Fałszywe nazwy ulic

Fałszywe nazwy ulic

Paweł Jasienica krytykował kiedyś nagminną w latach powojennych praktykę zmiany nazw ulic i jego argumentacja podobała się wówczas. Nowa władza zastępowała dawnych patronów nazwiskami swoich bohaterów, nie czekając, aż zostaną zbudowane nowe ulice, które zgodnie z prawem zwyczajowym mogłaby oznaczyć własnymi symbolami. Jasienica argumentował, że stare nazwy ulic są znakami przebyłych doświadczeń historycznych i stanowią swego rodzaju biografię miasta. Zmiana nazw jest fałszowaniem życiorysu miasta. Ideałem byłoby, aby nazwy raz nadane przez prawomocną uchwałę albo zwyczaj pozostały na zawsze. W praktyce od tej zasady trzeba czasem wyjątkowo odstąpić, ale należy mieć mocne, oczywiste uzasadnienie. Partia, która doszła do władzy i zmienia nazwy placów i ulic dlatego, że ich dotychczasowi patroni byli jej wrodzy lub ona im, że reprezentowali potępianą teraz ideologię lub religię, lub dlatego, że pilno jej uczcić swoje bożyszcza i musi zrobić dla nich miejsce, postępuje po barbarzyńsku. Jeżeli partia rządząca nie mogła ścierpieć ulicy Piłsudskiego, wolno jej było wrócić do nazwy poprzedniej, która obowiązywała przez sto lat, a przez barbarzyńców poprzedniej generacji została wymazana z biografii miasta. Zastępowanie natomiast Piłsudskiego Manifestem Lipcowym, Nowotką czy Marchlewskim było aktem tyranii wywartej na zbiorowej pamięci. Nie należało władzy komunistycznej przyznawać tyle uprawnień, ile ona sobie przyznawała, ale nie można jej odmówić tego, co przysługuje każdej władzy. Miała prawo oznaczać nazwiskiem Nowotki, Świerczewskiego czy Róży Luksemburg ulice zbudowane pod swoimi rządami. I te ulice nadal tak powinny się nazywać. Powinni to zrozumieć zwłaszcza ci, co bezustannie prawią o potrzebie narodowej pamięci. Według narzucanej społeczeństwu już od piętnastu lat propagandy, Pamięć pisana dużą literą jest zawarta w tajnych kartotekach, skąd trzeba ją wyjąć i ogłosić jako Prawdę, która „nas wyzwoli”. Mniejsza o wyzwolenie, skupmy się na pamięci. Czy nazwy ulic i placów nie służą lepiej pamięci narodowej niż tajne kartoteki, czy nie są pewniejszym zapisem tego, co było? I zapisem rzeczy ważniejszych? Kto fałszuje nazwy ulic, zmieniając je odpowiednio do koniunktury politycznej, dopuszcza się fałszerstwa, które z punktu widzenia pamięci narodowej jest czymś gorszym niż spalenie jakichś papierów urzędowych przeważnie fałszywych w treści. „Solidarność” ma prawo, a może nawet pewnego rodzaju obowiązek upamiętnić się w miastach swoimi symbolami. Powstają nowe osiedla, place i ulice, niech je nazywa po swojemu ku pamięci potomnych. Niech upamiętnia swój czas, a nie fałszuje przeszłości, wpisując się w miejsce po wyrugowanym Świerczewskim. Kościół buduje nowe olbrzymie centra religijne dla upamiętnienia polskiego papieża i to jest właściwe postępowanie. Natomiast chrzczenie imieniem Jana Pawła II ulic dawno zbudowanych i mających już swoje prawowicie dobrane nazwy jest zacieraniem pamięci narodowej. Powstaną dzielnice może okazalsze niż te, jakie mieliśmy do tej pory, i będą one godniejsze nazwy papieża. Chwilę cierpliwości, nie spieszyć się, bo co nagle, to po diable.
W Nowej Hucie toczy się spór o to, czy wolno i czy należy nazwać plac imieniem robotnika, który przodował w murowaniu pierwszych domów tego miasta i był w swoim czasie z tego powodu sławny. Rada dzielnicy odrzuciła wniosek, pisząc w uchwale, że są inni „bardziej zasłużeni w rozwoju kultury i sztuki”, a na patronów ulic nie nadają się „osoby, które działały w ZMP i układały największą liczbę cegieł na murach”. Ów murarz nie pretendował do zasług w dziedzinie kultury i sztuki, ale i radni nie o tym myśleli. W ich oczach zawinił przynależnością do Związku Młodzieży Polskiej, a zwłaszcza tym, że podpadał pod kategorię przodownika pracy. Jednym słowem, źle się kojarzy ludziom wychowanym w kulcie strajkowania i dysydencji. W porównaniu z tymi wzniosłymi czynami budowanie domów należy do zajęć prostackich. Poza tym radni nowohuccy zostali już przez propagandę Trzeciej Rzeczypospolitej doprowadzeni do takiej aberracji, że Nową Hutę uważają za twór narzucony Polsce przez Ruskich. Jest to małopolska odmiana tego zgłupienia, które wśród samorządowców pomorskich przejawia się w uchwałach potępiających Armię Radziecką za to, że zburzyła im ich Starogardy, Białogardy, Kołobrzegi i inne calutkie od czasów piastowskich polskie miasta. Nieustanne bicie w bębny Pamięci Narodowej daje efekty. Radni nowohuccy, a razem z nimi część mieszkańców tego „narzuconego Polsce przez Ruskich” miasta już nie wie, skąd i z jakich warunków przybyli ich ojcowie i dziadkowie, z jakiej nędzy, z jakiego brudu i z jakiego poniżenia. Nie obejmują wyobraźnią kosztów społecznych i materialnych, jakie trzeba było ponieść, aby umieścić ich w warunkach cywilizacyjnych, które wcale nie są gorsze od tego, co dają najnowsze dzielnice. (Nawiasem mówiąc, najstarsze dzielnice Nowej Huty cieszę się wzrastającym uznaniem architektów).
Nowa Huta została zbudowana siłami chłopskimi i w przeważającej części zasiedlona uchodźcami z małopolskich chałup. Ich dzieci i wnuki nie mają świadomości genealogicznej, a w każdym razie nie ma ona wpływu na ich poglądy społeczne. Prawicowi działacze oraz księża pomieszali im w głowach do tego stopnia, że nie wiedzą już, kim są oni sami i skąd się wzięło ich miasto. Przenieśli w wyobraźni Nową Hutę w kontekst zimnej wojny, w wymiar antagonizmu Wschód-Zachód. Najstarszemu placowi nadali imię Ronalda Reagana, konserwatywnego prezydenta USA, który według miejscowych samorządowców, wyzwolił Nową Hutę od komunizmu.

 

Wydanie: 44/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy