Polska szaruga

Polska szaruga

Chlapowata pogoda za oknem dopasowała się do nastrojów społeczno-politycznych w Polsce. Szarość rządzi. W relacjach międzyludzkich dominuje chłód. Senna apatia rozlewa się po całym kraju. Można powiedzieć, że wszystko wróciło do polskiej normy. Konformistyczne dostosowanie do przetaczających się codziennych absurdów przeważa w zachowaniach społecznych, a ucieczka w prywatność to najbardziej powszechna strategia. Tkanka spontanicznego i oddolnego życia zbiorowego wciąż pozostaje słaba i nierozwinięta. Zaimek osobowy „my” skutecznie wypierany jest przez zawiść, zazdrość i zwykłą agresję. Nie jest to kraina łatwa i przyjemna do życia. Gdy się patrzy na to wszystko z lotu ptaka, przypomina się wiersz Andrzeja Bursy.

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie
Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Ale może nie jest tak tragicznie? O ile od władzy nigdy nie można oczekiwać zbyt wiele dobrego, o tyle można mieć pewne oczekiwania wobec współobywateli – zawsze łatwiej się żyje w społeczeństwie ludzi aktywnych, otwartych i racjonalnych. Oni stanowią parasol ochronny przed najbardziej absurdalnymi decyzjami politycznymi, najgłupszymi niusami przemysłu medialnego czy arogancją aparatu państwa. Kiedy jednak społeczeństwo jest równie mało rozgarnięte jak władza, pojawia się prawdziwy problem. A dopóki więcej ludzi będzie uczestniczyć w Polsce w kościelnych jasełkach (w Łodzi obchody Święta Trzech Króli ku radości abp. Jędraszewskiego ramię w ramię obstawiała policja z faszystami z ONR, a główne hasło tego przedstawienia brzmiało: „Śmierć wrogom ojczyzny”) czy w hipermarketowych rytuałach niż w demonstracjach i protestach społecznych, dopóty umysłowe lenistwo będzie miało przewagę nad samodzielnym myśleniem.

Ostatnio wszyscy się zastanawiają, jaki będzie kolejny krok partii rządzącej. To w sumie mało istotne dla rozwoju sytuacji, ważniejsze bowiem jest to, co zrobi społeczeństwo. Wbrew pozorom dynamika procesów politycznych rozwija się nie odgórnie, ale właśnie oddolnie. Kiedy władza mówi o wzroście bezpieczeństwa państwa, zazwyczaj myśli o swoim własnym bezpieczeństwie i większej kontroli nad społeczeństwem. Kiedy kapłani Kościoła zachęcają owieczki do spokoju, umiaru i moralnego prowadzenia się, zazwyczaj chcą ukryć swoją pazerność i niemoralność. Kiedy jednak społeczeństwo odmawia posłuszeństwa wobec istniejących reguł gry, przestaje słuchać obrońców „porządku” i odrzuca oficjalne zakazy, wtedy naprawdę zdobywa swoją podmiotowość. Ten proces rozwija się wówczas bardzo szybko. Chodzi tylko o to, aby osiągnąć pewien poziom krytyczny. Później nikt nie jest w stanie zatrzymać tej dynamiki.

Tylko kto ma odpalić ten zapalnik? PO jest zajęta sama sobą. A poza tym ta partia – pomijając jej wszystkie grzechy – stała się klubem starszych, lubiących wygodę panów. Oni myślą o dostatnim życiu i odzyskaniu swoich salonów zajętych obecnie przez aktywistów z PiS. Poza tym jak mieliby atakować porządek, który wspólnie z PiS tworzyli? CBA, IPN, masowa inwigilacja, kościelne przywileje to wspólne dzieci PiS i PO.

To może Nowoczesna? Jest tam trochę świeżej energii. Ale żeby budować masowy ruch, trzeba otworzyć się na różne frakcje. Ryszard Petru, choć jest uczniem Balcerowicza, nie jest chyba tak dogmatyczny, żeby uwierzyć, że poparcie na poziomie 25-30% oznacza akceptację w tej skali dla fundamentalizmu rynkowego. Jeśli Nowoczesna miałaby pozostać partią fanów religii „wolnego rynku”, ma realnie nadal 7-8% poparcia. Ten ostatni sondażowy skok to oczywiście nadzieje na zablokowanie PiS i obronę swobód obywatelskich. Tylko czy Petru naprawdę to czuje? Musiałby otworzyć się trochę na nowe idee i nowych ludzi. A jak słyszę, ostatnio ma z tym problem, bo jest bardzo nieufny na scenie, na której się znalazł. W sumie trudno mu się dziwić – pewnie całkiem niezły sztab tajniaków poluje na jego słabostki. A jak władza chce zrobić z kogoś przestępcę, jest bardzo zacięta.

No to może jednak lewica? Tej na razie nie ma lub pochowała się po kątach. A ta, która miałaby powstać, musiałaby przestać – tak jak w zwyczaju miał SLD – martwić się o opinie konkurencji, odrzucić konformizm i zabieganie o przyjęcie do klubu „poważnych polityków”. To było główne zmartwienie i przejaw kompleksów po PRL noszonych przez działaczy SLD: czy nowy „demokratyczny” ład nas zaakceptuje? Można powiedzieć, że starania lewicy postkomunistycznej, aby zostać zaakceptowaną przez salon „demokratyczno-liberalny”, zostały w pewnym sensie docenione przez elity nowego systemu. Im bardziej jednak elity klepały postkomunistów po plecach, tym bardziej tracili oni poparcie wyborców.

A może jakaś hipernowa rozbłyśnie i w ciągu kilku chwil zburzy istniejące zmurszałe mury oraz porwie społeczeństwo? To byłoby najlepsze. Na pewno muszą pojawić się emocje, nadzieja na możliwy inny ład i wiara, że to ludzie tworzą swoją historię, a nie żadne abstrakcyjne twory nazywające się „strukturami władzy”.

Wydanie: 2/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy