Prawdziwy trotyl

Prawdziwy trotyl

W czasie gdy ponad połowa Polski pod przewodnictwem paranoidalnych polityków i cynicznych dziennikarzy chciała szukać urojonego trotylu we wraku tupolewa, ABW znalazła trotyl całkiem realny. Pan Brunon K., doktor nauk rolniczych, pirotechnik i piroman z Krakowa, przygotowywał się do wysadzenia gmachu Sejmu razem z całą zawartością.
Można analizować, co do tego skłoniło owego doktora nauk rolniczych. Kto go aż tak zniechęcił do klasy politycznej, że chciał jej sporą część wysadzić w powietrze? Na ile był to wynik brutalizacji życia politycznego w Polsce, a na ile zadziałał tu przykład braci Kowalczyków, którzy dla oryginalnego zamanifestowania niechęci do PRL wysadzili swego czasu aulę WSP w Opolu, w III RP zaś przez część zidiociałej prawicy zostali okrzyknięci niemal bohaterami narodowymi. A może na to wszystko w głowie doktora pirotechnika nałożył się obraz podpalenia Reichstagu i dlatego zamiast jakiejś auli upatrzył sobie Sejm? Niech to pozostanie przedmiotem dociekań psychiatrów i psychoanalityków, w których ręce prędzej czy później trafi Brunon K., a w każdym razie trafić powinien.
Na razie część dziennikarzy spekuluje, na ile działania operacyjne ABW wokół doktora podobne są do działań policji z zapomnianej już nieco „Policji” Mrożka. Przypomnę: było już tak dobrze, że policja nie miała co robić i traciła sens istnienia. Dla jego ratowania podjęła intensywne i pełne poświęcenia działania, aby jednak kogoś sprowokować do przestępstwa. Jak to się skończyło, zmilczę. Można sobie kpić do woli. Faktem jest, że konferencja prasowa prokuratury w gmachu ABW nie była najlepszym pomysłem propagandowym, a jej bohaterowie chyba niezbyt dobrze przygotowali się do swojej roli. Mniejsza o to.
W każdym kraju, w każdym społeczeństwie może się pojawić jakiś lokalny Breivik albo choćby doktor pirotechnik. Fanatyk lub zgoła wariat, ale jakże niebezpieczny. Może działać z rozmaitych pobudek. Dla chorej idei albo z patologicznej nienawiści do ludzi.
Nieco już dziś zapomniany Ted Kaczynski, zanim FBI wreszcie go ujęło, realizując operację „UNABOM” (od UNiversity and Airline BOMbing), przez 17 lat terroryzował Stany Zjednoczone, rozsyłając bomby w skrzynkach. Zabił trzy osoby, a ciężko ranił ponad 20. Ted Kaczynski też był doktorem, absolwentem co prawda nie Akademii Rolniczej w Krakowie, ale tylko Harvardu, przez jakiś czas był też pracownikiem naukowym na innym znakomitym uniwersytecie amerykańskim, w Berkeley, a psychologom brakowało skali do pomiaru jego inteligencji (ostatecznie wyliczyli mu IQ 170!). Ted Kaczynski terroryzował USA w imię walki ze złem wynikającym z postępu technicznego. W 1998 r. został skazany na dożywocie i dziś odbywa karę, mając nieograniczony czas na medytacje na temat zła współczesnego świata.
Breivik czy Kaczynski albo choćby Brunon K. mogą się pojawić wszędzie. W każdym społeczeństwie jest jakiś procent wariatów, fanatyków gotowych na wszystko. Dzięki postępowi technicznemu są stokroć bardziej niebezpieczni niż ich XIX-wieczni poprzednicy, którzy mogli co najwyżej rzucić w tłum czy w jakąś wybraną ofiarę ręcznie skonstruowaną bombę. Mają możliwość zamawiania przez internet dowolnych substancji i urządzeń, znajdowania schematów bomb i zapalników, zbierania informacji o innych zamachach i analizowania popełnionych przy tym błędów. Cała technika będąca do dyspozycji ludzkości jest dostępna także dla nich.
Państwo musi przed takimi wariatami czy fanatykami chronić swoich obywateli. Jest to o wiele trudniejsze i, co tu mówić, o wiele droższe niż kiedyś.
Ale przecież nie jest to jedyne zagrożenie. Trwa na świecie walka z terroryzmem. Polska jest stroną w tej walce, członkiem koalicji antyterrorystycznej. Jest więc narażona na atak ze strony terrorystów islamskich. Szczególnie po nagłośnieniu sprawy rzekomych więzień CIA.
Monitorowanie zagrożeń i przeciwdziałanie im kosztuje miliony. Do tego dochodzą inne tradycyjne niebezpieczeństwa, z którymi zmagać się muszą służby kontrwywiadowcze. Niebezpieczeństwa tradycyjne, ale formy działania i przedmioty zainteresowań ciągle się zmieniają. Dziś, gdy z kosmosu można zewidencjonować potencjał militarny ewentualnego przeciwnika, nacisk kładzie się przede wszystkim na wywiad polityczny i gospodarczy. Poprzez wywiad próbuje się nie tylko rozpoznawać przygotowywane decyzje polityczne, lecz także na nie wpływać. Rozpoznaje się gospodarkę, ale i próbuje wpływać na decyzje ekonomiczne, by uzyskać korzyści dla własnej gospodarki. Stąd aktywność w naszym regionie np. wywiadu chińskiego.
Zniesienie kontroli granicznej w ramach Unii Europejskiej, masowy przyjazd emigrantów z Azji, z państw byłego ZSRR pociąga za sobą nowe zadania dla służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne. Tym służbom z każdym rokiem przybywa zadań, niestety, nie przybywa pieniędzy. Proszę jednak nie mówić, że nie ma z czego im dać, że potrzebne są pieniądze na edukację, ochronę zdrowia, naukę i kulturę… Oczywiście, że są potrzebne.
Na IPN z budżetu przeznacza się 250 mln zł, a na ABW 500 mln! Skoro na bezpieczeństwo, na funkcjonowanie Agencji, na ochronę przed terroryzmem, szpiegostwem, przed najpoważniejszymi zagrożeniami dla państwa i jego obywateli wydajemy tylko dwa razy więcej niż na grzebanie w starych papierach SB, z których ewentualnie będzie wynikało, że jakiś kolejny wójt 30 lat temu pił wódkę i plotkował z esbekiem, to pytam: czy naprawdę dobrze wydajemy budżetowe pieniądze?
A może to pytanie powtórzy głośno opozycja w Sejmie?

Wydanie: 48/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy