Faceci do luftu

TELEDELIRKA

W odróżnieniu od człowieka bezprzymiotnikowego, z określeniem którego są trudności, szary człowiek jest dobrze zdefiniowany jako byt przeciętny, potrzebny do badań różnym pracowniom socjologicznym. Chodzi o to, żeby można było ustalić, czego ów byt pragnie. Dane te, raz na parę lat potrzebne są kandydatom na prezydentów, jak również parlamentarzystów. Gdy już wiadomo, czego szarzy ludzie chcą, kandydat taki może napisać przemówienie i obiecać szaremu człowiekowi pracę i chleb, lub jeśli jest charyzmatycznym przywódcą związkowym, kiełbasę i wolne soboty, a może i poniedziałki. Kandydat musi jedynie znać adres, to znaczy wiedzieć, do kogo mówi. Ten sam kandydat może obiecywać rzeczy sprzeczne, paradoks jest bowiem duszą polityki. Jeśli adresatem jest rolnik, obiecuje się mu kredyt od razu umorzony i awansem odszkodowanie za szkody, które mogą nastąpić. Nie ma przecież roku, by nie spotkała nas plaga. Powódź, susza, czy też nadmierne nawilżenie organizmu. Jeśli kandydat przytruwa, do przerażonych przestępczością szaraczków wali prosto z mostu, że przywróci karę śmierci, wprowadzi obozy pracy o zaostrzonym rygorze, gdzie urodzony w niedzielę niebieski ptak będzie żywiony chlebem i wodą, oraz przykuty łańcuchem do ciężkiej żelaznej kuli. Jak widzimy, spełni się tu jednocześnie postulat pracy i chleba.
Jeśli mówi do głęboko wierzących w spiski mędrców Syjonu, którzy mają do dyspozycji polskojęzyczne gazety (pewien biskup oburzony na reklamę zażądał przeprosin od “polskojęzycznej gazety”, a Gazeta tłumaczyła mu grzecznie, jak komu dobremu, że to nie ona odpowiada, że nie ona jest autorką tej raniącej uczucia cierniem reklamy, zamiast napisać: to ksiądz biskup rani moje uczucia określeniem “polskojęzyczna”), obieca, że w jego rządzie nie będzie nikogo o krwi obcej, tylko nasze krwinki, białe i czerwone. Jak flaga.
Jeśli kandydat zwraca się do szarego człowieka, który jest kobietą, nic nie musi mu obiecywać, bo problemy kobiet marginalne są. Tako rzecze Kropiwnicki, a sekunduje mu Luft, rzecznik rządku malutkiego, mówiąc, że problemy owe są trzeciorzędne. Jakże to tak można marginalnym problem maltretowania nazwać, panie ekonomisto Kropiwnicki, jeżeli do uczenia moresu trzeba kupować pasy, łańcuchy, sznury, noże, siekiery? Przecież to gospodarkę nakręca, ożywia przemysł. Obaj zapomnieli, że u nas też mają kobiety prawo wyborcze, i mogą w wyborach gest Kozakiewicza pokazać.
Kazimierz Ślęczka w książce FEMINIZM przytacza mało znany fakt globalny: “W 1989 kobiety stanowiące połowę ludzkości wykonały około 66% całej, mierzonej czasem, pracy na świecie, ale otrzymały tylko 10% wytworzonego dochodu i posiadały poniżej 1% własności”. Wynika z tego, że kobieta wciąż daje się wydymać, w sensie dosłownym i przenośnym, a faceci do luftu, nie muszą się nią przejmować.
Dlaczego jednak nikt nie pomyślał o nowej znaczącej grupie społecznej, na której można się oprzeć? Przecież ilość osadzonych pod celą wzrosła do tego stopnia, że więzienia pękają w szwach. Głosy siedzących mogą się liczyć. Kandydat, jeśli jest cwany, postawi na grupy nieźle zorganizowane. Wtedy powinien obiecać kiblującym szynkę zamiast salcesonu, telewizor czynny całą dobę oraz obowiązkowe wizyty dam w celach. Oczywiście w celach resocjalizacyjnych. Spełnienie tych postulatów będzie s t o s u n k o w o najłatwiejsze. A za to, z każdego napadu na konwój, z każdej wyrwanej torebki mały procent szedłby na kiełbasę wyborczą. Środki na kampanię byłyby też zbierane na ulicach pod nośnym hasłem: “kup pan (i) cegiełkę! ”.

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy