Dyktatura szarości

Dyktatura szarości

W latach 90. Adam Michnik zatytułował jeden ze swoich esejów stwierdzeniem „Szare jest piękne”. I choć rozumiem ówczesne intencje autora, który chciał unikać skrajności i wyrazistych barw politycznych, opowiadając się za politycznym środkiem, to dziś, 20 lat po zmianie systemowej mamy problem właśnie z szarością.
Patrząc na pstrokate reklamy, kiczowate biurowce i hipermarkety oraz na wielobarwne wystawy sklepowe, można mieć wrażenie, że szarość zanika. Otóż nie. W polskim życiu społecznym szarość dominuje i nie dopuszcza do głosu jakichkolwiek przejawów świeżości i odmienności. Żenujący poziom debat publicznych w Polsce gwarantuje m.in. uniwersalna reguła, która obowiązuje w kraju nad Wisłą we wszystkich najważniejszych sferach życia – w polityce, w nauce, w świecie mediów, w większości miejsc pracy itd. Ta zasada brzmi: lepiej się nie wyróżniać – przeciętniactwo, szarość i bylejakość są bardziej cenione. Ludzie nijacy i mdli mają szanse szybciej awansować w Polsce niż ci, którzy są zbyt niezależni, oryginalni, odważni w myśleniu i w działaniu.
Na straży tej zasady stoją szefowie i funkcjonariusze różnych instytucji – szefowie firm, dyrektorzy rozmaitych urzędów, słabi liderzy lokalnych koterii politycznych. A także duża część konformistycznie nastawionego społeczeństwa. Nowe i niezależne ich przeraża. Różnorodność i wielość kolorów jest podejrzana. Lepiej trzymać się sprawdzonych schematów i kierować nieudacznikami, niż konkurować z jednostkami potrafiącymi zachować własną autonomię. Te zasady obowiązują również w polskiej polityce.
Ilustracją tych mechanizmów mogą być ostatnie roszady personalne w największych partiach politycznych. W PiS Joanna Kluzik-Rostkowska, która w czasie kampanii prezydenckiej pokazała sprawność organizacyjną i wzbudziła sympatię nawet wśród przeciwników politycznych, po wyborach prezydenckich kompletnie zniknęła. Nie otrzymała żadnego awansu w swoim środowisku partyjnym. Stała się zbyt samodzielna i za bardzo rozpoznawalna. Podobny los spotkał Pawła Poncyljusza. Za to wicemarszałkiem Sejmu z ramienia PiS został Marek Kuchciński – człowiek o aparycji i zachowaniu gminnego urzędnika. Wiceprezesem PiS została natomiast nikomu nieznana Beata Szydło.
Podobnie jednak dzieje się w Platformie Obywatelskiej. Szefem jej klubu parlamentarnego został Tomasz Tomczykiewicz – człowiek, którego główną zaletą jest kiepska rozpoznawalność, brak jakiejkolwiek charyzmy i przekonanie zwalczających się w obrębie PO frakcji o braku zagrożenia z jego strony. Za to Janusz Palikot, którego kierownictwo Platformy nie może kontrolować, wzbudzający emocje i przynoszący PO wiele głosów poparcia, z pewnością nie ma szans na obecność we władzach krajowych PO.
Na poziomie lokalnym i regionalnym sprawa wygląda generalnie jeszcze gorzej. Z tego m.in. powodu w wielu miejscach największe partie polityczne mają problem ze znalezieniem odpowiednich ludzi jako kandydatów na burmistrzów, prezydentów czy wójtów. Jeśli przez lata nie pracuje się nad rozwojem własnego zaplecza i promocją nowych ludzi, a wszelką potencjalną konkurencję dusi się w zarodku, to później mamy polską politykę na poziomie polskiej piłki nożnej. Tu i tam brakuje indywidualności i dominuje przeciętniactwo wymieszane z amatorszczyzną.
Dobrze byłoby, aby odmienna selekcja kadrowa występowała w środowiskach polskiej lewicy. Najbliższe wybory samorządowe i tworzenie list wyborczych będą sprawdzianem, czy SLD zamknie się w swojej twierdzy wśród własnego aparatu partyjnego, czy też otworzy się na bardziej barwne środowiska. Czy zwyciężą zasiedziali, nieprzyciągający nowych sympatyków, ale za to w pełni przewidywalni ludzie bez wizji, czy też będzie szansa na pokazanie bardziej społecznej, oddolnej i niezależnej twarzy lewicy. Tylko ten drugi sposób może zbudować pomosty do środowisk ruchów społecznych (zieloni, ruchy kobiece, związkowcy), lokalnych inicjatyw obywatelskich (kampanie rowerzystów, twórcy niezależnej kultury, środowiska antyrasistowskie) czy kręgów opiniotwórczych (środowiska akademickie, wielkomiejska inteligencja, przedstawiciele lokalnych mediów). Także dotarcie w Polsce do tradycyjnego na świecie zaplecza lewicy (środowiska pracownicze, młodzież, klasy niższe) może się udać tylko poprzez postawienie na osoby, które nie kojarzą się z nudną polityką zamkniętą w grach gabinetowych.
Jeśli ten test wypadnie źle dla lewicy, to przyciągnięcie młodzieży i nowych ludzi, które miało miejsce w czasie kampanii prezydenckiej Grzegorza Napieralskiego, okaże się jednorazowym wyskokiem. A wtedy można czekać już tylko na kolejne klęski i dalsze wyciąganie ludzi lewicy przez konkurencję polityczną. Jeśli jednak serio myśli się o zmianie Polski i przerwaniu monopolu dwóch prawicowych partii na życie publiczne, trzeba nie tylko mówić własnym głosem, lecz także działać w innym stylu. I dlatego z powodów jak najbardziej pragmatycznych czas zakończyć negatywną selekcję i obstawianie się wygodnymi nieudacznikami.
Świata nie zmieniają nudni urzędnicy, konformiści i asekuranci bojący się własnego cienia i z drżeniem spoglądający na ludzi, którzy mówią nowe rzeczy. Do przyciągnięcia i przekonania szerokich kręgów społecznych potrzebni są wizjonerzy i ci, którzy – używając określenia Manuela Castellsa – potrafią tworzyć tożsamość oporu wobec obecnej logiki polityki i ekonomii.
Lewica dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje świeżego oddechu. Szczególnie w tak konserwatywnym kraju jak Polska, która pozostaje wciąż w cieniu krzyża i dogmatycznej wiary w niezawodność niewidzialnej ręki rynku. Szarość szkodzi i Polsce, i lewicy.

Wydanie: 34/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy