Wschód

Wschód

Niedawno zacząłem oglądać rosyjską telewizję. I uruchomiłem w sobie język, który tak lubię, a który zardzewiał mi przez lata. Jaki obraz wyłania się z rosyjskich mediów? Są programy społeczne wolne od propagandy, gdzie ludzie mówią ludzkim głosem. Te publicystyczne po zabiciu Niemcowa zdawały mi się dosyć przyzwoite, różne głosy, też przyjaciół zabitego. A nie zdemonizowałem aż tak Putina, by myśleć, że maczał w tym palce. Ale zaraz potem propagandowy film o miasteczku Debalcewe, zdobytym niedawno przez separatystów, a naprawdę przez rosyjską armię. Mieszkańcy, którzy wrócili do domów zmienionych w ruinę, wszyscy oczywiście sympatycy Rosji, mówią, jakby czytali z kartki, o zbrodniach dokonywanych przez Ukraińców, w tonie, jakim w Rosji mówi się o zbrodniach hitlerowskich. Tu wieje jakąś grozą i cuchnie kłamstwem. A ten monstrualny patos, kiedy się mówi w tych mediach o wojnie ojczyźnianej, odbija się czkawką, co było najgorsze w radzieckiej propagandzie. Wściekam się, kiedy tego słucham, a moja złość tym większa, że kiedyś uwierzyłem, że w Rosji zmienia się na lepsze. Uwierzyli też nasi politycy. Ale gdybyśmy z góry wiedzieli, dokąd to zmierza, jaka inna polityka była możliwa? Strategia dawania Rosji szansy była jedyną sensowną. Bez tego bylibyśmy teraz pewni, że sami wpędziliśmy ten kraj w to, na co właśnie choruje. I stąd taka trudność obecnej polityki wobec Wschodu. Źle za miękko, źle za mocno.

Jadę do C., niewielkiego miasteczka na Podlasiu, mam tam nocować w prywatnej kwaterze. Miasteczko jest za małe na hotel. Nazajutrz będę miał spotkanie z dziećmi ze szkoły. Kościół, rynek rozcięty trasą przelotową, traci więc walor miejsca spotkań. Zmrok, pada mokry śnieg, nie działa mój GPS, więc pytam o ulicę kobietę, która zamyka sklep i sprząta chodnik. „A do kogo pan jedzie?”, zaciekawia się. Z tego wnioskuję, że zna wszystkich mieszkańców. To pytanie wydało mi się nietaktowne, ale też zabawne.

Skromny domek i para 75-latków. Gościnni, a przy herbacie spowiadają się ze swojego życia. Ona ma 750 zł renty, a on 1500 zł emerytury – „po 40 latach pracy”, mówi ze złością. Był kolejarzem. Zjechał Polskę wzdłuż i wszerz, „to taka praca, sam pan rozumie” i pokazał na szyję: „Rozpiłem się. I do dzisiaj lubię”. Częstują mnie chlebem z szynką, a szynka dla nich to rarytas. Ale mają dwa telewizory. On mówi, że jak patrzy na naszych polityków, to tak klnie, jak nigdy by nie klął przy ludziach, bo wstyd by mu było. Ona najchętniej ogląda polskie seriale, przejmuje się nimi, jakby to było prawdziwe życie. Na ścianie Alpy szwajcarskie i Chrystus. Ani jednej książki. Ale wnuk studiuje matematykę w Warszawie. Córka pracuje w banku. Szczeble na tej drabinie wydają się bardzo odległe od siebie, ale młodzi dają sobie radę. Tak zanika prowincjonalność naszej prowincji. W sali kinowej spotkanie z szóstymi klasami i z pierwszymi gimnazjalnymi. Dziewczynka na wózku inwalidzkim, widać, że zintegrowana z klasą. Dużo ładnych buź, nie odróżnisz już dzieci miejskich od wiejskich. Zadają mi pytania, takich celnych nigdy nie słyszałem od dorosłych. Są też zabawne, chłopiec pyta: „Jak ma na imię pana żona?”. Mówię. Kiwa głową i stwierdza: „To bardzo dobrze”. Takie czasy, że oczywiste jest pytanie, ile zarabiam. Odpowiadam, że za mało. I ostrzegam dziewczynkę, która chce być pisarką. Rozmawiam potem z bibliotekarką. Tak, to już nowa generacja dzieci, przestają się różnić od miejskich. A permisywne wychowanie też zawładnęło naszą prowincją. Mówi, że na dobre i na złe. W bibliotece dzieci robią od razu dziki bałagan i żadna matka ich nie upomni, aby po sobie posprzątały. Wszystko z nimi się negocjuje, to one rządzą rodzicami. Myślę, że to chyba największa rewolucja we współczesnym świecie. Dzieci stały się pełnoprawnymi obywatelami, co umyka naszej uwadze, a to bardziej zmieni świat niż wiele innych rewolucji.

Jadąc potem w stronę Warszawy, wstępuję do kilku małych wiejskich sklepów. Wszędzie to samo. Przybywają męskie postacie, młodzi i starzy, wszyscy radośnie podnieceni. Kupują alkohol. To nadal plaga narodowa.

A na koniec trochę optymizmu. Na wsi u znajomej, która jest lekarzem rodzinnym. Ta mała przychodnia jest po remoncie i dobrze wygląda, sporo nowego sprzętu, większość badań można zrobić na miejscu. Lekarka ma w sumie 2750 pacjentów. I każdy z nich może w każdej chwili do niej zadzwonić. Nikt tego nie nadużywa, chociaż zdarzają się telefony o świcie lub późnym wieczorem (w mieście coś takiego jest nie do pomyślenia). Znajoma opowiada mi, jak się zmienił styl życia na wsi. Prosta statystyka wiele mówi: w tej niewielkiej wsi ponad sto osób ma lat 80. A wśród wszystkich pacjentów lekarki ponad 30 dobiło do dziewięćdziesiątki. Jest jedna stuczterolatka. Jak na dłoni widać, że wydłuża się nasze życie. Lekarz jako ważna postać w tym świecie, a też ksiądz, miły, mądry, lubiany, a nie zawsze tak było. Nikt tego raczej nie pokaże w telewizji, to żadna sensacja, a media szukają dramatu.

Wydanie: 11/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy