K.W.: Kryzysy są nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji, ponie­waż nasze życie składa się z nie­ustannych zmian. Nie na wszystko możemy się przygotować. A na­wet jeśli wydaje nam się, że nad wszystkim panujemy, to i tak każdy przełom w życiu oznacza zakłócenie dotychczasowego sposobu funk­cjonowania. Dobrym przykładem są narodziny dziecka, które z jed­nej strony mogą być wyczekiwane i radosne, a z drugiej mogą wią­zać się z bardzo silnymi emocjami i trudnościami.
R.K.: Dlatego nie bójmy się kry­zysów, bo one prędzej czy później do nas przyjdą. Pytanie brzmi, czy zdołamy wyjść z nich obronną rę­ką i zbudować na nich coś, co nas wzmocni.

Czyli musimy przyjąć do wiadomości, że nie zdołamy przejść przez życie bezboleśnie. Powinni­śmy się więc przygotować na różne trudne, kryzysowe sytuacje.
K.W.: Kryzys może pojawić się właściwie na każdym etapie nasze­go życia. Może obejmować jedną osobę, parę lub całą rodzinę i – co warto podkreślić – nie zawsze jest wywołany przez jedno wielkie wy­darzenie: wypadek, problemy zdro­wotne, rozstanie. Może być również efektem splotu szeregu drobnych, codziennych trudności, które nawar­stwiają się i w pewnym momencie przekraczają nasze możliwości ra­dzenia sobie z nimi. Co więcej, na­sza reakcja na aktualny kryzys nie dotyczy wyłącznie tego, co dzieje się tu i teraz – jest także wypadkową wcześniejszych doświadczeń i tego, jak poradziliśmy sobie (lub nie) z po­przednimi tego typu sytuacjami.

Jakie kryzysy mogą nas dotknąć? I jakie zdarzają się najczęściej?
R.K.: W praktyce gabinetowej spotykamy się z kilkoma typami. Kryzysy w związkach i małżeństwach to jedna z najczęstszych kategorii. Obejmują zarówno konflikty partner­skie, jak i sytuacje związane z rozsta­niem, separacją bądź rozwodem. Są też kryzysy zawodowe, które mogą wynikać z konieczności podjęcia de­cyzji o zmianie pracy, wiążą się z jej utratą lub dotyczą bankructwa. Do powszechnych doświadczeń należą kryzysy zdrowotne: trudna diagnoza, nagła choroba, uraz czy wypadek, które wywołują konieczność adapta­cji do nowych okoliczności i zmiany dotychczasowego sposobu funkcjo­nowania jednostki czy rodziny. Są wreszcie kryzysy sytuacyjne o cha­rakterze niemożliwym do przewidze­nia i traumatycznym, np. katastrofy.
K.W.: Kryzysy mogą mieć cha­rakter ogólnospołeczny – mówimy wtedy o kryzysach ekologicznych, ekonomicznych, związanych z kon­fliktami zbrojnymi albo dotyczących społeczności, w ramach których funkcjonujemy.
R.K.: Nie zapominajmy o kryzysie wiary czy kryzysie egzystencjalnym, kiedy pojawiają się pytania o sens życia.
K.W.: Kryzys egzystencjalny, często obserwowany w gabinetach, może wynikać z uświadomienia sobie własnej śmiertelności. Taką refleksję wywołuje np. śmierć kogoś bliskiego. Pamiętam osobę w gabi­necie, która po odejściu rodziców doświadczyła intensywnego poczu­cia, że życie jest kruche i nieprzewi­dywalne, a ona zupełnie nie umiała sobie z tym poradzić. Psychologia wyróżnia także kryzysy rozwojowe związane z naturalnymi etapami życia – np. kryzys wieku dojrze­wania czy związany z przejściem na emeryturę.

Na myśl przychodzi mi również kryzys wieku średniego.
K.W.: Należy on do tzw. kryzy­sów tożsamościowych, egzysten­cjalnych. Charakterystyczne jest to, że pojawiają się wówczas pytania: „Kim jestem?”, „Co jest dla mnie ważne?”, „Jakie są moje rzeczywiste potrzeby?”, „Czego chcę?”. Kryzysy tożsamościowe są wpisane w wie­le faz życia. Na przykład w okresie dojrzewania takie pytania są wręcz potrzebne, aby młoda osoba mogła „oddzielić” się od rodziców czy opie­kunów, zyskać autonomię i wykształ­cić własną tożsamość. Kryzysy egzy­stencjalne mogą jednak pojawiać się niezależnie od wieku. Zdarzają się w różnych momentach w reakcji na istotne wydarzenia lub zmiany. Do­chodzi wtedy do sytuacji, w której kryzys tożsamościowy nakłada się na kryzys sytuacyjny.
R.K.: Jeszcze raz warto tutaj pod­kreślić, że kryzys

Fragmenty książki Roberta Kowalczyka, Katarzyny Waszyńskiej i Ewy Podsiadły-Natorskiej Całe szczęście to kryzys. Rozmowy o trudnych momentach, które zmieniają nasze życie, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia Wywiady

Psychiatrzy uważali, że jest lepiej

Obciążenie macierzyństwem i jednoczesne zmaganie się z problemami zdrowia psychicznego jest doświadczeniem wielu kobiet

Dr Jacek Dębiec – polsko-amerykański psychiatra, psychoterapeuta, neurobiolog i filozof. Jego prace publikowane były w czołowych pismach naukowych, takich jak „Nature” czy „Biological Psychiatry”. Przez 12 lat pracował jako profesor psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Michigan, gdzie m.in. sprawował opiekę nad pacjentkami w okresie okołoporodowym.

Zakończył się jeden z najgłośniejszych w USA procesów kryminalnych ostatnich lat. To sprawa Lindsay Clancy oskarżonej o zabójstwo trójki własnych dzieci. Jej czyn nosi znamiona próby rozszerzonego samobójstwa, w którym targnięcie się na swoje życie jest powiązane z zabiciem osób najbliższych. Po pięciu tygodniach procesu ława przysięgłych nie potrafiła osiągnąć wymaganej jednogłośności. Najprawdopodobniej rozpocznie się kolejny proces, w którym nowo wybrani ławnicy podejmą ponowną próbę rozstrzygnięcia czy kobieta w czasie popełniania morderstwa była w pełni poczytalna.

Diagnoza psychiatryczna ma dla werdyktu ławy przysięgłych istotne znaczenie. Powołani przez obronę eksperci argumentowali, że Lindsay Clancy cierpiała na psychozę poporodową.
– Na podstawie dostępnej dokumentacji i opinii biegłych psychiatrów i psychologów można stwierdzić, że istnieją przesłanki do rozpoznania psychozy i uznania niepoczytalności oskarżonej. Trzeba jednak zastrzec, że nie każdy stan psychozy automatycznie powoduje niepoczytalność. W podobnych sprawach sądowych zazwyczaj zadaniem obrony jest przedstawienie dowodów na niepoczytalność oskarżonej. Wynikająca z prawa stanu Massachusetts specyfika tego procesu polegała na tym, że to prokuratura miała przedstawić dowody poczytalności oskarżonej w chwili popełnienia zbrodni.

Kilka miesięcy przed zabójstwem dzieci i próbą samobójczą kobieta była świadoma, że znajduje się w poważnym kryzysie psychicznym. Leczyła się psychiatrycznie. W ciągu zaledwie czterech miesięcy różni lekarze przepisali jej 13 różnych leków psychotropowych.
– Zauważmy, że ta opieka nie opierała się na stabilnym kontakcie z jedną osobą, która regularnie sprawdzałaby, jak pacjentka się czuje, jakie ma objawy i jak się one zmieniają pod wpływem różnych leków. Okres po porodzie to czas o podwyższonym ryzyku wystąpienia wielu zaburzeń psychicznych. Zachodzące wtedy duże zmiany biologiczne, takie jak gwałtowna zmiana poziomu wielu hormonów i utrata snu, stres związany z opieką nad dzieckiem, nowe obowiązki, brak czasu na zajęcie się sobą, częste odizolowanie społeczne sprawiają, że psychika jest wystawiona na wielką próbę. Czasem, w jednym-dwóch przypadkach na 1 tys. porodów, może to prowadzić do zaburzeń psychotycznych.

Sprawujący opiekę psychiatryczną nad Lindsay Clancy rozpoznali u niej depresję poporodową i, nie widząc poprawy jej stanu, często zmieniali jej leki. Clancy przyjmowała po kilka substancji psychotropowych naraz, w tym leki przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne, stabilizujące nastrój, nasenne i uspokajające. Niektórzy specjaliści zastanawiają się, czy pogorszenie jej stanu nie wiązało się właśnie ze stosowaniem wielu leków i ich częstą zmianą. Udokumentowano, że pewne leki, np. popularne antydepresanty z grupy SSRI (inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny), mogą powodować pobudzenie, wzmożony niepokój, zaburzenia snu oraz myśli samobójcze. Niektóre leki przeciwpsychotyczne również mogą powodować pobudzenie i agresję wobec innych. Takie informacje znajdziemy na ulotkach tych leków.

Szukanie pomocy u różnych psychiatrów wyglądało u niej jak wędrówka od Annasza do Kajfasza.
– Z dokumentów, które zostały ujawnione opinii publicznej w trakcie przesłuchań sądowych, wynika, że negatywnie reagowała na niektóre leki. Na przykład kiedy zaczęła przyjmować Zoloft, popularny lek zawierający sertralinę należącą do grupy SSRI, i jego dawkę zwiększono z 25 mg do 50 mg, znacznie pogorszył się jej sen. Decyzję o takim leczeniu podjęła młoda psychiatra

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Efekt samotności

Dlaczego przynależność do grupy jest tak ważna

Razem jesteśmy silni

Przez większość swoich dziejów człowiek musiał żyć we wspólnotach, żeby dać sobie radę w świecie pełnym niebezpieczeństw. (…) Prawdopodobieństwo przetrwania było większe we wspólnocie, a więc przewagę zyskiwali ci, którzy mieli silniejszy instynkt do tworzenia i pielęgnowania więzi społecznych. Dzięki temu dążenie do wspólnoty było przekazywane kolejnym pokoleniom. Z punktu widzenia mózgu o to właśnie chodzi – żeby przetrwać i przekazać geny. To znaczy, że wy też macie je w swoim genomie, inaczej by was nie było. Mózg nagradza nas dobrym samopoczuciem za każdym razem, gdy doświadczamy wspólnoty z innymi ludźmi. (…)

Wspólny śmiech

Brytyjski antropolog Robin Dunbar obliczył, że stado ludzkie funkcjonuje najlepiej, jeśli składa się z ok. 150 osobników (liczba Dunbara wyznacza górną granicę liczby osób, z którymi można utrzymywać stabilne relacje społeczne). Również on, jako pierwszy, postawił tezę, że wspólny śmiech może dawać podobny efekt jak grupowe iskanie. W ramach pewnego badania zabrał do kina dwie grupy ludzi, którzy się nie znali. Jedna grupa obejrzała zabawną komedię. Grupie kontrolnej pokazano natomiast nudny film dokumentalny. Jeśli Dunbar miał rację, to u osób, które śmiały się razem, powinno uwolnić się więcej endorfin niż u osób z grupy kontrolnej. Aby ustalić, czy to prawda, po pokazie poproszono wszystkich uczestników o włożenie rąk do wiader z lodowatą wodą. Endorfiny mają działanie przeciwbólowe, więc grupa śmiejąca się powinna (jeśli teoria jest poprawna) być w stanie dłużej wytrzymać zimno. I tak też było.

A zatem wspólny śmiech daje taki sam efekt, jaki małpy uzyskują z wzajemnego iskania – z tą ważną różnicą, że śmiech może wzmocnić więzi między więcej niż dwiema osobami naraz. Jeśli się nad tym zastanowić, śmiech rzeczywiście jest aktywnością grupową. Nie śmiejemy się tak bardzo z zabawnego filmu,

Fragmenty książki Andersa Hansena i Matsa Wänblada Zrozum swój mózg. Skąd biorą się emocje i dlaczego są OK, przeł. Emilia Fabisiak, Znak, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Odebrana seksualność

Dysfunkcje seksualne po lekach antydepresyjnych mogą dotyczyć setek tysięcy Polaków

Julia Linke – autorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka neurologii dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Zainteresowana pograniczem neurologii i psychiatrii oraz bezpieczeństwem farmakoterapii i jej długoterminowymi konsekwencjami.

Ewa Majcherek – współautorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka położnictwa i ginekologii w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu, członkini zarządu Polskiego Towarzystwa Zdrowia Seksualnego i Reprodukcyjnego.

W Polsce świadomość PSSD – zespołu zaburzeń seksualnych po lekach antydepresyjnych z grupy SSRI, takich jak Zoloft, Sertralina czy Prozac, oraz SNRI, czyli np. Duloksetynie i Wenlafaksynie – wydaje się znikoma, zarówno w społeczeństwie, jak i wśród lekarzy.
Julia Linke: – Gdy podczas studiów po raz pierwszy natknęłyśmy się na ten problem, byłyśmy w szoku, że kompletnie nic o nim nie wiemy. Zaczęłyśmy rozmawiać z innymi badaczami i lekarzami – okazało się, że wiedza większości z nich również jest bliska zeru.
Ewa Majcherek: – Pomyślałam wtedy, że musi to być jakieś niezwykle rzadkie zjawisko. Zaczęłyśmy drążyć temat i odkryłyśmy, że wcale nie jest rzadkie – po prostu jest rzadko badane. Większość pacjentów po zakończeniu leczenia psychiatrycznego nie wraca do lekarza z tym problemem, próbując poradzić sobie z nim na własną rękę. To bardzo utrudnia zbieranie danych. Warto dodać, że sam problem bynajmniej nie jest marginalny. Skala spożywania leków jest w Polsce ogromna: z oficjalnych statystyk wynika, że ok. 4 mln osób przyjmuje obecnie antydepresanty. Co oznacza, że te dysfunkcje seksualne mogą dotyczyć bardzo wielu Polaków – możliwe, że dziesiątek czy nawet setek tysięcy.

Czym PSSD różni się od objawów pierwotnych zaburzeń, z którymi pacjent zgłasza się do psychiatry?
J.L.: – PSSD pojawia się po włączeniu leków antydepresyjnych, a czasem – choć rzadziej – dopiero po ich odstawieniu. Jeśli chodzi o same symptomy chorób, z powodu których przepisuje się te leki – najczęściej depresji, zaburzeń lękowych czy zaburzeń odżywiania – to jednoznaczne rozróżnienie bywa trudne.
E.M.: – Dotychczasowe badania są niestety bardzo fragmentaryczne, dotyczą niewielkich populacji – bo dostęp do pacjentów jest mocno ograniczony – i nie dają jasnej odpowiedzi, jakie czynniki są tu najważniejsze. Myślę, że długo nie doczekamy się dużego, przekrojowego badania. Psychiatria nie jest dziedziną, w której z badania krwi lub za pomocą innego obiektywnego narzędzia możemy jednoznacznie zdiagnozować daną chorobę.

Czyli najważniejszy jest pogłębiony wywiad z pacjentem.
J.L.: – Zazwyczaj to pacjent opisuje, jak się czuje: czy faktycznie ma obniżony nastrój lub inne objawy zaburzeń, czy chodzi wyłącznie o symptomy seksualne i czy podobne dolegliwości występowały, jeszcze zanim zaczął brać leki. Jeśli pojawiły się one dopiero po odstawieniu antydepresantów, niekoniecznie mamy wtedy do czynienia z nawrotem depresji czy zaburzeń lękowych, bo te choroby zazwyczaj wracają w dość podobnej formie.
E.M.: – Natomiast sytuacja,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Gdy nie odczuwa się niczego

Czy wiedzieliście, że jesteście nieszczęśliwi?

Bruce Wayne – miliarder, który przemienia się w Batmana – stanowi modelowy przykład osoby z depresją wysokofunkcjonującą wywołaną przez traumę z dzieciństwa. Jako kilkuletni chłopiec był świadkiem morderstwa rodziców, przez co jako dorosły mężczyzna powiela wzorzec traumy: nieustannie naraża się na niebezpieczeństwo, gdy walczy z przestępczością i pędzi w stronę zagrożenia – tak jak czynią to policjanci i inni pracownicy służb szybkiego reagowania (…). Batman zawsze stawia potrzeby mieszkańców Gotham City ponad własne i nie otrzymuje za to żadnego wynagrodzenia. Do tego dochodzi jeszcze zbiorowa trauma życia w tym mieście, które nieustannie balansuje na granicy katastrofy. To wszystko składa się na wyjątkowo traumatyczny bagaż doświadczeń, a jednak Bruce Wayne jako Batman się nie poddaje. Bez wytchnienia śledzi złoczyńców, konstruuje zaawansowane technologicznie gadżety do walki z przestępczością i odgrywa rolę bohatera, którego Gotham potrzebuje.

Joker bynajmniej nie ustępował Batmanowi po względem determinacji. Wiecie zatem, czym ci dwaj się od siebie różnili? Joker dobrze się bawił. Batman miał zimne spojrzenie, ciągle zaciskał zęby i przybywał na miejsce w czarnym kostiumie, a Joker nosił jaskrawe stroje,

Fragmenty książki dr Judith Joseph Wysokofunkcjonująca depresja. 5 kroków ku zdrowiu, przeł. Lucyna Wierzbowska, Znak, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Rozbroić wstyd

Młodsze pokolenia często przyswajają przekonania starszych: czego „nie wypada” robić

Dr Angelika Kleszczewska-Albińska – badaczka wstydu, doktor nauk społecznych w dziedzinie psychologii, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna

Czy wstyd może być dziedziczny? Na przykład, jeśli matka wstydziła się pewnych rzeczy, to jej córka też będzie mieć podobne problemy?
– Warto na początek zastanowić się, co dokładnie rozumiemy przez „dziedziczenie” w kontekście wstydu. Jeśli myślimy o genach, które bezpośrednio odpowiadałyby za wstyd, to nauka nie dostarcza na to jednoznacznych dowodów. Oczywiście do odczuwania emocji, w tym wstydu, niezbędna jest aktywność w obrębie określonych struktur mózgu, ale nie można mówić o prostym mechanizmie dziedziczenia.

Czy w takim razie biologia odgrywa jakąś rolę w przeżywaniu wstydu?
– Tak, badania pokazują, że nawet osoby z uszkodzeniami obszarów kory nowej, odpowiedzialnych za przeżywanie emocji, nadal mogą doświadczać wstydu. To sugeruje, że choć wstyd jest emocją samoświadomościową, może być przeżywany również w sytuacjach, w których nie są zaangażowane struktury odpowiedzialne za poznawcze przetwarzanie emocji.

Czy to oznacza, że wstyd jest bardziej pierwotny, niż nam się wydaje?
– W zasadzie można powiedzieć, że wstyd ma charakter pierwotny, choć nie taki, jak np. przykład emocje strachu, złości czy radości. Na podstawie dotychczasowych badań nie możemy powiedzieć jednoznacznie, że intensywność odczuwania wstydu jest biologicznie dziedziczona. Zdecydowanie większą rolę odgrywają czynniki środowiskowe, które kształtują naszą wrażliwość emocjonalną. Tutaj właśnie kryje się ten pierwotny, ewolucyjny charakter wstydu. Od zarania dziejów człowiek funkcjonował w grupach społecznych, które poza innymi korzyściami gwarantowały mu poczucie bezpieczeństwa. Skoro zatem bez grupy jesteśmy bardziej narażeni na różnorodne niebezpieczeństwa, to chociaż wstyd jest emocją złożoną, która wynika z socjalizacji, przez to, że od zarania dziejów przyczynia się do regulacji naszych stosunków z innymi ludźmi, można opisać go jako jeden z pierwotnych mechanizmów ochraniających funkcjonowanie jednostki w społeczności.

Jak wstyd jest przekazywany w rodzinach? Czy to możliwe, że wstyd, którego doświadczają kobiety, wynika z tego, jak wychowywały je matki i babcie?
– W psychologii często mówi się o wpływie genów i środowiska na kształtowanie osobowości i zachowań. W przypadku wstydu również dostrzegamy ten podział. Po pierwsze, sposób, w jaki rodzice sprawują emocjonalną kontrolę nad dzieckiem, może się przyczyniać do nadmiernego odczuwania wstydu. Transmisja międzypokoleniowa wstydu jest szczególnie widoczna w relacjach między osobami tej samej płci – matki i babcie mają ogromny wpływ na sposób przeżywania emocji przez córki i wnuczki.

Czy to oznacza, że dzieci uczą się wstydu przez obserwację?
– Tak, młodsze pokolenia często przyswajają przekonania starszych: czego „nie wypada” robić, co „będzie źle ocenione” itp. W kulturach zachodnich wstyd jest często postrzegany jako emocja negatywna, coś, co należy przezwyciężyć. Jeśli jednak matki i babcie wielokrotnie przypominały o społecznych konsekwencjach pewnych zachowań, młodsze pokolenia mogły wykształcić nadmierne skłonności do odczuwania wstydu.

Czy sposób wychowania ma kluczowe znaczenie?
– Zdecydowanie. Styl wychowania może nie tylko kształtować umiejętność przeżywania wstydu, ale także wpływać na obszary życia, w których wstyd będzie szczególnie silny. Na przykład, jeśli matka była bardzo krytyczna wobec swojego wyglądu lub zachowań, córka może przejąć te wzorce i przenieść je na swoje życie.

Czy zawsze dochodzi do „kopiowania” wzorców?
– Nie. Zdarza się, że młodsze pokolenie reaguje przeciwnie – obserwując niepożądane zachowania matek czy babć (np. nadmierny wstyd), podejmuje świadomą decyzję, by realizować swoje życie w zupełnie inny sposób. Taki bunt przeciwko wzorcom poprzednich pokoleń może prowadzić do większej otwartości i akceptacji siebie. Jednak bez względu na to, czy mamy do czynienia z „kopiowaniem” wzorców, czy ich odrzuceniem, wychowanie i środowisko rodzinne odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu takich emocji jak wstyd.

W jaki sposób wstyd jest przekazywany z pokolenia na pokolenie?
– Wstyd, podobnie jak inne zasady rodzinne, jest przekazywany w rodzinach w procesie socjalizacji. Dzieje się to poprzez wzmacnianie zachowań zgodnych z oczekiwaniami i karanie tych, które uznawane są za niepożądane. Wstyd, emocja wtórna i samoświadomościowa, musi zostać wyuczony. W rodzinach może przyjąć formę „wstydu pożądanego”, który w umiarkowanym natężeniu pomaga w podtrzymywaniu relacji międzyludzkich i przestrzeganiu norm społecznych, lub „wstydu patologicznego”, który jest nadmierny i obciążający.

Jak dzieci uczą się wstydu od rodziców?
– Jednym z mechanizmów jest modelowanie – dziecko obserwuje znaczącego dorosłego w określonych sytuacjach i na tej podstawie internalizuje wzorce zachowań. Jeśli rodzic wykazuje zachowania zawstydzające lub sam jest silnie zawstydzany, dziecko uczy się, że taki sposób reagowania jest normą. Drugim mechanizmem jest bezpośrednia interakcja. Rodzice wzmacniają lub tłumią określone zachowania dziecka, co może prowadzić do powstania generacyjnych cykli wstydu. Dziecko, które wielokrotnie doświadczało zawstydzania w dzieciństwie, może w dorosłości powielać te same wzorce wobec swoich dzieci.

Dlaczego wstyd tak łatwo przenosi się na kolejne pokolenia?
– Kluczowym czynnikiem jest wrażliwość dziecka zestawiona z metodami zawstydzania stosowanymi w rodzinie. Jeśli zawstydzanie wiąże się z lękiem przed odrzuceniem, może się stać wyjątkowo skutecznym narzędziem budowania patologicznego wstydu.

Jaką rolę odgrywają normy społeczne i kulturowe?
– Normy kulturowe i społeczne, przekazywane w ramach socjalizacji, również odgrywają kluczową rolę. W rodzinach, gdzie obowiązują sztywne i lękorodne zasady, zawstydzanie staje się często metodą kontrolowania zachowań. Im bardziej restrykcyjne są normy kulturowe, tym większe ryzyko, że wstyd będzie przekazywany jako patologiczna emocja.

Czy istnieją inne czynniki zwiększające podatność na patologiczny wstyd?
– Wysoki poziom lęku,

Fragmenty książki Beaty Biały Kobiety, które wstydzą się za bardzo, Rebis, Poznań 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia Wywiady

Depresja rodzaju męskiego

Dla wielu mężczyzn powiedzenie: „Mam depresję” to jak przyznanie się do porażki

Dr n. med. Robert Kowalczyk,
seksuolog i psychoterapeuta

Dr n. med. Piotr Paweł Świniarski,
urolog, androlog i lekarz medycyny seksualnej

Znalazłem statystyki, które naprawdę mnie poruszyły. W 2024 r. w Polsce życie odebrało sobie 4845 osób – aż 4088 z nich to mężczyźni (dane Komendy Głównej Policji). Z kolei dane NFZ pokazują, że w 2023 r. zaburzenia depresyjne nawracające zdiagnozowano u 91 tys. osób, z czego ponad 77% stanowiły kobiety. Jak to rozumiecie? Kobiety chorują na depresję, ale to mężczyźni odbierają sobie życie?

Dr Robert Kowalczyk: Myślę, że ten rozdźwięk bierze się przede wszystkim stąd, że wielu mężczyzn przeżywa depresję, ale jej nie diagnozuje u specjalisty. A to z kolei wynika głównie z faktu, że mężczyźni rzadziej mówią o swoich emocjach. Często sami przed sobą ukrywają, że coś jest nie tak. Rzadziej też chodzą do lekarza, więc depresja po prostu nie zostaje rozpoznana. A przecież brak diagnozy nie oznacza, że problemu nie ma.

Druga sprawa, mężczyźni rzadziej niż kobiety poszukają w tym obszarze pomocy. Nie dzielą się problemami ani z bliskimi, ani ze specjalistami. Bo przecież mają być twardzi, radzić sobie sami. Trzecia rzecz to kwestia tego, jak mężczyźni przeżywają depresję. Mężczyzna rzadko powie: „Jest mi smutno”. Zamiast tego pojawia się drażliwość, złość, ucieczka w alkohol, uzależnienia, ryzyko. Zachowania, które maskują prawdziwe emocje.

Gdybyśmy spróbowali wyobrazić sobie osobę w depresji, pewnie zobaczylibyśmy kogoś skulonego pod kocem. A nie faceta, który pędzi autem 200 na godzinę.

RK: W mediach depresja rzeczywiście przedstawiana jest jako bierność, smutek, zamknięcie w sobie. Ale ten obraz to tylko część prawdy, bo u niektórych osób, częściej właśnie mężczyzn, pojawia się wzrost skłonności do zachowań ryzykownych. Takie, o których słucham w gabinecie, to m.in. właśnie szybka jazda samochodem, ale też sięganie po alkohol czy substancje psychoaktywne.

Ale dla mnie najciekawsze jest to, jak depresja zawęża świat. To nawet nie jest metafora, tylko całkiem dosłownie rzeczywistość osoby w depresji zaczyna się kurczyć. Znajomi się wykruszają, świat wartości ograniczony zostaje do jednej idei, jednego rozwiązania. A tym rozwiązaniem w najtrudniejszych momentach może wydawać się śmierć jako jedyny sposób na rzekome odzyskanie kontroli. Bo to jest właśnie dramat śmiertelnej choroby, jaką jest depresja: człowiek zaczyna wierzyć, że jedyną decyzją, jaką jeszcze może podjąć, jest decyzja o własnym życiu i śmierci.

Dr. Piotr Paweł Świniarski: Często obserwujemy też objawy somatyczne: bóle głowy, kręgosłupa, chroniczne zmęczenie. Wtedy pacjent krąży od specjalisty do specjalisty, szukając fizycznego wyjaśnienia. Dobrze, jeśli w końcu trafi na lekarza, który powie: „A może warto też przyjrzeć się temu od strony psychicznej?”. A to nie jest takie oczywiste, bo gdy bolą plecy, szukamy neurologa czy rehabilitanta, nie psychologa.

Rozumiem, że jak się uderzę w rękę, boli mnie ręka. Ale że jest mi smutno i z tego powodu bolą mnie plecy?

PPŚ: Przypomnij sobie sytuację, kiedy miałeś przed sobą ważny egzamin albo stresującą rozmowę. Pociły ci się dłonie? Czułeś ścisk w żołądku albo ból głowy z napięcia? No właśnie, czyli doświadczyłeś fizycznych objawów emocji. Właśnie to nazywamy somatyzacją.

RK: Za różnymi bólami i fizycznym dyskomfortem związanym z depresją stoją dwa mechanizmy. Pierwszy jest czysto biologiczny – w depresji zmienia się działanie neuroprzekaźników, takich jak serotonina czy noradrenalina, a to może wpływać na odczuwanie bólu czy ogólne zaburzenia czucia. Drugi to mechanizm psychologiczny. Kiedy nie potrafimy wyrazić emocji, ciało robi to za nas. Ból może być formą komunikatu, zastępczym językiem emocji, których nie dopuszczamy do siebie.

Czyli ktoś może mieć np. wysypkę na plecach i ona też może mieć związek z depresją?

RK: Właśnie tak. Skóra reaguje na stres i napięcie. Nie każda wysypka czy ból pleców to dolegliwości psychogenne, ale w niektórych przypadkach, szczególnie przy braku innej przyczyny, warto rozważyć związek z przewlekłym stresem lub depresją. W seksuologii mamy mnóstwo takich przykładów. Pacjent przychodzi i mówi: „Nie mam erekcji, coś się dzieje z moim ciałem”. A my zaczynamy rozmawiać i okazuje się, że to nie jakiś radykalny spadek testosteronu, tylko przewlekłe napięcie, stres, lęk.

Ale jest jeszcze coś, co wynika często z naszego wychowania. W wielu rodzinach, nie tylko w Polsce, ból fizyczny jest bardziej akceptowalny niż ból psychiczny. Jak powiesz, że boli cię noga, ludzie się zatroszczą. Jak powiesz, że masz depresję, usłyszysz, że wymyślasz. Mimo licznych kampanii społecznych dotyczących zaburzeń nastroju zmiana w tym zakresie zachodzi niezwykle wolno.

Jeśli ktoś w rodzinie stale funkcjonował wokół swoich dolegliwości, takich jak migreny czy ból kręgosłupa, całe życie rodzinne mogło się toczyć wokół tej jednej osoby. Takie wzorce lubią się utrwalać. Ból somatyczny staje się językiem cierpienia. Czasem jedynym, na który otoczenie naprawdę reaguje.

Czy męska depresja różni się czymś od kobiecej? Przecież to jedna i ta sama jednostka chorobowa.

PPŚ: Z punktu widzenia medycyny depresja to konkretna diagnoza, wspólna dla wszystkich. Ale objawy mogą wyglądać zupełnie inaczej u mężczyzn i kobiet. Inaczej socjalizuje się chłopców, a inaczej dziewczynki, dlatego później mamy inny stosunek do emocji, inny sposób przeżywania trudnych stanów. W gabinecie widzę bogaty repertuar ucieczek,

Fragmenty książki dr. Roberta Kowalczyka, Dawida Krawczyka i dr. Piotra Pawła Świniarskiego, Męska rzecz. Wszystko co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie, Znak Literanova, Kraków 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia Wywiady

Co nam daje nostalgia?

Tęsknimy do czasów, gdy wszystko było prostsze

Julian Kutyła – socjolog, doktor nauk humanistycznych, specjalność filozofia; były redaktor naczelny kwartalnika „Krytyka Polityczna” i dyrektor Wydawnictwa KP, obecnie redaktor działu non-fiction w miesięczniku „Nowe Książki”, śledzi psychoanalityczne wątki w kulturze współczesnej.

Zdaje się, że nostalgia jest dziś jedną z najchętniej kapitalizowanych emocji. Dlaczego żerują na niej przemysł filmowy, muzyczny, rozrywkowy, design, a przede wszystkim marketing?
– Wszyscy kojarzymy piosenkę „Yesterday” Beatlesów. To też tytuł książki Tobiasa Beckera o nostalgii („Yesterday. A New History of Nostalgia”, 2023). Autor zaczyna od przyjrzenia się tekstowi tego przeboju. Trudno sobie wyobrazić, że zrobiłby podobną karierę, gdyby nie śpiewane przez McCartneya nostalgiczne słowa o czasach, gdy kłopoty wydawały się tak odległe. Becker proponuje prosty eksperyment: podstawmy sobie w zamian pierwszą wersję, którą śpiewał „na rybkę”: „Scrambled eggs / Oh my baby how I love your legs”. Już nie chwyta tak bardzo za serce, prawda?

Faktycznie. A czy zassanie nostalgii przez rynek zmieniło w jakiś sposób jej istotę?
– Oczywiście można powiedzieć, że dziś nostalgia – podobnie jak w zasadzie wszystko – została wprzęgnięta w funkcjonowanie kapitalizmu. Akurat jednak w jej przypadku zastanowiłbym się, czy nie jest z nim jakoś związana od samego początku. Samo słowo nostalgia składa się z dwóch greckich słów: nostos (powrót do domu) i algia (tęsknota), ale nie pochodzi ze starożytnej Grecji. Pojawia się dopiero w 1688 r. Wymyślił je szwajcarski lekarz Johannes Hofer w tytule rozprawy „Dissertatio Medica De Nostalgia, Oder Heimwehe”. To specyficzny moment w historii Europy, która po okresie wojen religijnych wchodzi w zupełnie nową epokę, czas wielkiego zamętu. Zmienia się wtedy percepcja świata i czasu, a przy okazji rodzi się przemysł i kapitalizm.

Nostalgię traktowano wtedy jako chorobę.
– Było to po prostu mające pozór uczoności określenie tęsknoty za domem. W czasach, gdy po całej Europie krążyły zaciężne armie, to był spory problem. Na tę przypadłość zalecano zresztą dość ciekawe lekarstwa, choćby wycieczkę w góry czy zażywanie opium. Czasem stosowano radykalniejsze metody leczenia. Szwajcarski filozof Jean Starobinski w studium pojęcia nostalgii przywołuje przypadek rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Prusach, którzy zaczęli zdradzać jej symptomy. Dowódca dla przykładu rozstrzelał kilku chorych i reszta oddziału od razu ozdrowiała.

Obecnie postrzegamy nostalgię niekoniecznie jako tęsknotę za ojczyzną, raczej za minionymi czasami.
– To ciekawa sprawa, jak tęsknota za domem stała się dość szybko tęsknotą za wyimaginowaną bezpieczną przeszłością. Można powiedzieć, że łatwość, z jaką ta zmiana zaszła w XIX w., była pierwszym przeczuciem tego, co później wymyślił Albert Einstein – że czas i przestrzeń są w zasadzie tylko innymi wymiarami jednej czasoprzestrzeni.

Dlaczego tęsknimy za bezpieczną przeszłością?
– Połączenie nostalgii z poczuciem bezpieczeństwa umieszczonym gdzieś w przeszłości wiązałbym z czymś, co niemiecki badacz Reinhart Koselleck nazwał kiedyś upadkiem toposu „historia nauczycielką życia”. W słynnym eseju na ten temat przywołuje on epizod z 1811 r. Prusy rozważały dodrukowanie dużych ilości pieniędzy, żeby spłacić długi. Doradca w tamtejszym ministerstwie finansów za wszelką cenę próbował odwieść ministerstwo od tego pomysłu. Wreszcie użył ostatecznej broni, czyli… argumentu ze starożytności, a konkretnie przykładu Tukidydesa, który rzekomo opowiadał o niedogodnościach, jakie pojawiły się w Grecji w związku z nadmiarem papierowego pieniądza. I dopiero to przekonało rozmówcę. Tymczasem Alexis de Tocqueville w „O demokracji w Ameryce” nie zauważa w historii niczego, co może dostarczyć jakichkolwiek wskazówek do działania dziś czy jutro.

Historia zaczyna tracić na znaczeniu?
– Można powiedzieć, że radykalne przyśpieszenie historii – przemysł, handel, kapitalizm – sprawiło, że przestajemy ją postrzegać jako skarbnicę mądrości, w tak szybkich czasach przestaje być przydatna. Przestaje być zasobem narzędzi do radzenia sobie ze współczesnością, a staje się miejscem ucieczki przed jej problemami. Do tego dochodzi cała przenikająca XIX w. ideologia postępu. Badaczka nostalgii, zwłaszcza w obszarze postsowieckim, Svetlana Boym, uważa wręcz, że nostalgia i postęp są jak dr Jekyll i pan Hyde – to dwie strony tej samej monety.

W nostalgię nieodzownie wpisane jest zakłamywanie rzeczywistości?
– To zasadniczo fantazja na temat przeszłości. Gdyby z punktu widzenia psychoanalizy zastanowić się nad taką fantazją, podstawowe pytanie brzmi: jakie pęknięcie w teraźniejszości ma ona zakryć? Kiedy postrzegamy świat wokół nas jako chaotyczny i niezrozumiały, szukamy bezpiecznej przystani. To poczucie, że przecież kiedyś świat był bardziej zrozumiały i czuliśmy się w nim bardziej bezpiecznie, jest oczywiście starsze niż pojęcie nostalgii. Jednak w XX w. staje się w zasadzie przezroczyste, jesteśmy odtąd jak Molierowski pan Jourdain, który ze zdumieniem dowiaduje się

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Nie musisz się zgadzać na przemoc

W ośrodkach wsparcia ofiary odzyskują siłę, sprawczość i wiarę w człowieka

Osoby doświadczające przemocy lub będące jej świadkiem mogą poszukiwać wsparcia m.in. w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia, tel.: 22 824 25 01 (do fundacji), 800 12 00 02 (bezpłatny, dostępny całodobowo numer do konsultanta Niebieskiej Linii), www.niebieskalinia.pl, www.niebieskalinia.info.

Inne przydatne witryny dla ofiar przemocy:

cpk.org.pl – strona internetowa Centrum Praw Kobiet,

fundacja-fortior.org (tel.: 48 795 631 614).

Paweł Jankowski

Według policyjnych danych w 2024 r. w Polsce wypełniono łącznie 59 174 formularze niebieskich kart. To nieco mniej niż w roku 2023 (62 170). Co ciekawe, trzy lata temu, gdy do Polski napłynęła fala uchodźców z Ukrainy, liczba niebieskich kart wynosiła 61 645, podczas gdy dwa lata wcześniej – 72 601. Mogłoby to sugerować do pewnego stopnia, że spowodowana obostrzeniami pandemicznymi izolacja społeczna była jednym z największych zapalników przemocy, skoro dochodziło do niej częściej niż w kolejnych latach, i to mimo napływu ludności. Pamiętać należy jednak, że niebieskie karty są tylko częściowym odzwierciedleniem zjawiska przemocy, które nie zawsze jest oficjalnie zgłaszane i ujmowane w statystykach.

W oficjalnych danych odnoszących się do przemocy domowej kobiety są wskazywane jako ofiary kilkakrotnie częściej niż mężczyźni. Inaczej sprawa wygląda w przypadku najbrutalniejszych form przemocy fizycznej, których następstwem jest pośrednio (pobicie ze skutkiem śmiertelnym) lub bezpośrednio (zabójstwo) utrata życia. W takich przypadkach – co pokazują dane z raportu „Czarna księga ofiar przemocy domowej w Polsce w 2021” – mężczyźni kilkakrotnie częściej niż kobiety byli ofiarami śmiertelnymi rodzinnych porachunków z przemocą w tle.

Punktem wyjścia każdej przemocy jest toksyczna relacja, cementem tej toksyczności natomiast przewaga sprawcy nad ofiarą. Przewaga, która – tak jak sama przemoc – może być fizyczna, psychiczna i systemowa. Czasami sprawca jest po prostu większy i silniejszy – ma warunki, by zadać fizyczny ból. Innym razem ofiarą przemocy, np. psychicznej, pada osoba, której brakuje asertywności i innych zasobów społecznych, takich jak wysoka pozycja socjoekonomiczna czy wsparcie rodziny.

Ofiary każdego rodzaju przemocy domowej mogą korzystać m.in. z pomocy w ramach specjalistycznych ośrodków wsparcia. Z ostatnich danych ze strony Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, pochodzących z 2022 r., wynika, że w każdym województwie znajduje się przynajmniej jeden ośrodek tego typu. W niektórych częściach kraju jest ich po kilka. Najwięcej, bo aż cztery, w Podkarpackiem.

Wielotorowa praca w takim ośrodku oznacza objęcie podopiecznego pomocą psychologiczną, pracą socjalną i poradnictwem prawnym. Pomoc przeznaczona jest dla osób przebywających tymczasowo w hostelu ośrodka, ale można też uczęszczać na zajęcia ambulatoryjne. Z pomocy tej korzystali lub nadal korzystają Łucja, Olena i Marek – klienci ośrodka wsparcia, w którym sam pracuję. Noszą inne imiona, jednak ich przeżycia to autentyczne historie i traumy będące doświadczeniem wielu ofiar przemocy.

Brak świadków wśród świadków Jehowy

Łucja wspomina dom rodzinny pozytywnie, jednak czuje, że czegoś mogło w nim brakować, choć nie umie wskazać, czego dokładnie. Rodzice żyli w zgodzie, ale jakby obok siebie. Być może dlatego jej mama zdecydowała się szukać wyższej formy duchowości i poczucia wspólnoty poza domem rodzinnym. Świadkowie Jehowy jawili się jako społeczność, która pomoże zapełnić bliżej niesprecyzowaną pustkę. Łucja i jej mama zaczęły regularnie uczęszczać na spotkania zboru.

Mijały lata, przyszła dorosłość. Na życiowej ścieżce Łucji pojawił się Tomek, również członek wspólnoty. Po jakimś czasie kobieta wiedziała już, komu ofiaruje serce i z kim podzieli się intymnością. Noc poślubna przyniosła jednak kilka rozczarowań. Pierwsze miało miejsce wtedy, gdy Łucja poczuła ból, którego nie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.