BHL

BHL

Są dwa rodzaje filozofów: jedni nic nie wiedzą, drudzy nie wiedzą nawet tego.

Fernando Savater, filozof hiszpański

Każde dziecko we Francji wie, a przynajmniej wiedzieć powinno, co znaczy BHL: Bernard-Henri Lévy. Jest to filozof, historyk, politolog, judaista, historyk sztuki, literaturoznawca, reżyser filmowy… Wszelkich jego specjalności, a w każdej jest jeszcze wybitniejszy niż w pozostałych, nie wyliczę, bo chciałbym mieć jednak trochę miejsca na felieton. Zaczyna w wieku 25 lat jako znawca Bangladeszu – nie jakieś tam turystyczne wspomnienia, ale od razu z grubej rury „Bangladesz – nacjonalizm w rewolucji”. Potem jego ofiarą padnie jeszcze wiele krajów z paru kontynentów. Znaki rozpoznawcze prócz wszechogarniającego intelektu: piękne żony (aktualnie aktorka Arielle Dombasle), bogate kochanki (aktualnie Daphne Guinness), lwia grzywa oraz czarny garnitur z białą koszulą rozpiętą do piersi. Co do tej ostatniej zwierzał się dziennikarce z „The Daily Telegraph”: „Jest takie chińskie przysłowie: »Gdy mędrzec wskazuje na księżyc, głupiec patrzy na palec«. Nie twierdzę, że jestem mędrcem (hi, hi – L.S.), ale gdy mówię o Pakistanie czy o wojnie w Libii – głupiec będzie się przyglądał mojej koszuli”. Nikt nie chce uchodzić za oglądacza koszul, pozycja BHL jest więc niepodważalna. Czaruje nie tylko media, a za ich pośrednictwem szeroką publiczność, ale także milionerów i polityków z Ségolene Royal na czele czy też byłym, a być może i przyszłym prezydentem Nicolasem Sarkozym. Jest przy tym jakże bezbłędnie salonowo-paryski. W południe kawka na bulwarze Saint-Germain, później jakiś wernisaż, wreszcie parę spotkań, podczas których myśl nad Himalaje wzlata, a tajne archiwa same się otwierają.

Następnego dnia BHL udaje się do Libii. Czy dyktatura, czy kaddafiada, są jeszcze w Trypolisie, Bengazi albo Cyrenie kawiarenki, w których zbierają się miejscowi znawcy ducha i dziejów – do mistrza im daleko, ale i z kim innym można porozmawiać. Popija BHL kawę małymi łyczkami i ciekawych nowości się dowiaduje. Że ten Kaddafi (dwa tygodnie wcześniej rozbijano mu namiot w ogrodach elizejskich) to skorumpowany dyktator, świnia i krwiopijca; wolności słowa nijak nie ma; synek złodziej; w sprawach wiary zamieszanie, bo sobie cymbał wymyślił jakąś zieloną książeczkę i nie wiadomo, czy to neo-Koran, czy Mao; moralność upada, bo gwardia przyboczna łobuza z dorodnych hurys złożona i „łupią pięć do ośmiu razy, że aż nogi im się trzęsą”. Słucha chciwie BHL i oczu z informatorów nie spuszcza. Czasem nawet coś zanotuje w małym, gustownym notesiku. Już wie, czym jasno zabłyśnie w Paryżu. Jakoż następnego dnia prosto z samolotu do Pałacu Elizejskiego. Kawka, a może – jest już po południu – mały szampanik Dom Pérignon. Słuchaj, Nicolas – perswaduje Sarkozy’emu – trzeba ich natychmiast zbombardować. Prezydent przed nie byle zawiłym staje dylematem. Z bezdusznie niepolitycznego punktu widzenia należałoby się długo i poważnie zastanowić, jakie konsekwencje będzie miała w danym przypadku interwencja zbrojna, jakie siły wypełnią miejsce po Kaddafim. Co będzie z Libią? Z drugiej jednak strony wyjdzie na to, że przygląda się koszuli, co już mu urąga, a w dodatku niebezpiecznej koszuli faceta mającego w każdej chwili swobodny dostęp do mediów. Wiemy, co Nicolas Sarkozy wybrał, i wiemy też, co się dzieje dzisiaj w Libii. O ile w Iraku czy Syrii można przynajmniej coś jeszcze zrozumieć, o tyle w chaosie libijskim nie wiadomo nawet, czyje padają trupy, po co i dlaczego. Tyle że to nowe, krwawe gniazdo os odziedziczyły kolejne francuskie (i nie tylko) rządy. BHL już stracił zainteresowanie nim. Został komisarzem Fundacji Maeght i teraz patrzy na koszulę ten, kto nie uznaje, że Marcel Duchamp największym artystą był, i nie podziwia głębokich myśli mistrza, np.: „Kocham prawdziwą sztukę, która podsyca nowy czas bez początku i końca”. A co to znaczy i czy coś znaczy, to już zupełnie inna rzecz.

Nie mam osobiście nic przeciw BHL. Przeczytałem parę jego tekstów, na więcej się nie skuszę. Szkoda czasu i atłasu, jak rzekł Stanisław August Poniatowski. Przeraża mnie natomiast, że wraz z BHL i jemu podobnymi (słyszałem, że i w Polsce witany był na klęczkach) wkraczamy coraz bardziej w czasy może nie tyle filozofów (Savater jest surowy), ile besserwisserów mocnych gębą, miejscem w mediach, mandatem poselskim, kontem w banku, dobrze ulokowaną przydupnością, stylowo rozpiętą koszulą. Oto mędrcy naszej współczesności wypierający nudnych specjalistów, moli książkowych, ludzi świadomych swoich ograniczeń. Groza!

Wydanie: 28/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy