Zagadka

Kuchnia polska

Dane statystyczne, według których w lipcu mieliśmy 10,3% przyrostu produkcji sprzedanej, powinny być źródłem optymizmu. Ekonomiści twierdzą, że w tej sytuacji jest całkiem możliwe, że w całym roku 2003 osiągniemy wskaźnik wzrostu gospodarczego na poziomie 3, a nawet 3,5%. Zdaje się to dowodzić, że przewidywany przez prof. Kołodkę wzrost gospodarczy, który według niego wynosić powinien za dwa lata 5 albo nawet 6% PKB, nie był, jak głoszono, niepoczytalnym majaczeniem, lecz trafną prognozą opartą na realnych podstawach.
Ale równocześnie z tym optymistycznym komunikatem gospodarczym otrzymujemy wiadomość, że poparcie dla rządu sięgnęło już niemal dna, 84% obywateli ocenia rząd Millera negatywnie, a 74% jest tego samego zdania o premierze.
Co więc się dzieje? Czyżby byt ekonomiczny przestał kształtować świadomość społeczną, co mimo wszelkich krytyk wydaje się jednak całkiem rozsądnym spostrzeżeniem?
Przyjrzyjmy się więc temu po kolei, zaczynając od obecnego wzrostu gospodarczego.
Otóż znawcy twierdzą, że dopiero wzrost gospodarczy powyżej 5% staje się odczuwalny dla normalnych zjadaczy chleba i ich rodzin. Zatem obecny wzrost jest dla większości ludzi jedynie ciekawostką statystyczną, niemającą nic wspólnego z ich codziennym życiem, a już na pewno nic to nie obchodzi pracowników zakładów Wagon ani hutników ze Stalowej Woli, prowadzących upartą walkę strajkową o podstawy swojej egzystencji.
Po drugie, jak się uważa, głównym czynnikiem obecnego wzrostu jest eksport, który zawdzięczamy w równym stopniu pomysłowości naszych przedsiębiorców i jakości naszych wyrobów, co osłabieniu złotówki w relacji do euro. To osłabienie złotówki rozsądni ekonomiści postulowali już od dawna, bez tego nie ma mowy o polskim eksporcie, ale nie zmienia to także faktu, że przeciętny szaraczek ma po prostu w kieszeni marniejszy pieniądz, czego wielu doświadczyło już zresztą podczas wakacyjnych wyjazdów za granicę.
Po trzecie wreszcie, z sukcesem gospodarczym czy bez, rząd Millera musi upaść. Tak zdecydowała większość mediów, a w jednym z programów radiowych usłyszałem wręcz opinię, że Polacy rzucili się do produkowania i eksportowania na złość rządowi, który rzekomo nie popiera rozwoju. Jeśli to prawda, to niech społeczeństwo nadal walczy z rządem, ku powszechnemu pożytkowi.
Gdyby rząd Millera prowadził jakąś politykę informacyjną, gdyby miał jakieś media i wpływ na opinię publiczną, której ma coś do powiedzenia, a wreszcie gdyby miał choćby jakiegoś rzecznika, zdolnego kształtować jego obraz – o co nie wolno podejrzewać pana Tobera ani jego następcę – umiałby zapewne jakoś sprzedać swoje dokonania gospodarcze i poprawić swoje notowania. Mógłby też powiedzieć, co zamierza czynić przez następne dwa lata, aby w dniu wyborów było oczywiste, że jego obecna reputacja była tylko złym snem.
Ale dajmy sobie z tym spokój. Pozostaje natomiast pytanie, co robić, aby obecny wzrost gospodarczy nie był tylko mgnieniem oka, ale tendencją trwałą. I w tym oto miejscu stajemy wobec zagadki. Otóż z łamów prasy słyszę, że aby zachować i utrwalić obecny wzrost, należy przyspieszyć liberalne reformy finansowe, wprowadzić podatek liniowy, nadal kroczyć obecnym kursem, a im bardziej będziemy dbać o zamożnych, tym oni piękniej nam się odwdzięczą, tworząc nawet nowe miejsca pracy.
Ale równocześnie czytam:
„Wzrost gospodarczy bez dbania o równość społeczną jest możliwy, ale prędzej czy później załamie się. Jeżeli zastanawiamy się, dlaczego pewne czynniki wzrostu polskiej gospodarki wyczerpywały się, to odpowiedź przynosi pogłębianie się nierówności, skali ubóstwa i wykluczenia. Jednocześnie jeżeli strefa ubóstwa i wykluczenia społecznego rośnie, to wyczerpują się możliwości wzrostu gospodarczego”.
A więc jedno z drugim się nie zgadza. Co ciekawsze zaś cytowanego wyżej zdania nie wyczytałem w jakiejś przemądrzałej książce zachodniego lewicowego ekonomisty, lecz są to słowa ministra i wicepremiera rządu RP, prof. Jerzego Hausnera, a więc członka gabinetu, którego popularność leci teraz na łeb na szyję również dlatego, że od dłuższego już czasu nie zechciał się nawet zająknąć na temat socjaldemokratycznych celów swego działania i nawet 1 maja powiedział zagniewanym pracownikom i bezrobotnym, że raz jest lepiej, raz zaś gorzej i w sumie nie ma się czym przejmować.
Oczywiście, że prof. Hausner ma rację. Oczywiście, że jeśli chcemy zachować wzrost gospodarczy, to musimy przede wszystkim budować rynek wewnętrzny, a więc włączyć do grona kupujących także ludzi niezamożnych. A na to nie ma innego sposobu niż redystrybucyjny system podatkowy, a więc obciążający więcej bogatych, aby ulżyć biednym i zmniejszyć straszliwą u nas nierówność. Sposobem także jest niewypieranie się ani interwencji państwa w gospodarkę, o co błagają teraz strajkujący i co dało całkiem niezłe efekty w Stoczni Szczecińskiej, ani też „państwa opiekuńczego”, z którego ponoć wycofał się w Niemczech Schröder. Tyle tylko, że Schröder wycofał się – dosłownie ! – w ten sposób, że zniósł dopłaty za przejazdy pacjentów do placówek służby zdrowia. Chciałbym żyć w takim nieopiekuńczym państwie. O przyczynach rzekomego upadku państwa opiekuńczego na Zachodzie mówi też szczerze Hans Koschnick, że w latach 50. „biznes w pełni popierał rozwój państwa opiekuńczego”, ale „po upadku komunizmu wspólny interes pracodawców i pracowników przestał być konieczny”. Po prostu biznes już się nie boi pracowników. Co widzimy wyraźnie na przykładzie większości akcji strajkowych i protestów, które jakoś tam się ucisza różnymi obietnicami, aby potem machnąć na to ręką, jak się stało na przykład w Ożarowie.
Jest więc zagadką, czy prof. Hausner ze swoimi poglądami jest w obecnym rządzie nieporozumieniem? Czy pozostał po prostu nadal prezesem krakowskiej „Kuźnicy”, gdzie owszem, opowiadało się takie socjalistyczne teorie, który obecnie nie zorientował się w porę, że znalazł się w zupełnie innym miejscu i innym towarzystwie? Czy też na odwrót, to co mówi Hausner jest rzeczywistym poglądem obecnego rządu? Ale jeśli tak, to dlaczego ten rząd, nie bacząc na spadek swojej popularności, ukrywa to tak skrzętnie, tracąc przez to również poparcie tych, którzy niedawno wynieśli go do władzy i którzy – jak słusznie pisze w „NIE” Agnieszka Wołk-Łaniewska – coraz mniej widzą powodów, aby ponownie oddać swoje głosy na SLD w przyszłych wyborach?
Trzeba pilnie wyjaśnić tę zagadkę, od której być może zależy dalszy los naszego wzrostu gospodarczego. A już na pewno los obecnego rządu i tworzącej go partii.

 

Wydanie: 36/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy