Między Polską fajną a realną

Między Polską fajną a realną

Podoba mi się, kiedy ludzie mówią, że są szczęśliwi. A jeszcze bardziej jestem zadowolony, gdy widzę, że takich ludzi jest wielu. Cieszy mnie widok ludzi, którzy na okładkach magazynów pokazują radość i dumę z tego, co osiągnęli. Widok sztandarów rozwiniętych przez dwa ostro konkurujące tygodniki potwierdza, że są w Polsce środowiska, dla których warto robić specjalne kampanie. Można przy tym liczyć na poparcie premiera. W jednym froncie stają zadowoleni ludzie, media i rząd. Czego chcieć więcej? A jednak. Na początek wystarczyłoby trochę się rozejrzeć. Po ludziach. Spojrzeć na przechodniów, na klientów tanich supermarketów, pasażerów kolei i autobusów podmiejskich. Nie trzeba nawet chodzić do przychodni czy urzędu pracy, bo to doświadczenie dla wyjątkowo odpornych psychicznie. Nie jestem malkontentem. Mam jednak jako taki wzrok i słuch. I to, co widzę i słyszę, nie dodaje mi optymizmu. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że coraz częściej co innego widzę, a co innego słyszę od polityków i czytam w mediach.
Ludzie z fajnej Polski, tej, z której fajne obrazki, wyidealizowane poza granice karykatury, pokazuje jeden tygodnik, zjednoczyli się na czas wakacji z ludźmi Polski, która jest OK, z drugiego tygodnika. Rywalizacja, kto lepiej pokaże, jak u nas jest dobrze, ma osobisty patronat Tuska. Premier, nawołując, by być dumnym z Polski, wybrał sobie łatwego adresata. Czytelnicy jego apelu mogą o sobie powiedzieć, że żyją fajnie i że w ogóle jest OK. Gdybyśmy jednak spojrzeli na te wyścigi trochę z boku, zobaczylibyśmy, że lato nie jest najfortunniej dobraną porą. Bo chociaż ci z Polski fajnej i ci z Polski OK mają okazję sprawdzić za granicą siłę swoich kart płatniczych i utwierdzić się w miłym sercu przekonaniu, że ich karty w niczym nie ustępują sile kart zamożnych obywateli Unii Europejskiej, to niestety wielokrotnie większa grupa Polaków ma dużo gorszą okazję. Okazję, by w czasie lata sprawdzić odporność swoich żołądków na dość marne kiełbaski grillowane na działkach. A przy okazji konsumpcji wzbogaconej piwem ta część Polaków może dodatkowo się zadumać nad tym, czy to nie ostatnie takie grillowanie. Bo przecież na co atrakcyjniejsze działki padło już czujne spojrzenie kogoś z fajnej Polski. Kogoś, kto przemyśliwa, ile to można zarobić na apartamentowcach postawionych w miejscu ogrodów działkowych. A komu sprzyja rząd, wiadomo.
Polska działkowiczów i jeszcze liczniejsza od niej Polska ludzi bez jakiejkolwiek ziemi ma za to latem okazję, by bardziej zbliżyć się do własnych dzieci. Wakacje szkolne są przecież długie, a tylko niewiele dzieci z tych rodzin gdzieś wyjedzie. Bo jeśli nawet rodzice mają karty płatnicze, to z debetem. Nawet prorządowi propagandyści nie wierzą chyba, że duma z Polski towarzyszy tym rodzinom od świtu do zmierzchu.
Jeśli tak prozaiczne problemy są nierozwiązywalne, to znak, że system polityczny i gospodarczy dobiega kresu. I bardzo dobrze. Bo tak jak teraz ludzie już nie chcą żyć. Sytuacja w kraju coraz bardziej przypomina mi końcówkę lat 70. A utwierdził mnie w tym premier, który powiedział, że w 1989 r. od państw Europy Zachodniej dzieliły nas stulecia rozwoju cywilizacyjnego. A dziś rozwijamy się, że ho, ho! A może bardziej koko spoko? Jeśli naprawdę jest dobrze, to nie trzeba kampanii. A jeśli nie jest dobrze, to nie pomoże żadne hasło. Premierowi zaś przydałoby się trochę wiedzy o tym, jak to kiedyś było.

Wydanie: 30/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy