Po co im to?

Po co im to?

Obejrzałem fragmenty przepytywania Aleksandry Jakubowskiej przez sejmową komisję do sprawy Rywina. Komisja po paru miesiącach przesłuchań popadła w impas i stanęło jej przed oczami niebezpieczeństwo ośmieszenia się: niczego nie ujawniła i nie doszła do żadnych wniosków. Z tego impasu, za radą osób bystrzejszych od przewodniczącego, postanowiła wydobyć się przez ucieczkę do przodu. Najaktywniejsi czy też jedynie aktywni członkowie komisji przenieśli swoje zainteresowanie na wstępny etap redagowania ustawy przeciw koncentracji mediów i przyjęli hipotezę, że koordynatorka tych prac działała w zmowie z Lwem Rywinem. Sam Rywin wyślizgnął się z rąk komisji, a może został rozmyślnie wypuszczony i nie pozostało nic innego, jak uznać, że w całej sprawie nie odgrywa ważnej roli. „Jego misja była misją listonosza” – stwierdził jeden z członków komisji.
Ustawa staje się ważna dopiero po przegłosowaniu w Sejmie. Poprawki merytoryczne i redakcyjne mogą być i w polskim Sejmie są wnoszone już na sali obrad i nawet tuż przed głosowaniem. Wniesienie projektu przez rząd niczego nie przesądza. Badanie prac nad projektem przed przekazaniem go rządowi jest zajęciem dla bezrobotnego. W tych badaniach członkowie komisji stosują partyjne kryterium prawdy i nie zastanawiają się, kto zawinił, lecz kogo będzie użyteczne ukarać.
Oskarżanie Aleksandry Jakubowskiej o to, że działała w zmowie z Rywinem, jest absurdem. Nie ma ono cienia prawdopodobieństwa. Jest to intryga jeszcze bardziej bezwstydna niż tamta przeciw Oleksemu.
Za przebieg śledztwa w pewnym stopniu odpowiedzialne są również osoby wezwane na świadków, a traktowane jak oskarżone. Zawsze mnie niecierpliwi, dlaczego nie domagają się od przewodniczącego sprecyzowania swego statusu prawnego przed komisją. Jeśli komisja zadaje pytanie: „dlaczego pani wprowadziła w błąd opinię publiczną”, to jasne jest, że to pytanie do oskarżonej, a nie świadka. Nie mówię tu o swoim „odczuciu”, tak są widziane te przesłuchania przez obserwatorów i członków komisji, przynajmniej niektórych. Potwierdza to poseł Rokita w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Wiele osób oczekuje, że prace komisji będą miały sens, jeśli któryś ze świadków dociskany przez Ziobro, Nałęcza czy Rokitę przyzna się. To nonsensowne. Przyznanie się do winy (…) nie jest uważane za rozstrzygający dowód”.
Gdy się weźmie pod uwagę nieprawdopodobieństwo oskarżenia, gdy się widzi agresję przesłuchujących, ich brak zainteresowania dla realiów i forsowanie swoich tez propagandowych, skłonność do bezcelowego dręczenia świadków-oskarżonych (ten Nałęcz wypytujący przez pół godziny o to, o czym dobrze wie), trudno uwolnić się od pytania, dlaczego ta komisja nie bije Aleksandry Jakubowskiej. Co ich powstrzymuje? Warto na to pytanie odpowiedzieć, aby zdać sobie sprawę z tego, w jakich czasach żyjemy, a w jakich nie żyjemy. Pierwszą przeszkodą jest skład komisji. Można być pewnym, że gdyby drab wynajęty albo jakiś członek komisji bił Aleksandrę Jakubowską, posłanka Anita Błochowiak z pewnością przyleciałaby jej z pomocą, a jest energiczna. Nie można też gwarantować za bierność wiceprzewodniczącego Kopczyńskiego, robiącego wrażenie człowieka dość porządnego. Co do posłów z SLD, to udawaliby, że nic nie widzą i troszczą się tylko o to, żeby im się spodnie na kolanach nie wypychały. Nie jest przeszkodą klub SLD w Sejmie, który wprawdzie zgłosiłby jakiś protest, ale media by to wyśmiały, ogłaszając przy okazji, że Jakubowska pobiła przewodniczącego Nałęcza.
Nie chroni przed biciem to, że przesłuchania są transmitowane przez telewizję na cały kraj. Bicie niezmiernie zwiększyłoby oglądalność i naród byłby bardzo zadowolony, niezależnie od tego, kto byłby czyją ofiarą. Prawa i instytucje stojące na straży bezpieczeństwa fizycznego jednostek mają w Polsce małą siłę sprawczą, bardzo by się przeliczył, kto by w nich pokładał nadzieję. Duże i być może rozstrzygające znaczenie ma natomiast utrwalony zwyczaj, że podczas formalnego śledztwa bicia się nie stosuje. Ale tak jak nie wiadomo, kiedy taki zwyczaj się zaczyna, nie wiadomo, kiedy się kończy; może nam się wydawać, że on panuje, a ktoś czynem może dowieść, żeśmy się mylili. Pewne znaczenie ma wymienione przez posła Rokitę ustalenie prawnicze, że przyznanie się do winy nie jest uznawane za rozstrzygający argument. Za tym idzie, że nie jest niezbędne wymuszanie.
Tak się jednak składało w historii, że gdy oskarżenia były wyssane z palca, całkowicie fałszywe i celowo zmyślone, wówczas przyznanie się do winy było niezbędne.
Śledztwa i procesy czasów stalinowskich należą do faktów, których nie objaśnia przekonująco żadna teoria. Takie fakty mogą być objaśnione do pewnego stopnia tylko przez inne fakty, podobne pod względem struktury, niekoniecznie pod względem skali. Przez takie porównania dochodzimy do potwierdzenia starych oczywistości: niewiele nowego pod słońcem. Politykom można odebrać środki terroru, ale nie chęć terroryzowania. Od czasu do czasu na powierzchnię polityki wypływają ludzie, którzy bez oskarżycielstwa nie mogą żyć jak alkoholik bez wódki. Patrząc z boku, człowiek myśli: po co im to?
Wola karania, „dochodzenia do prawdy”, przesłuchiwania itp. sama przez się jest czymś niebezpiecznym i złym, niekiedy gorszym od przestępstw, których szuka. Powinna być przechowywana w społeczeństwie ze wszystkimi ostrożnościami, jak trucizny w aptece.

Wydanie: 49/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy