Jestem pod wrażeniem

Teledelirka

Należę do tej nielicznej grupy kobiet, które nie dość, że lubią boks, to jeszcze się do tego przyznają. Nie znaczy to, żebym lubiła sama boksować, a jeszcze mniej bym chciała być boksowana, lecz chętnie oglądam spektakle, w których faceci dają sobie po łbach, nie litując się zbytnio nad spustoszeniami, jakie czyni to wewnątrz tych głów.
Tak więc z utęsknieniem wyczekiwałam na sensacyjną walkę Michalczewskiego Tigera, jaką nam telewizja kupiła. Każdego dnia w „Wiadomościach” odliczano, ile jeszcze zostało czasu do tego medialnego wydarzenia, podobnie żołnierz w wojsku obcina po centymetrze z miarki krawieckiej, czekając na cud wyjścia do cywila.
Telewizja była „pod wrażeniem”. Cudzysłów zastosowałam, by zwrócić uwagę moich Szanownych Czytelników na ten najmodniejszy obecnie zwrot, który zrobił karierę równie wielką, jak „cool” i „dokładnie tak”. Autorem modnej zbitki słów jest Wielki Brat, ale nie ten dawny, przytłaczający sierpem i młotem Damoklesa wiszącymi nad naszymi głowami, lecz nowy, swojski, nieco orwellowski władca domu, w którym ludzie dają się dobrowolnie zamknąć, by spędzać w nim miesiące na ćwiczeniach w posłuszeństwie oraz rozwijać do granic wytrzymałości swą inteligencję emocjonalną.
Ten niedawno odkryty rodzaj inteligencji również stał się super modny. Pomaga zaakceptować inteligentnych inaczej i sprawia, że nie mają oni kompleksu niższości w stosunku do normalnie rozwiniętych intelektualnie, szczególnie gdy za ujawnienie tego rodzaju ekspresji umysłowo-sercowej zgarniają dużą kasę.
Z łezką w oku, zwłaszcza w lewym, wspominam pierwszą edycję programu „BB”, wyklętą przez ówczesną Krajową Radę Radiofonii i Telewizji za nieobyczajność. Toż to w porównaniu z nową edycją oraz „Barem” był program, który powinien być zalecany w ramach rekolekcji przed komunią świętą. Trochę golizny pod prysznicem i kilka słów, które znają nawet małe, niemolestowane dzieci oraz niewinni klerycy.
Telewizja będąc „pod wrażeniem” walki Tygrysa, chciała, żebyśmy i my byli, a jeśli telewizja czegoś chce, odnosi sukces, bo telewizja ma siebie samą, czyli dysponuje największą siłą rażenia, głównie po to, by widzów porażać. Jednak rozumowanie polegające na przypisywaniu telewizji siły fatalnej, która zwykłych polityków czy działaczy „w anioły przemieni”, nie jest całkiem uprawnione, bo choć mówi się, że kto ma telewizję, ten ma władzę, to jednak nie cała w tym prawda. Po pierwsze: jaką władzę?, po drugie: na jak długo?
Lud jest niewdzięczny, lud się szybko nudzi, a polityczne seriale wloką się zbyt długo; aktorzy, prócz kilku gwiazd medialnych, budzą wrogie uczucia. Prawdziwą władzę nad rzędem dusz sprawuje nie rząd, władzę dzierżą bohaterowie prawdziwych seriali telewizyjnych, w większości wymyśleni przez Ilonę Łepkowską.
Przez pewien czas ludem miast i wsi niepodzielnie rządził Klan Krzaklewskiego i choć członkowie Klanu byli Kiepscy, to nawet Trzynasty Posterunek nie mógł ich władzy pozbawić, aż oglądalność dziurki w brodzie przewodniczącego spadła do zera i wtedy Na Dobre i Na Złe nastał M jak Miller z Belką w tle. Żeby nie wiem co się działo w naszym życiu politycznym, czy rządzi prawica, czy lewica, „Plebania” ze swym głównym bohaterem, idolem nad idole, przebija wszystko.
Oprócz idoli serialowych pojawiają się idole sportowi. Zimą cieszył nas Małysz, na wiosnę zaś zafundowano nam Tigera. Czekaliśmy i czekaliśmy, aż wyjdzie na ring, wreszcie po szumnych zapowiedziach: Michaaalczeeewskiiiii!, pojawił się w klatce ze sznurka. Ring był wolny. Bardzo wolny, bo najpierw odegrano trzy hymny, w tym dwa należące do naszego polsko-niemieckiego Michalczewskiego – Deutschland, Deutschland oraz mazurek: Marsz, marsz Dąbrowski. To znaczy niemiecki hymn odegrano sędziemu, ale kibice myśleli, że Tygrysowi, i dlatego nie gwizdali, za co otrzymali pochwałę. Hymn amerykański reprezentował De Grandisa, który chwalił się, że przyjechał wygrać.
Gdyby nie Grzegorz Skrzecz komentujący walkę w studiu, chyba byśmy skorzystali z pilota i definitywnie przenieśli się na inny kanał. A tak skakaliśmy po programach niczym motyl erotoman po kwiatkach. Długa telewizyjna gra wstępna zmęczyła panienki młodsze i starsze, że prawie posnęły. To także znana w przyrodzie sprawa, wziąć damę na zmęczenie, jeśli sił nie staje.
Żadna z kobiet nigdy nie spodziewa się, że to będzie tak krótko trwało, my zawsze chcemy, żeby rzecz trwała trochę dłużej. Może oprócz tych, które wieczorem mają permanentną migrenę lub menstruację trwającą okrągły miesiąc.
Gdy więc wreszcie dziewczyny w bikini wniosły flagi, zaczęło się coś, na co wszyscy czekali jak na Godota. Doszło do aktu właściwego! I co? I nico! Rach-ciach i po wszystkim! Zwykły przerost formy nad treścią, jak w naszej literaturze. Mówię, jak jest, choć zdradzam tu być może jakąś tajemnicę. My, kobiety, dobrze o tym wiemy, lecz niechętnie o tym mówimy, bo nie wypada. Mając do dyspozycji dwóch świetnie zbudowanych facetów w eleganckich bokserkach, można na coś liczyć. Sądziliśmy, że będzie to orgazm dziesięciolecia, ale jak to bywa w przypadku nadmiernych oczekiwań: liczyła, liczyła i się przeliczyła.
Wydawało się, że będzie OK, a było KO.
Nie, to znaczy było świetnie, czysty lewy sierpowy, nie ma nic piękniejszego, wszystkie koguty pieją z zachwytu, krótka, męska walka! A my cichutko powtarzamy swoje: nieprzyjemnie zaskoczył nas ten przedwczesny wytrysk i tyle, ale kto by tam przejmował się tym, co kobiety mówią o boksie.

 

Wydanie: 17/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy