Politykom powiedzieć: sprawdzam

Politykom powiedzieć: sprawdzam

Merytokracja, czyli niemal powszechnie podzielany i akceptowany pogląd, że nasza wiedza, kompetencje, wysiłek i maksymalne wykorzystanie predyspozycji są głównymi mechanizmami awansu społecznego, materialnego, kulturowego – i w konsekwencji naszej pozycji społecznej, sukcesu, w tym finansowego – ma mnóstwo słabych stron. Słusznie też była poddawana krytyce.

Są jednak momenty, kiedy za pewną czytelną regułą merytokratyczną w naszym życiu dobrze jest zatęsknić. Ja czasami tęsknię i niekiedy daję temu wyraz. Mam taką przemożną potrzebę i teraz, kiedy do Polski nadjeżdżają przesyłki ze szczepionką przeciw SARS-CoV-2.

Ale to pragnienie zaczęło się u mnie dużo wcześniej. Podczas którejś kampanii w wyborach na prezydenta Warszawy, przyglądając się kandydującym i ich „programom”, słuchając wygłaszanych z absolutną pewnością sądów i przekonań, miałem głębokie poczucie niedosytu. To wrażenie potęgowało się podczas tzw. zmagań o urząd prezydencki w państwie. Debaty, nieliczne, kretyńsko sformatowane (bez możliwości sformułowania spójnego, zrozumiałego i uargumentowanego przesłania), były, są i – jak należy się spodziewać – będą rodzajem karykaturalnego teatrzyku, który służy rozmaitym celom, ale z całą pewnością nie temu, żeby kandydujący mogli się skonfrontować z wieloraką materią politycznych i społecznych wyzwań, żeby mogli do nich odnieść się merytorycznie i osobiście. Żeby musieli napotkać istotną, ale i uczciwą krytykę swoich zamysłów, wizji, konceptów, jeśli w ogóle takie prezentują. De facto jest to bardzo rygorystycznie przygotowana procedura konkursowa, będąca jednocześnie całkowitą fikcją. Udaje stosowanie równych reguł, symuluje wymianę poglądów i nie pozwala w żaden sposób ocenić kompetencji kandydatów (a nie kandydatek, bo choć Polskę zamieszkuje większość kobiet i wśród osób lepiej wykształconych też stanowią one większość – to wśród kandydujących jest albo radykalna większość mężczyzn, albo po prostu sami mężczyźni). Można by zresztą sformułować tezę, że system ten jest skonstruowany pod mężczyzn, dla mężczyzn i nagradza mężczyzn, równocześnie znosząc wszystkie reguły, które mogłyby ten porządek (dominację) naruszyć. Nie oznacza to rzecz jasna, że nie istnieją kompetentni mężczyźni albo niekompetentne kobiety. System preferuje jednak niekompetencję.

Ciekawe, że w systemie opresji edukacyjnej, której poddawani jesteśmy wszyscy, wypracowano rygorystyczne metody oceny zdobytej i posiadanej wiedzy poprzez testy, egzaminy, z zachowaniem np. anonimowości (oceniający nie wie, kogo ocenia, dzięki czemu unikamy faworyzowania osobników, którzy na swoją pozycję zapracowali czymś innym niż wiedza lub umiejętności społeczne). Dlaczego te reguły, które dotyczą nas wszystkich w szkołach, w staraniach o pracę (wiem, wiem – złudzenie; najważniejszym czynnikiem są i tak znajomości), znikają, kiedy chodzi o powierzenie ludziom olbrzymiej władzy? Władzy podejmowania istotnych decyzji, organizowania nam życia w niewiarygodnie skomplikowanym systemie odniesień i relacji, w zmieniającym się świecie, w którym oprócz nieznikających problemów i kwestii wciąż pojawiają się kolejne, nierzadko ważniejsze, bardziej fundamentalne (zmiany klimatyczne i ich konsekwencje), co przecież wymaga niezwykłych umiejętności oceniania albo – co bardziej realistyczne – korzystania z pracy zespołów o wysokich kompetencjach. Gdzie i kiedy, skąd i jak nasi politycy mieliby tego się nauczyć? Rytmy zmian, procesów analitycznych, rozwiązywania problemów nie nakładają się na główną regułę funkcjonowania polityczno-partyjnego lewiatana – kadencję, kilkuletni czas od jednych wyborów do drugich. To są ramy, w których działają politycy, a nie świat. Pozwalamy im na to.

Czytałem kiedyś, że podczas studiów medycznych w pewnym tzw. wysoko rozwiniętym kraju każdy studiujący nosi przez jakiś czas (głównie podczas zajęć praktycznych w szpitalu) ciężarki obciążające nogi, musi też funkcjonować czas jakiś, mając zasłonięte oczy, kiedy indziej z zatyczkami w uszach. Po co to wszystko? Żeby pobył choć przez chwilę w świecie ograniczeń, których z racji wieku i zdrowia po prostu nie doświadcza – trudności z chodzeniem, wzrokiem, słuchem. Takie ćwiczenie pozwala wejść w świat doznań tych, którym za kilka lat będzie pomagał. Marzę o systemie testów dla polityków na każdym szczeblu. Kandydat na prezydenta miasta? Dwa dni na wózku inwalidzkim i wykonywanie zwykłych obowiązków, podobnie z zasłoniętymi oczyma, pokonanie trasy komunikacyjnej z obciążonym wózkiem dziecięcym (bez żywego dziecka). Obecny prezydent i premier? Test z czytania ze zrozumieniem – np. lektura dokumentu „Nauka przeciw pandemii. Biała księga”. I konieczność odpowiedzi na 20 pytań na temat tego raportu. Byłby pogrom. Merytokratyczny. Bardzo im i sobie tego życzę. A Andrzeja, który chce się zaszczepić ostatni, nie szczepmy nigdy. Bo nie.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 2/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz