Czy jesienią 1981 roku porozumienie było możliwe?

Czy jesienią 1981 roku porozumienie było możliwe?

13 grudnia 1981 roku dramatycznie starł się polski romantyzm z polskim pozytywizmem. Mam nadzieję, że było to po raz ostatni Aby jakieś porozumienie było możliwe, spełnione muszą być dwa podstawowe warunki: strony sporu muszą chcieć tego porozumienia i muszą zaistnieć obiektywne warunki pozwalające na takie porozumienie. Mam wątpliwości, czy jesienią 1981 r. strony, to jest ówczesna władza i „Solidarność”, rzeczywiście chciały porozumienia. Na pewno chciała go część „Solidarności” i zapewne część władzy. Równocześnie po obu stronach były też siły radykalne, z góry wykluczające taką możliwość. Po stronie „Solidarności” byli radykałowie, którzy uważali, że trzeba „dobić komunę”, i sądzili, że można to zrobić. Na przykład poprzez strajk generalny. A zatem z „komuną” nie warto rozmawiać. Po stronie władzy także byli ludzie, którzy uważali, że z „Solidarnością” można i trzeba rozprawić się siłą. A zatem z „Solidarnością” rozmawiać nie warto. Jaki po obu stronach był procent takich, którzy chcieli porozumienia, a jaki procent takich, którzy o żadnym porozumieniu nie chcieli słyszeć, nie wiem. Tym bardziej nie wiem, które opcje w obu obozach miały szanse przeforsować swój pogląd. Nikt, o ile wiem, takich badań nie prowadził, a wszystko, co na ten temat się mówiło i mówi do dziś, to jedynie lepiej czy gorzej uzasadnione spekulacje. Nie będę tych spekulacji prowadził. Nie wiem więc, czy spełniony był pierwszy z warunków koniecznych do zawarcia porozumienia, jakim jest wola jego zawarcia. Nie potrafię też powiedzieć, co obydwie strony gotowe były uznać za porozumienie. Tu też zachodzi obawa, że nie tylko „Solidarność” i władza rozumiały porozumienie odmiennie, ale że również wewnątrz obu stron to ewentualne porozumienie było rozumiane odmiennie. Czy miało nim być podzielenie się władzą, a jeśli tak, to na czym ten podział władzy miałby polegać? Czy „Solidarność” gotowa była zaakceptować panujący ustrój, znaleźć w nim miejsce dla siebie i wespół z dotychczasową władzą reformować kraj, a jeśli tak, to w jakim kierunku miałyby zmierzać te reformy? Czy chodziłoby o stworzenie w Polsce „socjalizmu z ludzką twarzą”, czy o coś więcej? A jeśli miałby to być ten „socjalizm z ludzką twarzą”, to na czym miałby on polegać? Czy miała to być wspólna próba realizacji postulatów gdańskich i przyjęcie wspólnej odpowiedzialności za ich realizację? Postulatów, które – wtedy podejrzewaliśmy, dziś wiemy na pewno – były nie do zrealizowania? Czy miałoby dojść do zasadniczej zmiany ustroju, do pluralizmu politycznego, zapewnienia wolności słowa, zgromadzeń, likwidacji policji politycznej? A co z przynależnością do Układu Warszawskiego, do RWPG? Co ze stosunkami ze Związkiem Radzieckim, ze stacjonowaniem jego wojsk w Polsce? Co z kłamstwem katyńskim i innymi białymi plamami w historii, zwłaszcza dotyczącymi historii polsko-rosyjskiej czy radzieckiej? Czy wynikiem tego porozumienia miał być okrągły stół, taki jak w 1989 r. i jego późniejsze konsekwencje? Jeśli tak, to pytanie powinno brzmieć: czy w 1981 r. był możliwy okrągły stół o takim przebiegu i takim zakończeniu, jak to miało miejsce w 1989 r.? Tu dochodzimy do drugiego warunku koniecznego. Czy jesienią 1981 r., nawet gdyby założyć, że po obu stronach przewagę zdobyliby zwolennicy porozumienia i udałoby się określić jego cel i granice, były obiektywne warunki do zawarcia takiego porozumienia, które zakończyłoby się, tak jak zakończył się Okrągły Stół w 1989 r.? Tu mam absolutną pewność. Jesienią 1981 r. takiej obiektywnej możliwości nie było. Przypomnijmy rzecz oczywistą, ale w dzisiejszych rozważaniach często jakby zapominaną. Istniał jeszcze Związek Radziecki, sekretarzem generalnym KPZR był Leonid Breżniew. W krajach Układu Warszawskiego obowiązywała doktryna jego imienia (doktryna Breżniewa). Polska sąsiadowała z ZSRR, a także z NRD i Czechosłowacją rządzonymi przez skostniałe komunistyczne reżimy, wrogie wszelkim zmianom, nieufnie spoglądające na Polskę, a z nienawiścią na „Solidarność”, gotowe uczestniczyć w „ratowaniu” w Polsce socjalizmu. Zarówno w NRD, jak i w Czechosłowacji stacjonowały radzieckie wojska, a w samej Polsce stacjonowała Północna Grupa tych wojsk. Zarówno kierownictwo ZSRR, jak i kierownictwa NRD i Czechosłowacji jawnie naciskały na władze polskie, aby wreszcie zrobiły porządek z „Solidarnością” i, jak to nazywano, z „pełzającą kontrrewolucją”. Było też oczywiste, że Zachód, a szczególnie Stany Zjednoczone, które już w czasie inwazji na Czechosłowację w 1968 r. pokazały, że przyjmują do wiadomości doktrynę Breżniewa, wcale w przypadku ewentualnej inwazji nie myślą o militarnej pomocy dla Polski,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2010, 46/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki