Najemni historycy

Usłyszałem niedawno w radiu wypowiedź pewnego mecenasa, który w czasach PRL-u urządził się, jak mało kto, a i teraz jako parlamentarzysta – miewa się nieźle, twierdził, że minione 50 lat to okres zniszczeń. „Po 50 latach zniszczeń” – tak powiedział. Natomiast w poczcie, ilekroć zahaczę krytycznie w moich felietonach o przeszłość, zaraz dostaję listy od oburzonych moim krytycyzmem gloryfikatorów czasów nieboszczki komuny. Jaka jest prawda?

Prawda jest bardzo zwyczajna: Każdy okres dziejów ludzkich można opisać zgodnie z kimś zapotrzebowaniem metodologicznym, bądź politycznym, bądź jakimś innym. Faktów jest wiele i można je dowolnie wybierać i szeregować. Wszystkie są prawdziwe, najwyżej fałszywe mogą się okazać uogólnienia wysnuto z tych usłużnych faktów.

Dzieje chrześcijaństwa są pisane obecnie bardzo różnorodnie. Na półkach księgarska, można znaleźć książkę zatytułowaną „Kryminalna historia chrześcijaństwa”, o ile dobrze pamiętam,  to założenie programowe. Autor chciał pokazać pewien wycinek prawdy o przeszłości, zwyczaj pomijany przez oficjalnych historyków tej potężnej i jakże różnorodnej instytucji religijnej. Kilka dni temu minęła 400-letnia rocznica spalenia na stosie uczonego filozofa, Giordano Bruno. Kościół katolicki ustami kardynała Sodano wyraził ubolewanie nad losem Bruna. Podobnych zbrodni Watykanu, tak je w skrócie myślowym nazwijmy, można przytoczyć tysiące. Każdy dzień w każdym nadchodzącym roku mógłby być poświęcony ubolewaniu z powodu dokonanych zbrodni wobec kacerzy, czarownic. filozofów i różnych Koperników, wobec których grzeszono zamykaniem im ust głoszących trudne do pojęcia prawdy. Nawet w dziejach pot szczególnych ludzi są okresy świętości i czasy podłości, by wspomnieć tylko bohaterskiego męczennika, św. Maksymiliana Kolbe, który wspierał swoim autorytetem wydawanie pisma zawierającego najparszywsze wzloty antysemityzmu, dające w kilka lat później smakowitą pożywkę Szmalcownikom, zabijającym bez poczucia winy ukrywających się Żydów, często po tym, jak skończyły się im pieniądze na opłacanie możności przeżycia. Podobnie można się dziwić biskupowi czynnie ochraniającemu moralnie wątpliwą osobę prałata Jankowskiego. Podobnie ktoś z Episkopatu chroni dyrektora Rydzyka, osobistość nie mniej szkodliwą niż Jankowski.

Na szczęście, dla siebie i dla nas, Kościół katolicki prócz bogatej galerii łotrów, do której należą także niektórzy papieże, może się poszczycić opasłymi tomami żywotów ludzi naprawdę miłosiernych i świętych, którzy nigdy nawet muchy nie skrzywdzili i są dumą chrześcijaństwa. Także głośni i skuteczni reformatorzy Kościoła, Luter oraz inni, mają na sumieniu niezły bagaż grzechów przeciw przykazaniu miłości. Ogólnie można jednak zadowolić się przy dokonywaniu wszelkich ocen formułą mego ojca, historyka z wykształcenia, który powiadał, ”iż szaleństwa kleru nie są w stanie uczynić Ewangelii mniej piękną”.

Wróćmy jednak do sporu o PRL. Ma ta – przez wielu nie lubiana nie bez powodu – nasza ludowa ojczyzna tyleż grzechów na sumieniu co cnót, ma różne okresy nasilonego występowania jednej z cech charakterystycznych jak również czasy, gdy wielkie zło towarzyszyło łeb w łeb wielkiemu dobru.

Można znaleźć liczne dowody na tępienie Kościoła i kleru, ale również są czasy pomyślnej dla Kościoła współpracy z państwem, czasy owocujące chyba światowym w skali całej, znanej historii rekordem masowego budownictwa sakralnego

Także i Kościół katolicki niejednakowo postępował wobec swego komunistycznego partnera. Były ostre konfliktu, ale zdarzały się i wstydliwe kompromisy, jak ten po aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego. Tego słowa Kościół używamy na ogół mało precyzyjnie. Wstydliwy kompromis był dziełem lękliwego w owym czasie Episkopatu, ale warto dodać dla pouczenia młodych, że było się wówczas, po aresztowaniu prymasa, czego obawiać.

Patrzę na historię PRL zestawioną z moim własnym życiem. W początkowym okresie terroru wyjechałem jako AK-owiec na białe niedźwiedzie kopać węgiel ”dla zwycięstwa nad faszyzmem” – jak nas pouczano. Wróciłem. Zacząłem pracę naukową. Wypędzili z Uniwersytetu, ale w rok później byłem odpowiedzialny w dziedzinie planów i finansów za całość edukacji, kultury, zdrowia i pomocy społecznej w największym, o najbogatszym budżecie, województwie dolnośląskim. Przez wiele lat byłem klasycznym budowniczym Polski Ludowej. Zakładałem nowe szkoły, szpitale, decydowałem o odbudowie zabytkowych kościołów, żyłem pięknie i twórczo, choć przez cały prawie czas bezpieka deptała mi po piętach za fałszywy życiorys, jaki złożyłem w kadrach. Mój los był podobny do losu setek tysięcy młodych ludzi. Gdzież ta ruina, co ją tak głosi wspomniany mecenas? Jednakże w tym samym czasie sądy skazywały na więzienie lub śmierć bardzo wielu uczciwych ludzi, licznym zaś nie dawano możności pracy pożytecznej dla kraju, bo mieli haki w życiorysach. Można o tym opowiadać i też będzie to bolesna prawda.

Później zostałem dziennikarzem. Wiele lat chodziłem bez pracy, a potem bez etatu, gdyż miałem grzech. Byłem kilka lat prezesem Klubu Krzywego Koła. Zbrodnia ta nie przeszkadzała mi kierować sporą i bogatą w pieniądze redakcją w radiu, tyle że na odnawianym przez 4 lata wbrew prawu trzymiesięcznym kontrakcie. Tak było ze mną do końca. Siedziałem w kryminale za Solidarność. Należało się. Ale jeszcze za tej samej komuny współrealizowałem w telewizji najbardziej w jej historii oglądany program ”Telewizja nocą” i moje własne „Rozmowy o cierpieniu”. Odebrała mi to już dyrekcja telewizji suwerennej Polski. Nasze własne życiorysy, jak i życiorys PRL, są bogate w zdarzenia różnorodne pod względem moralno-prawnym, zło i dobro były czynione równolegle. Wyzwalano chłopa z wiekowego upodlenia i zaraz potem zamykano do kryminału za nie odstawione kontyngenty zboże. W przeszłości naszego kraju i życia większości z nas można znaleźć fakty mogące służyć do udowodnienia każdej wizji, każdego oskarżenia i każdej gloryfikacji przeszłości. Dlatego nasze pamiętniki lepiej dokumentują przeszłość niż podręczniki historii – to jedno bowiem się nie zmieniło, zawsze byli, są i będą najemni historycy, gotowi udowodnić to, czego sobie życzą ich polityczni mocodawcy.

24 lutego 2000 r.

Wydanie: 2000 9/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy