Korpouniwersytet i proletariat akademicki

Korpouniwersytet i proletariat akademicki

Pod koniec września przez media przebiła się informacja o odwołaniu przez władze Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego prezentacji rosyjskiego pisma „Wiestnik Jewropy”. Nikt pewnie by się nie zająknął na ten temat – bo przecież, jak pokazują polskie media i tzw. elity polityczne, w dobrym tonie jest być antyrosyjskim – gdyby nie głos jak zwykle odważnego i niezależnego w myśleniu prof. Karola Modzelewskiego. Jego autorytet i list otwarty opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” pozwoliły uratować honor Uniwersytetu Warszawskiego i odkręcić całą sprawę. Okazało się, że ani władze wydziału, ani władze całej uczelni nic nie wiedziały o decyzji zakazującej promocji rosyjskiego periodyku. Za wszystkim stał jakiś dyżurny funkcjonariusz polityczny, zwany profesorem, który zupełnie prywatnie, ale oficjalnie w imieniu całego wydziału zakazał inicjatywy, która jemu wydała się „związana z określoną opcją polityczną”. Prawdopodobnie on sam był związany z „określoną opcją polityczną” i już chciał się wykazać, czując w powietrzu stęchły zapach nadciągającej zmiany politycznej.

Właściwie nie byłoby o czym pisać, bo takich historii w skali kraju jest mnóstwo, podobnie jak klakierów i różnych uczelnianych Dyzmów, którzy ukrywają się za tytułem profesora. Opowiastka ta może być jednak symbolem głębszych procesów trawiących polskie uczelnie.

Przede wszystkim coraz większej prywaty pojedynczych osobników albo całych klik uczelnianych, które, nie licząc się z nikim ani z niczym, „w imieniu nauki” są w stanie zamienić publiczną uczelnię w prywatny folwark. Odbywa się to zazwyczaj w atmosferze powszechnego konformizmu, przybiera postać niemal feudalnego poddaństwa i skrywa prywatne rozgrywki za fasadą „uczelnianych” lub „ministerialnych” rozporządzeń.

Polski uniwersytet w czasach zalewu ideologii rynkowej i dyktatu rachunków ekonomicznych dość szybko przestawał być forum niezależnej debaty, stając się coraz bardziej fabryką, w której liczyły się tylko liczba wyprodukowanych magistrów, wielkość kolejnego naboru oraz umiejętność sprzedaży uczelnianego produktu. Komercjalizacja uczelni powodowała jednocześnie zmianę atmosfery na uniwersytecie i kompletnie odmieniała relacje międzyludzkie. Nie tylko wyszło z mody samodzielne myślenie, ale wręcz systemowo wprowadzono zachętę do konformizmu, lizusostwa i podporządkowania się oczekiwaniom bezpośredniego przełożonego.

Prof. Modzelewski trafnie określił ten system mianem „centralizmu biurokratyczno-liberalnego”. Liczy się w nim z jednej strony efekt rynkowy, a z drugiej lojalność wobec panującej biurokracji uczelnianej – i tyle. Jeżeli wszystko przelicza się na punkty i wyprodukowane „wskaźniki nauki” (liczba cytowań, liczba, a nie jakość artykułów, liczba grantów), banałem jest stwierdzenie, że zależy to w dużym stopniu od uczelnianych biurokratów, którzy mogą dać lojalnym pupilom dofinansowanie wydania książki lub zorganizowania konferencji, a osobom bardziej niezależnym odmówić takiego wsparcia. Te reguły gry są dość szybko przyswajane przez uczestników uczelnianego wyścigu. Jeżeli w obecnej logice technokratycznej ilość ma przechodzić w jakość, znika wszelka współpraca. Zamiast niej pojawiają się bezwzględna rywalizacja, nieufność, strach i konformizm wobec oczekiwań „uczelnianej władzy”.

Młodzi pracownicy po doktoracie zatrudnieni na trzyletni kontrakt zrobią wszystko dla uczelnianych feudałów, aby ci za trzy lata łaskawie przedłużyli z nimi umowę. Pracownicy przed habilitacją nie chcą się wychylać, aby nikt nie utrudnił im awansu naukowego. Ci, którzy jeszcze nie myślą o habilitacji, boją się, że stracą pracę właśnie z powodu jej braku. Każdy z nich odgrywa rolę robotnika uczelnianego – nie tylko w takim sensie, że dostaje niskie wynagrodzenie, ale również na skutek codziennego uczestnictwa w „kulturze korporacyjnej”.

Ostatnio jeden z pracowników Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego opowiadał mi o zakresie swoich obowiązków – musi dwa razy dziennie odbierać mejle, aby sprawdzić, czy nie otrzymał jakiegoś polecenia służbowego (np. przygotowania na piątek kolejnego sprawozdania, nowej wersji programu lub jakiegokolwiek innego wypełnionego formularza). Z dodatkowymi biurokratycznymi obowiązkami nie łączą się jednak żadne wynagrodzenia, a niewykonanie polecenia przesłanego w ten sposób może oznaczać „naruszenie obowiązków pracowniczych”.

Kiedy byłem na stypendium w Ruskin College w Oksfordzie, w pierwszym tygodniu pobytu zdziwiłem się, że nie mogę się spotkać z osobą, która formalnie mnie tam zapraszała. Dowiedziałem się, że jest na zwolnieniu lekarskim. Kiedy jednak po upływie kolejnych dwóch miesięcy tej osoby nadal nie było, zadałem w bardziej nieformalnej rozmowie z opiekunem naukowym pytanie o powody tej długiej absencji. Mój rozmówca wyjaśnił mi, że to nic poważnego – zwykłe leczenie psychiatryczne. Kiedy zobaczył moją zdziwioną minę, uspokoił mnie, że to nic szczególnego – twierdził, że ok. 30% pracowników naukowych w Wielkiej Brytanii z powodu wyczerpania i ostrej rywalizacji korzysta z pomocy psychiatrycznej.

Wtedy myślałem, że to chyba lekka przesada. Dziś, słuchając opinii znajomych z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego o tym, że jedna osoba ucieka na inną uczelnię, licząc naiwnie, że tam będzie lepiej, druga boi się iść następnego dnia na uczelnię, a trzecia będzie mieć kolejną nieprzespaną noc z powodu bólów żołądka, dochodzę do wniosku, że statystyki różnego rodzaju nerwic i neuroz wśród pracowników polskiej nauki są pewnie dużo wyższe niż te brytyjskie, o których opowiadano mi kiedyś.

Co więcej, ten uczelniany proletariat cierpi w pojedynkę i po cichu. Nie ma nawet siły upomnieć się swoje prawa. Z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że więcej godności, świadomości własnego położenia, a na pewno więcej solidarności prezentują pielęgniarki i górnicy niż pracownicy polskich uczelni. Nawet nauczyciele ze szkół niższego szczebla zorganizowani w ZNP skuteczniej potrafią upominać się o swoje prawa niż uczelniani wyrobnicy. Czas to zmienić, nauczyciele akademiccy bowiem nie tylko odpowiadają za kształt swojego środowiska, ale także ponoszą odpowiedzialność moralną i polityczną za to, co jest przekazywane studentom. Czy chcemy mieć kolejne pokolenie poddanych i biernych niewolników?

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy