Nie czytać – źle, czytać – jeszcze gorzej

Nie czytać – źle, czytać – jeszcze gorzej

W naszym świeckim, postępowo-mądrościowym kalendarzu liturgicznym czas na święto ważne, acz smutne, kto inny powie zbędne, a inny złośliwie: samiście sobie to święto uczynili. To dzień czy raczej moment, ów czas, kiedy jak co roku, od lat, Biblioteka Narodowa ogłasza wyniki swoich misyjnych badań o czytelnictwie; kto inny bąknie: chyba o analfabetyzmie, o czytaniu jako bólu fantomowym warstwy znanej kiedyś pod ksywką inteligencja (w tym, nie zapominajmy, inteligencja pracująca, gdyż zwyczajowo nie była do tego zmuszana). Nasz ulubiony raport, który inspiruje do załamywania rąk, przewracania oczyma, wściekłego tupania lub pełnego smętnej zadumy milczenia, zapowiedziany został we wstępnym omówieniu Izabeli Koryś i Romana Chymkowskiego tutaj.

Wskaźniki raczej stoją w miejscu, nieczytanie ma dobrą, stabilną pozycję. „W 2018 r. czytanie przynajmniej jednej książki w ciągu roku zadeklarowało 37% respondentów”. Pozostałe 63% rodaków i rodaczek (choć wśród czytających wyraźnie dominują kobiety – tu zapraszam do samodzielnej lektury danych, tabelek i wykresów, wszystko w oczekiwaniu na całościowy raport) nie ma za sobą tego traumatycznego przeżycia, ekstatycznych chwil, dojmujących odkryć, fatalnych zauroczeń – krótko mówiąc, kontaktu z książką.

Kontakt z książką jeszcze oczywiście nie oznacza zbliżenia o charakterze czytelniczym, książki mogą odgrywać rolę wspornikową, obciążeniową, dekoracyjną, w tym roku przebojem weszły do światowej mody, czytamy o tym w Glamour.pl (cóż, maniacy, islamiści i faszyści czytania zawsze znajdą coś do przeczytania, choć jest trudniej, odkąd na pudełkach od zapałek, których nie używamy, tekstu coraz mniej…). Otóż „Wszystko zaczęło się podczas ostatniego Fashion Weeku w Mediolanie, kiedy to obie siostry Hadid zostały sfotografowane, trzymając w rękach ulubione lektury. Zagraniczne media od razu podchwyciły temat i uznały Bellę oraz Gigi za prawdziwe trendsetterki, a książkę w dłoni okrzyknęły mianem najmodniejszego dodatku nadchodzących miesięcy”. Było: „Nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka”. Jest: nie trzymasz w ręku książki, nie idę z tobą na Fashion Week w Mediolanie, Paryżu, Nowym Jorku. A co będzie? Nie masz książki w trumnie, nie idę na twój pogrzeb?

Nie masz książek w domu – świetnie! Bo jeden nowojorczyk staruszek miał ich tyle, że właściciel chce go wyeksmitować. Mieszkanie to nie biblioteka, pamiętajcie o tym. Ale wygląda na to, że akurat tę lekcję Polacy odrobili dobrze, zaledwie ok. 1% rodaków i rodaczek ma w domu więcej niż 1000 (słownie tysiąc) książek. No bo i po co? Chociaż np. w Japonii istnieje osobny termin opisujący zjawisko ich obecności na półkach (półki to tradycyjne meblowe formacje poziome, często wykonane z drewna, służące do zapewnienia miejsca pobytu przedmiotom wytworzonym z papieru, zwanym książkami) i nie tylko. Tsundoku, czyli gromadzone stosy nieprzeczytanych książek, to pewien przekaz pozytywnej treści, a nie wyrzutu sumienia (nie przeczytałem, zawaliłem, nie wiem), to jakby wyznanie wiary, że wciąż chcę się czegoś dowiedzieć, że wciąż drąży mnie ciekawość świata, którą może zaspokoić tylko lektura, że otoczony czekającymi na lekturę książkami – wciąż żyję.

W mojej bańce internetowej normą jest szydzenie z tych, którzy coroczne święto ogłoszenia raportu o czytelnictwie/analfabetyzmie przyjmują ze smutkiem. To „klasowe” wywyższanie się tych, których stać na czytanie (bo uprzywilejowani mają pieniądze i, co ważniejsze, czas na czytanie), bo sami czytają, a niczego nie zrozumieli, o czym można się przekonać, patrząc na Polskę ostatnich 30 lat, bo tak czytający budują swoje wyższościowe przekonanie o lepszości.

Coś w tym jest lub bywa, podobnie jak nietrafiona czy przestrzelona jest to ocena. Skądinąd wiemy… ale co tam, o tym sobie przeczytajcie lub nie – sami, same.

Sama Biblioteka Narodowa ustami (palcami na klawiaturze) autorów wstępu do raportu wrzuca jedną tezę radykalną i odbiegającą od stereotypowych wyobrażeń o czytaniu i jego konsekwencjach. Czytamy, że wśród przyczyn niezwiększania się czytelnictwa jest „niewielkie przełożenie czytania książek w dorosłym życiu na powodzenie na rynku pracy” oraz to, „że za sprawą przemian w dziedzinie technologii komunikacji książki nie są dziś jedynym źródłem wiedzy i informacji”. Mamy więc fenomen powszechnego, w skali globu, czytania (i pisania) z równoczesnym odrzuceniem tradycyjnej książki (papier czy e-book, jeden pies czy tom). Czy można zrozumieć świat, czytając SMS-y, oglądając memy, przerzucając Instagram, Twitter czy Facebook? Statystyki mówią, że tak się dzieje. Ale oczywiście historię, znaczenie i analizę tej formy źródeł wiedzy przeczytamy kiedyś tylko w jakiejś książce.

Kiedy przeprowadzałem się przed kilkoma laty, chłopaki, widząc, co ich czeka (trzy tony książek w kartonach), tylko jęknęły: „Raz w roku nam się taki trafia”. Raport Biblioteki Narodowej świętuję więc w osamotnieniu liczonym w promilach. W promilach obywateli z podobnymi lub większymi bibliotekami domowymi, poza którymi, wydaje się, nie ma życia, chyba że trzeba zapracować na nie rękami. Wtedy już oczy nie dają rady.

Wydanie: 14/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy