Czy będziemy mieli wodza?

Jacek Kurski, ważna postać AWS, zaproponował dzisiaj, aby Marian Krzaklewski został prezesem Rady Ministrów RP, kandydatem na prezydenta RP i utrzymał funkcję przewodniczącego NSZZ “Solidarność”. Skoncentrowanie w jednym ręku tylu kierowniczych funkcji w państwie sprawia, że ciśnie się na usta słowo WÓDZ. Niemieckiej nazwy nie przytaczam, by nie obrażać wodza. Duce, mówią Włosi. Oni już mieli takiego. My się dopiero szykujemy. A właściwie to pojawia się próba odtworzenia totalitarnej struktury władzy. Niedawno pozbyliśmy się ustroju, w którym jeden człowiek stał na czele całej władzy w kraju, choć z pozoru istniały przeróżne ograniczenia jego wszechmocy. Pojawiają się ciągoty do przywrócenia takiej funkcji.
Narody nie popadają w totalitarne poddaństwo tak sobie; nagle; od jednego razu. Wpierw muszą zaistnieć okoliczności kompromitujące demokratyczne zasady rządzenia. Później pojawiają się tęsknoty do mocnej ręki, która by uporządkowała ten cały bałagan, jaki potrafi wytworzyć zborsuczona demokracja. Teraz nadchodzi czas oczekiwania na właściwego człowieka, a bałagan rośnie coraz bardziej, więc i tęsknota za mocną ręką zaczyna się powiększać. Wreszcie rodzi się jakaś siła społeczna, mająca duże znaczenie i zbawczy program. Ktoś musi wtedy wymówić jako pierwszy nazwisko potencjalnego zbawcy, co później daje wymawiającemu spore przywileje. Na koniec wódz obejmuje władzę w kraju i likwiduje przeciwników.

Jak dotychczas teoretyczny schemat jest realizowany dość precyzyjnie. Naszej, z takim trudem osiągniętej, demokracji naród nie szanuje, gdyż jawi mu się raczej jako śmieszny cyrk. Nazywam to zborsuczeniem demokracji, kradnąc Gombrowiczowi to uniwersalne słowo. Demokracja, o którą z taką gorliwością walczyliśmy, przyniosła nam w darze wielkie rozczarowanie i mnóstwo konkretnych dolegliwości, takich jak: masowe bezrobocie, depolonizację majątku narodowego, nieznaną dawniej przestępczość i parę podobnych klęsk wręcz żywiołowych. Nadszedł więc czas mocnej ręki. Unosi się ona nad nami z dawna od strony morza i czeka na swój moment. Wydaje się, że właśnie nadszedł. Padło też nazwisko. A zatem zaczynamy…
Każdy, oczywiście, zaczyna co innego. Nadmorska Łapa zaczyna wszystko sobie podporządkowywać, czyli wprowadzać ład po panowaniu zborsuczonej demokracji. Natomiast my, czyli społeczeństwo, dzielimy się na tych, co służą Nadmorskiej Łapie (to się od pewnego momentu pisze dużymi literami), czyli na ofiary owej Łapy i jej sługusów oraz na ponownych obrońców demokracji (co na razie można pisać literami małymi).
“Przecież to już było”, zawoła ktoś słowami piosenki, która obiecywała, “że nie wróci więcej”. No właśnie, odpowiem: “Było, ale się zmyło”, lecz, na szczęście, wróciło, bowiem w czasach minionych, przy wszystkich kłopotach i okropnościach, jakich musieliśmy doświadczać, było dość dokładnie wiadomo, co jest co i kto jest kim. Byliśmy “my” i byli “oni”. Teraz to się cholernie poplątało. Wczorajsi “my” to dzisiejsi znowu “oni”, zaś wczorajsi “oni” to dla wielu ludzi nadzieja, że uda się ocalić demokrację. Mówmy jasno: włos się jeży na głowie, gdy dostrzegamy, że nasz dawny przyjaciel z “Solidarności” to dzisiaj jakże często krętacz, kombinator, nomenklatura, tyle że nowa, czyli neonomenklatura, zaś wczorajszy “komuch” to dzisiaj liberał, dekomunizator zapalczywy i żarliwy obrońca świętej wiary. Najlepiej wszystko – co się chce dobrze wyjaśnić – ukazywać na przykładach wziętych z życia. Będzie już lat trzydzieści albo i więcej, gdy chciałem coś wydrukować w “Polityce”. Powiedzieli mi: my jesteśmy lewicowym pismem, a pan… jakby to nazwać, aha, pan jest z Klubu Krzywego Koła, podobno nawet prezesem pana wybrali, więc jakże mamy ryzykować… lepiej może do “Tygodnika Powszechnego” pan to odda. Co prawda pisywałem też do “Tygodnika”, ale akurat to, co miałem na zbyciu, tam nie pasowało. Schowałem, zestarzało się, pójdzie na śmieci. Nieważne.
Znowu przyszło mi do głowy, po jakimś czasie, żeby zanieść coś do “Polityki”. Usłyszałem: “To ciekawe, ale pan jest taki lewicowy”…
Można jeszcze inaczej spojrzeć na to, co się dzieje teraz z ludźmi. Inaczej, czyli uwzględniając własne doświadczenie z przeszłości. Pamiętam przecież resztki feudalnego układu społecznego. Jak to było na folwarku szlacheckim? Ano lokaj musiał być pokorny, bo to się jemu opłacało. Dostawał solidne napiwki od gości i posadę miał u dworu pewną na długie lata. Ale już taki stolarz czy kowal mógł być frechowny, bo drugiego takiego zmyślnego we wsi nie było, a okoliczne dwory zawsze wzięły dobrego fachowca do pracy. Lokaj brał po pysku od pijanego dziedzica i milczał, bo wiedział, że po cichu dostanie odszkodowanie. Stelmacha lub kowala nikt nie śmiał dotknąć. Tak było.
Inteligent, a szczególnie skryba, dziennikarz, pisarczyk ma w społeczeństwie raczej status lokaja niż kowala. Dawny kowal to dzisiaj wynalazca, profesor, finansista albo nadal kowal. Wolno mu więcej, gdyż coś umie i jest ich mało. Skryba musi umieć niewiele, móżdżek może mieć ptasi, kto nie wierzy, niech posłucha radia albo pogapi się na telewizor – toteż: “Jak pan każe, tak sługa musi”. Podobnie jest z wieloma innymi profesjami inteligenckimi, toteż nie dziwota, że w tej branży wczorajsi “oni” to dzisiejsi “my”, a wczorajsi “my” to teraz “oni”.
Stary totalizm, w którego czasach spędziłem najlepszą część życia, czyli młodość, miał tę zaletę, że granice między dobrem a złem były ostro i wyraźnie zaznaczone. Moje pokolenie może też z dumą mówić, że uczyniło bardzo wiele i przez długie lata to trwało, by się nie dać pokonać, by nie przyjąć – mimo zagrożeń i wielkich nieraz dokuczliwości – zasad istnienia w totalizmie. Myślę, że to jest jedna z ukrytych przyczyn bezkrwawego upadku tej formacji. Prawie nikt nie był po jej stronie. Znaleźli się, oczywiście, tacy, co służyli totalitarnym panom, byli też wśród nas ludzie uwiedzeni niektórymi hasłami totalitarnymi, udekorowanymi dla niepoznaki szlachetnymi sztandarami, ale w głębi społeczeństwa tkwił silny opór przeciw zgodzie na lokajską posługę. Czy teraz też tak będzie, czy Nadmorska Łapa uzyska dyktatorską władzę? Czy będzie miała takich, co się ugną i pójdą na służbę? Same pytania. Czas przyniesie odpowiedzi.

1 czerwca 2000 r.

Wydanie: 23/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy