Karaluch a sprawa polska

Karaluch a sprawa polska

W Sejmie poseł Patryk Jaki (ten od Ziobry) wręczył ministrowi Sławomirowi Nowakowi słoik ze znalezionym przez jego wyborców insektem, mówiąc, że jest to pluskwa. Show zepsuł mu jednak Stefan Niesiołowski (PO), stwierdzając, że to wcale nie pluskwa, tylko karaluch. Przy okazji nazwał posła Jakiego nieukiem. Wyjaśnił też wyższość karalucha nad pluskwą, która jest krwiopijcą, w dodatku tuczy się krwią ludzką! Karaluch zaś żywi się odpadami spożywczymi. Karaluch w pociągu to zatem nic złego, a w każdym razie nic groźnego. Wyborcy posła Jakiego mogą podróżować pociągami spokojnie. Tak czy owak happening posłowi Jakiemu się nie udał. Po prostu okazał się byle jaki. Od happeningów Sejm ma Palikota.
Tymczasem Leszek Miller po półtora roku walki wewnątrz obozu lewicy wykazał wyższość swoją i SLD nad Palikotem i jego Ruchem. Wyższość czterokrotną, miażdżącą! W ostatnich sondażach SLD ma aż 8%, Ruch Palikota zaledwie 2%. Wyższość SLD nad Ruchem Palikota porównywalna jest zatem do wyższości karalucha nad pluskwą. I ma w gruncie rzeczy takie samo znaczenie. Na lewicy na razie – zdaje się – nie wyrosła alternatywa dla POPiS. Dla porządku jedynie dodać wypada, że zgodnie z ostatnio obowiązującymi regułami polskiego dialogu SLD zarzuca Ruchowi Palikota, że wcale nie jest lewicowy, tylko liberalny. I tak zachowuje się łagodniej niż PiS. PiS zarzuca wszystkim przeciwnikom, że nie są prawdziwymi Polakami.
Episkopat Polski konsekwentnie wykazuje wyższość szóstego przykazania – „nie cudzołóż” i swoiście zinterpretowanego piątego – „nie zabijaj” (którego zakres rozciąga na zarodki) – nad pozostałymi. Ósme na przykład – „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” – chyba w ogóle wykluczył ze swojego nauczania. Gdyby przestrzeganiu tego przykazania poświęcił 5% tej energii, którą przeznacza na zwalczanie in vitro, a swoje przesłanie kierował głównie do tzw. katolickich mediów, życie w Polsce byłoby znośniejsze. Z Watykanu płynie orędzie miłości, a polski Episkopat zagrzewa do kolejnej wojny ideologicznej.
Obchody trzeciej rocznicy katastrofy smoleńskiej pokazały powiększający się zakres narodowej paranoi. Swego czasu Lech Kaczyński, jeszcze jako minister sprawiedliwości, zręcznie administrował strachem, torując drogę do politycznych sukcesów nowo utworzonej partii pod przewrotną nazwą Prawo i Sprawiedliwość. Teraz Jarosław Kaczyński zręcznie steruje smoleńską paranoją. Tu się pokaże, tam coś powie, tu podszczuje. Główną robotę wykonują jednak inni. Poseł Błaszczak czy posłanka Szydło o emocjach robota. Elokwentny, nie wiadomo z jakiego powodu radosny, cyniczny do szpiku kości Hofman. No i oczywiście na pierwszej linii zupełnie już oszalały superekspert od katastrof lotniczych, spisków i knowań obcych (zwłaszcza ruskich) specsłużb Antoni Macierewicz w otoczeniu pseudouczonych, o których dotąd nikt nie słyszał, a którzy nagle znaleźli okazję, by zaistnieć.
Do wszystkich dotąd wygadywanych bredni (sztuczna mgła, hel) dodaje wciąż nowe, nie odwołując nawet poprzednich, nie troszcząc się o to, że kolejne brednie są ewidentnie sprzeczne z głoszonymi jeszcze wczoraj. Przecież gawiedź tego nie analizuje! Wystarczy szum i powtarzane insynuacje, mniejsza o szczegóły. Gawiedź wie tylko, że był zamach, i utwierdza się w tym przekonaniu z każdym dniem. Coś, co – wydawać by się mogło – ograniczać będzie grono wyznawców Kaczyńskiego, liczebność sekty smoleńskiej, działa zupełnie odwrotnie. W sondażach PiS od Platformy dzielą już tylko dwa punkty. Rachuby, że PiS nie ma zdolności koalicyjnej, są naiwne. PSL do takiej koalicji chętnie się zapisze, jak zresztą do każdej. Jeśli Leszek Miller liczy na to, że Platforma z musu weźmie go do koalicji, to się myli. Część z Gowinem na czele nie pogodzi się z taką koalicją i, zbierając po drodze jakieś niedobitki PJN bądź ziobrystów, dołączy do PiS.
Źle to wszystko wróży. Przeciętny Polak osobiście w polityce nie uczestniczy. Przeciętny Polak sam sceny politycznej nie ogląda, bezpośrednio z politykami nie dyskutuje. Czasy demokracji bezpośredniej skończyły się jeszcze w starożytności. Przeciętny Polak widzi Polskę i politykę taką, jaką pokażą mu media. Telewizja głównie, a także tabloidy, które czyta najchętniej, bo są tanie, teksty mają kilkunastolinijkowe, tak że ich lektura nie wymaga zbytniego wysiłku, a wszystko okraszone jest sensacyjną plotką, drastycznym zdjęciem na pierwszej stronie, a erotycznym na ostatniej. Wielka tu rola i – nie bójmy się tego słowa – misja mediów publicznych.
Tymczasem nasze media, z publicznymi włącznie, zgłupiały ostatecznie. Brednie Macierewicza i raport komisji Millera czy ustalenia śledztwa serwują z identyczną powagą. Brednie są podniecające, ekscytują sensacją, raport czy ustalenia śledztwa z natury rzeczy są nudne. Szczytem głupoty było pokazanie w telewizji publicznej filmu specjalistki od „Misji specjalnej” czasu IV RP, Anity Gargas, o katastrofie smoleńskiej. Ten propagandowy, tendencyjny pod każdym względem film, wspierający i nobilitujący wszystkie wypowiedziane brednie o katastrofie, zbierający je w jedną całość i wzmacniający siłą telewizyjnego przekazu, wyemitowany został – jak tłumaczono – w imię zasady bezstronnego pluralizmu, bo dla równowagi wyemitowano też inny film, produkcji National Geographic. Przy tak pojętym pluralizmie w szkołach powinno się dzieci uczyć równocześnie, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca i że jest płaska, a Słońce krąży wokół niej. Niech sobie wybiorą. Na uniwersytetach powinno się wykładać astronomię i historyjki o ufoludkach, obok nauk o człowieku – nauki o krasnoludkach, obok fizyki – opowieści o możliwościach Harry’ego Pottera.
Niech sobie studenci wybiorą, co ich bardziej przekonuje. Czy wolą karalucha czy pluskwę. Jak pluralizm, to pluralizm. Bezstronny pluralizm. I obiektywny idiotyzm. Groźny idiotyzm.

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy