Nadchodzi rok 2013

Nadchodzi rok 2013

Koniec świata nie nastąpił – gra toczy się dalej i wszystko jest możliwe. Rok 2013, choć w Polsce niewyborczy, może być okresem bardzo burzliwym w sferze społeczno-politycznej. PSL pod nowym przywództwem albo nabierze dynamizmu, albo pojawi się całkiem realna możliwość wypadnięcia ludowców z parlamentarnej ligi ogólnokrajowej. PiS, coraz bardziej zamknięte w wąskim kręgu trotylowo-smoleńskim, nuży staniem na straży świętej prawdy i jest do przyjęcia już tylko dla twardych wyznawców teorii spiskowych. PO trwa napędzana przede wszystkim paliwem antypisowskim, ale ta stabilizacja opiera się na bardzo kruchych podstawach. Większa fala kryzysu gospodarczego i rosnącego wciąż bezrobocia może pozbawić PO kolejnych 10% poparcia w sondażach. A wtedy może się wydarzyć wszystko: podziały wewnętrzne, kłótnie, szykowanie politycznych szalup ratunkowych itd.
Nadchodzący rok powinien być czasem dla lewicy. Konieczne są jednak większa energia, trochę świeżych pomysłów i trwała obecność z własnym językiem w debacie publicznej. Punktów zaczepienia jest sporo. Jak można przeczytać w zestawieniach statystycznych, przez minioną dekadę Polska wzbogaciła się o ponad 40%. Tyle że płace Polaków nie rosną, a ceny jak najbardziej idą w górę. Kiedy jeszcze rośnie inflacja, nasze realne zarobki maleją.
W ostatnich latach ciągle wzrasta odsetek osób żyjących w skrajnym ubóstwie (ok. 7% społeczeństwa). Poniżej tzw. relatywnej granicy ubóstwa (poniżej 50% średnich wydatków gospodarstw domowych) w Polsce znajduje się niemal co piąta osoba. Z drugiej strony mamy nieliczną grupę bardzo bogatych – ok. 40 tys. milionerów (dysponujących co najmniej milionem dolarów) i tylko 750 tys. osób zarabiających co miesiąc powyżej 7 tys. zł brutto. Bieguny bogactwa i biedy to w polskich warunkach coraz odleglejsze światy. Coraz częściej mogą zobaczyć siebie nawzajem tylko w telewizji. Na żywo kontakt staje się już praktycznie niemożliwy.
Temat biedy, rozwarstwienia i nierówności społecznych wymaga wciąż komentarzy i rozstrzygnięć politycznych. Prawica go nie rozwiąże, bo ma inne pilne sprawy do załatwienia. Tam ciągle chodzi albo o „prawdę historyczną”, albo o obronę jedynego właściwego modelu moralności. Wszystko to jednak jest podszyte fałszem i hipokryzją. Kiedy zwolennicy prawicy w imię walki o życie gardłują na temat praw poczętych zygot, jednocześnie ochoczo popierają karę śmierci. Blokując kobietom prawo do aborcji, z pewnością nie mieliby nic przeciwko aborcji w kręgach feministek, komunistów czy różnej maści eurolewaków.
Podobnie sprawy się mają z polityką prorodzinną prawicy i Kościoła. Umiłowanie twardych więzi małżeńskich i tradycyjnej rodziny idzie w parze z gniewem i oporem wobec chęci zakładania rodzin przez gejów czy lesbijki. Nawet jeśli chcą żyć w trwałych związkach małżeńskich, prawica nakazuje im pozostać w świecie rozpusty i luźnych związków.
Identyczna sprzeczność powstaje, kiedy hierarchowie kościelni i wykonawcy ich politycznych poleceń biadolą na temat małej liczby dzieci rodzących się w Polsce, ale jednocześnie blokują, jak tylko mogą, najskuteczniejszą metodę walki z niepłodnością, jaką pozostaje in vitro. Logika kościelna mimo zmieniających się czasów wciąż bliższa jest dogmatom niż racjonalnemu myśleniu.
Ale ten kościelno-prawicowy relatywizm moralny nie powinien dziwić, kiedy na pasterce abp Michalik gardłuje o wielkim kłamstwie, „które przejęliśmy z Unii Europejskiej, przyjmując tę ustawę o przemocy, że kultura, tradycja, religia rodzi przemoc. Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu Ewangelia mówi o przemocy. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania”. No właśnie, to jest dopiero dramat zakłamywania, księże arcybiskupie, kiedy instytucje i parafie kościelne wyciągają olbrzymie dotacje z Unii Europejskiej, a później mówią coś o kłamstwie z UE.
Na miejscu abp. Michalika – patrząc na historię Kościoła – też raczej zamilkłbym w sprawie związków z przemocą. Jednak Kościół w Polsce nie potrafi skorzystać z szansy milczenia, gdy wypadałoby okazać nieco pokory, zamiast używać propagandowego języka. Ta strategia prowadzić będzie tylko do kolejnego roku spadków notowań Kościoła u kurczącej się grupy wyznawców. Okazuje się, że najbardziej antyklerykalną siłą w Polsce postanowił zostać sam Kościół.
Tak czy siak czeka nas ciekawy rok. Pozostaje życzyć wszystkim zachowania zdrowego rozsądku, dystansu wobec oficjalnych prawd i komunikatów oraz dużo zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, co w Polsce jest wartością bezcenną.

Wydanie: 1/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy