Jesień w AŚ Katowice

Jesień w AŚ Katowice

Pewnego dnia przyszła paczka z Aresztu Śledczego w Katowicach. Było to porządnie zapakowane, owinięte brązową taśmą samoprzylepną pudełko, w środku zaś olbrzymi segregator z napisem: „VI Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. J. Geneta”. Jean Genet był francuskim pisarzem i dramaturgiem, który zasłynął m.in. tym, że siedział w pierdlu. Kary dożywotniego więzienia uniknął jedynie dzięki wstawiennictwu Jeana Cocteau i Jeana-Paula Sartre’a – swoich zbuntowanych imienników. Nic dziwnego, że konkurs, który co roku ma finał w Areszcie Śledczym w Katowicach, obrał sobie za patrona właśnie autora „Ceremonii żałobnych”. Konkurs obrósł już pewną legendą, pamiętam zdjęcia, które widziałam kilka lat temu w „Wyborczej”: zespół Świetliki grał koncert na żeńskim oddziale AŚ Katowice, poeta taki a taki czytał wiersze w AŚ Katowice itd. Ogólnie: dobre tradycje. Kiedy Wojciech Brzoska, znajomy poeta i kulturoznawca, kaowiec w stopniu kapitana (w AŚ Katowice), zadzwonił z propozycją jurorowania, zgodziłam się bez wahania.
Przyszła paczka, wzięłam z kuchni nóż, porozcinałam taśmy, zrobiłam herbatę i zaczęłam czytać. Najpierw się uśmiałam, potem poryczałam, na końcu zaś powzięłam obserwację socjologiczną, a ostatecznie zawstydzona własnymi emocjami wybrałam kilka przyzwoitych wierszy i napisałam do pozostałych jurorów. Spotkaliśmy się pod murami więzienia. AŚ Katowice to piękny, XIX-wieczny budynek z czerwonej cegły i Wojtek oprowadził nas po nim profesjonalnie, opowiadając o drutach kolczastych, planach architektonicznych oraz historii zakładu.
Czy było w tym coś niestosownego? Przez chwilę poczułam się nie na miejscu, jak ktoś, kto zwiedza szpital, będąc całkiem zdrowym, jak bogate dziecko, które przechadza się po slamsach w firmowej sukience. Ciekawość, cóż, bywa może grzeszna. Nie przyszłam tu jako antropolog ani lekarka. Kiedy otwierali cele, żeby karmić osadzonych, staliśmy akurat w korytarzu – odwracając oczy, czułam się jeszcze gorzej. Wcześniej, na portierni, oddaliśmy telefony, dowody osobiste („A co państwo mają w torbach? Oj, benzynę?!”) i – przechodząc przez kolejne bramki – udaliśmy się do gabinetu dyrektora. Pan dyrektor uprzejmie zaproponował ciepły obiad w stołówce, odmówiliśmy. Wszędzie było tak czysto i pusto. Nie wiedzieliśmy, o czym mówić, jak ma wyglądać small talk, ta miła towarzyska gierka, która zabija czas, jakoś nam szła opornie. Cóż, sytuacja była nieco surrealistyczna. Wkrótce zwiedziliśmy kaplicę, kolejne zabezpieczone siatkami piętra utrzymane w niebiesko-żółtej kolorystyce (sic!), przez lufcik obadaliśmy spacerniak, a potem palarnię. Drzwi do cel wyglądały jak wejścia do kajut na rysunkowym statku dalekomorskim. W ogóle cały zakład wydawał się rysunkowy (czy było w tym coś niestosownego?). Popkulturowe skojarzenia były takie krępujące.
W końcu poszliśmy do świetlicy, przyprowadzono osadzonych i czytaliśmy im nagrodzone wiersze, a potem jeszcze coś swojego. Nic nie wiedziałam o tej sytuacji i nie umiałam sobie z nią poradzić: czy chcą słuchać wierszy, czy skończyć jak najszybciej i wrócić do siebie? Patrzyłam na nich, szukając jakichś wskazówek. Byli uprzejmi – powiedziałabym, jeśliby ktoś zapytał. Uprzejmie słuchali. Co było pod tą uprzejmością? Nie wiem. Skończyliśmy szybko i wyszliśmy.
Za murami, na zewnątrz, był świat: ciężkie, jesienne popołudnie. Autobus z wyświetlonym miejscem docelowym „Pętla Zgon”. Zaśmialiśmy się niepewnie (oho: znaki!) i poszliśmy się schować do dziury: na ciemne piwo, zupę z mięsem i kawę. TVN 24 puszczała informację o wybuchu gazu. Tu, w Katowicach, zginęła para dziennikarzy. Dopiero wczesna jesień, a już się robi jakoś tak niewydolnie, saturnicznie. Jedna wielka stypa po życiu. Wychodziliśmy na zewnątrz zapalić, ale tak naprawdę dzwoniliśmy do dzieci. Ze spadającego samolotu zawsze się dzwoni do dzieci, prawda? I one mają swoje problemy, które nas natychmiast ukorzeniają w życiu, ponieważ są aktualnie najistotniejsze na świecie, dużo ważniejsze niż „Pętla Zgon” i to my, właśnie my, musimy pomóc je rozwiązać. Więc zaczynamy zerkać na zegarki, przebierać nogami, szukać wzrokiem toreb – tzw. zbieramy się. Do następnego razu, przyjaciele.
Kiedy jechaliśmy z powrotem, patrzyłam przez szybę na ciemniejące, łyse pola i myślałam o tych, dla których izolacja podczas pisania jest koniecznością, nie kaprysem. I postanowiłam wrócić do Geneta – pisarza wykluczonych, jego potoczystego języka, jego bliskiej życiu narracji, jego przygód i więzień. Jack Kerouac, Oscar Wilde, Ezra Pound, Andrzej Stasiuk, Maciej Maleńczuk to tylko niektórzy powieściopisarze, poeci i tekściarze, którzy siedzieli w kiciu. Tak też bywa – myślę sobie. Tak też bywa. I jadę sobie, i pola są szerokie, a niebo wysokie, coraz bardziej niebieskie, jak w kreskówce.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy