Atrapospolita Polska

Atrapospolita Polska

Kiedyś, w nieodległej przeszłości, najprzenikliwszym bon motem opisującym kondycję państwa polskiego było podsłuchane, nagrane i udostępnione zdanie z dłuższego wywodu autorstwa byłego ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza, że „państwo istnieje tylko teoretycznie”.

Czy dzisiaj możemy powiedzieć, że coś znacząco się zmieniło w tej kwestii? Ostrze krytycznej diagnozy Sienkiewicza wymierzone było w rozparcelowane cele, metody, efekty instytucji państwa, które, mimo obowiązującej wszak konstytucji, nie składały się i nie tworzyły spójnej całości. Wiele mechanizmów kontrolno-naprawczych działało od przypadku do przypadku, systemy ostrzegania (nie tyle wczesnego, ile ostatecznego) zawodziły, rozłaziła się gdzieś w szwach ta „odrodzona”, „wolna”, „niepodległa” Polska i przeciekała przez palce, wymykając się standardom, procedurom obowiązującym wszem wobec. Jednych wyróżniała ponad miarę, drugich nie pieściła, jeszcze innych traktowała źle albo i nie zauważała. O natężeniu i intensywności owych miazmatycznych rozmydleń można dyskutować zapewne bez końca, sama skrótowa przenikliwość diagnozy wielu była bliska i odbierana przez nich jako trafiona.

Jak chyba w każdym środowisku politycznym (ówcześnie rządzącym Polską już drugą kadencję) pojawiały się głosy krytycznie przytomne, nawołujące do zmian, korekt, ruchów – generalnie do wyjścia z bezpiecznego bezruchu i politycznego zastygnięcia („ciepła woda w kranie”, „róbmy politykę niepolityczną”, historię i mity zostawmy historykom, bajarzom, hobbystom), jak to się wydawało wówczas rządzącej Platformie. Dziś z wielu wywiadów z politykami tamtej „teoretycznej ery państwa” wiemy, że raporty, sugestie, pomysły wyjścia z impasu trafiały na niemożliwe do przebycia bagnisko „braku woli politycznej”. Miało być ciszej, nieantagonistycznie, zgodniej, razem, ku lepszemu, nowocześniejszemu, bez zadęcia, chwalenia, ganienia, bez emocji, zawodowo, po ekspercku, fachowo. I mniej państwa.

I to „mniej państwa” na prostej niby drodze wyrżnęło z wyborczym hukiem. Bo jak pokazuje niezwykły raport „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”, który powstał w Instytucie Studiów Zaawansowanych prowadzonym przez Krytykę Polityczną, w momencie odczuwalnej poprawy sytuacji gospodarczej ludzie wraz ze wzrostem aspiracji zapragnęli „uznania aktywnego państwa za aktora niezbędnego do ich realizacji”. Lektura całego raportu z badań miasteczka, w którym PiS wyraźnie wygrało, jest kubłem zimnej wody na stereotypy tłumaczące wygraną partii Kaczyńskiego oraz dzisiejsze, przeszło dwuletnie już doświadczenie formacji rządzącej. Oczywiście niektórzy chcieliby po prostu zrozumieć, co się stało, inni natomiast powinni wykorzystać tę wiedzę do stworzenia wreszcie realnej alternatywy polityczno-programowej. Choć sporo ciepłych myśli wędruje w stronę najrozmaitszych aktywności społecznych, takich jak ruchy miejskie, trzeba pamiętać, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie oznak odejścia od jakiejś formy demokratycznej legitymacji i wyboru rządzących. Nawet jeśli to będzie demokracja autorytarna czy – jak chcą autorzy badań – neoautorytarna. I puste miejsce przy wigilijnym, politycznym, polskim stole nie czeka na przypadkowego, samotnego, bezradnego bezdomnego, tylko na polityczną ofertę partyjnej formacji. Dzisiejsze nastawienie społeczne, a co za tym idzie polityczne, jest oczywiście niechętne dopuszczaniu „obcego” do wspólnego stołu.

Jednak bez wejścia „nowego” ten stół, który jest jak Polska, coraz bardziej będzie atrapą. Bo w rzeczy samej teoretyczne państwo nabrało w dwuletnim międzyczasie wzorcowych cech atrapy, gdyż w takie zostały zamienione kluczowe instytucje i mechanizmy państwa: trójpodział władzy, Trybunał Konstytucyjny, niezależność sądów i sędziów itd. Parlament (przy minimalnej arytmetycznej dominacji PiS) właściwie przestał istnieć, jest wydmuszką, pustym gestem, jałowymi podrygami. Resorty siłowe praktycznie zostały podporządkowane partyjnemu aparatowi i są na co dzień nadużywane do pacyfikacji (wciąż i na razie tylko pacyfikacji) przeciwników politycznych. Mediów publicznych jak nie było w ostatnich prawie 30 latach, tak nie ma jeszcze bardziej.

Kiedyś Czesław Miłosz (taki dawny poeta, nawet z Noblem za literaturę) pisał, że mamy w Polsce katolicyzm kulinarny ludzi niewierzących, ale praktykujących. Teraz taki będziemy mieli ustrój atrapowo-kulinarny, od barszczyku do jajeczka. Od piwka do wódeczki. Orzeł na krzyżu, z kiełbasą w szponach. Ta wigilia mi się nie podoba. Nie siadam.

Wydanie: 51/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy