Szambo narodowe

Mieszkam w miejscowości, do której nie dotarł jeszcze wynalazek kanalizacji i potrzeby asenizacyjne mieszkańców załatwiają szamba i opróżniający je szambiarze. Nie można mieć wątpliwości co do społecznego pożytku i doniosłości ich pracy. Faktem jest jednak, że kiedy szambiarz przystępuje do swego dzieła na jakiejkolwiek posesji, wokół, co najmniej w promieniu kilometra, roznosi się zapach nasuwający mieszkańcom myśl o wyprowadzeniu się jednak z sympatycznej skądinąd miejscowości.
Jest to dylemat, który dotyczy obecnie naszej ojczyzny. Promotorzy afer prasowych, których nie brakowało w roku ubiegłym, a i obecnie nie brakuje, są przekonani, że wykonując swoje dzieło, przyczyniają się do oczyszczania kraju, usuwania nieczystości, umacniania demokracji, mobilizowania opinii publicznej itd., i w pewnym sensie mają rację. Równocześnie jednak zdają się nie zauważać, że wzburzony przez ich pracę odór sprawia, iż życie w naszym kraju staje się niesympatyczne, przygnębiające i coraz bardziej beznadziejne, a spora część ankietowanych obywateli twierdzi, że „afery” zniechęcają ich do pracy, obywatelskich postaw i pozbawiają resztek optymizmu.
Oczywiście, wina leży po stronie afer, a nie tych, którzy o nich piszą. Trudno jednak nie wiedzieć, że także w przeszłości nawet najsłuszniej zdemaskowane afery miały także swoje skutki uboczne w życiu społecznym. Taka była na przykład przed wojną słynna afera Stavisky’ego, która zachwiała ustrojem Francji albo jeszcze słynniejsza afera Watergate, od czasu której prezydent USA przestał być postacią charyzmatyczną, lecz może być także aferzystą, kłamcą lub głupkiem.
Cokolwiek by mówić o tzw. aferze Rywina, nie ulega wątpliwości, że w jej trakcie autorytet władzy państwowej doznał dotkliwego uszczerbku, okazało się, że przed komisją i przez łamy gazet przeciągnąć można każdego, prezydenta, premiera, prezesów i ministrów i każdy z nich w oczach pań Beger, Błochowiak, pana Rokity lub Nałęcza okazać się może krętaczem i szalbierzem. Polacy nigdy nie mieli zbytniego szacunku dla władzy państwowej, obecnie okazało się, że mieli rację. Niewątpliwie nie ułatwi to nikomu rządzenia naszym krajem, nawet gdyby miał to robić Rokita z Ziobrą i panią Rapaczyńską, którą marszałek Nałęcz uznał za skrzyżowanie Joanny D’Arc ze Spinozą i błogosławioną Kózką.
A przecież w końcu i tak sąd rozstrzygnie, jak było z tą aferą i kto oraz na ile zawinił.
Podstawami Rzeczypospolitej i rządzącej partii SLD wstrząsała w ubiegłym roku tzw. afera starachowicka, w związku z którą leciały głowy posłów, ministrów i partyjnych „baronów”, SLD zaś, pragnąc się oczyścić, stracił co najmniej połowę swego składu. Właśnie niedawno zapadł sądowy wyrok w tej sprawie i ku zdziwieniu publiczności w świetle akt sądowych afera ta okazała się prowincjonalną machlojką kilku radnych ze Starachowic, z których każdy zarobił po kilka tysięcy na jakichś sztuczkach ubezpieczeniowych. Ale jej wpływ na rozpad państwa okazał się ogromny, nie z powodu jej wagi jakościowej, lecz z powodu rozmachu, z jakim czyszczono to szambo.
Czy nie należało ujawnić i wyczyścić tych afer? Oczywiście, że należało. Zastanawiająca jednak jest sytuacja, kiedy rozmach, z jakim się to czyni w mediach i w parlamencie, powoduje ferowanie wyroków na osoby i środowiska, których wina nie została w niczym udowodniona. Dzisiaj na przykład oglądamy prawdziwą rewolucję w mediach, zmieniamy prezesa telewizji publicznej, funkcjonuje rodzaj zapisu, komu wolno, a komu nie wolno mówić o etyce, wskazuje się palcem ludzi niegodnych zaufania, jak np. pani Jakubowska czy p. Czarzasty, chociaż nikt na razie, nawet p. Nałęcz, konstruujący najprzemyślniejsze fabuły, nie potrafi powiedzieć, czym zasłużyli sobie na taką ocenę.
Ta metoda rozszerza się i dzisiaj już na przykład można znaleźć się w kręgu oskarżenia, nie dokonawszy właściwie żadnego czynu, który można by wskazać jako czyn karalny lub haniebny. Przykładem tego może być tzw. sprawa Huszczy. Nie widziałem nigdy na oczy pana Huszczy, nazwisko to kojarzy mi się z osobą znanego kiedyś satyryka, a także generała, który był prezesem CWKS „Legia”. Ale oto dowiaduję się z gazet, że ów Huszcza wydał imieniny, na których byli jacyś ludzie z SLD, a może nawet mógłby być sam premier, gdyby mógł był przyjechać na te imieniny jak do Brukseli, to znaczy na wózku, a wszystko to jest ogromnie ważne, ponieważ Huszcza być może ma coś wspólnego z aferą jednorękich bandytów, jeśli w ogóle jest to afera, co jeszcze przecież nie zostało wykazane. Nie wiem, może za jakiś czas pojawią się w tej sprawie jakieś wstrząsające fakty, które całkowicie odmienią tę sytuację, i ów Huszcza, o którym na razie mówi się, że ponieważ nadzorował kasę PZPR i SdRP, a więc hipotetycznie mógłby z tej racji kogoś szantażować lub straszyć, pokaże się w całkowicie innym świetle. Tymczasem jest on oskarżonym, którego należy śledzić nawet na prywatnych imieninach, ale nie wiadomo, o co i dlaczego.
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ostatnio dużo się pisze o rozmaitych okropnościach PRL-u i nawet p. Krzysztof Kosiński, rocznik 1974, opisał w „Gazecie Wyborczej” kontestacyjną grozę prywatek w latach 50. i 60., w których gdybym nie uczestniczył, to bym mu uwierzył. Otóż jako jedną z ciemnych stron tamtych czasów wymienia się ingerencję państwa w prywatne życie obywateli, co istotnie stanowi cechę totalizmu, w Polsce zresztą stosunkowo słabo zakorzenioną i przelotną. Obecnie jednak, w warunkach demokracji, ową złowrogą cechę państwa totalnego stara się przejąć, z niezłym skutkiem, tak zwane dziennikarstwo śledcze. Jest ono bardziej śledcze niż dziennikarskie i nie jest żadnym sekretem, że niektórzy koryfeusze tego gatunku korzystają z gotowych materiałów, podsuwanych im przez służby specjalne. Ale efektem tego staje się jeszcze rozleglejsze rozpryskiwanie się narodowego szamba. Co więcej zaś, sądząc na przykład po zachowaniu się i reakcjach tzw. klasy politycznej, rządu i parlamentu, uważamy to za normalną praktykę, której należy się podporządkować.
Na naszym osiedlu wszyscy wiedzą, że czyszczenie szamb jest koniecznością. Lepszą znacznie opinią cieszą się jednak szambiarze, którzy wykonują tę pracę fachowo i precyzyjnie, nie rozlewając wszędzie ubocznych skutków swego wysiłku. Ale rozwiązaniem, do którego dążą wszyscy, nie szczędząc środków, jest założenie normalnej kanalizacji, precyzyjnej i nieszkodliwej dla otoczenia. Czego i nam wszystkim życzę w życiu publicznym.

 

Wydanie: 3/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy