Dwie miary

Dwie miary

W uzasadnieniu prezydenckiego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, gdzie argumentów prawniczych mało (bo i skąd je wziąć?), za to politycznych dużo, możemy przeczytać: „Często powtarza się, że w Sądzie Najwyższym przeprowadzona została dekomunizacja i nie zasiadają tam osoby, które angażowały się w działalność PZPR. Tymczasem okazuje się, że istotnie, doszło po roku 1989 do dekomunizacji Sądu Najwyższego, ale niestety osoby, które były związane z PZPR, zostały powołane do pełnienia zaszczytnego urzędu Sędziego Sądu Najwyższego już w wolnej Polsce. Wśród osób tych jest osoba, która w czasie stanu wojennego była nie tylko aktywnym działaczem PZPR (jak poseł Piotrowicz, chciałoby się dodać – J.W.) czy też osoba, która pełniła w przeszłości funkcję I sekretarza POP w sądzie”.

No to cel ustawy jest jasny. Trzeba usunąć z Sądu Najwyższego co najmniej dwie osoby. Jest jeszcze problem z prof. Małgorzatą Gersdorf. Co prawda, nie wykryto jej członkostwa w PZPR (do której należało swego czasu 2,5 mln Polaków), ale prawicowe media wykryły jej członkostwo w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. Nie jest jasne, czy przynależność do SZSP spełnia wskazane w uzasadnieniu kryterium „związania z PZPR”, czy nie. Problem jest jednak taki, że nominację na sędziego Sądu Najwyższego wręczył jej… prezydent Lech Kaczyński. Kto nie wierzy, niech sprawdzi w Monitorze Polskim z 15 lipca 2008 (MP 2008, Nr 55, poz. 492).

Dla porządku należy przypomnieć, że sędziowie Sądu Najwyższego, jak wszyscy sędziowie, przechodzili obowiązkową lustrację.

Z jakichś względów to, co tak razi pana prezydenta w Sądzie Najwyższym, że aż musi zmieniać ustawę, nie razi go w sejmowej Komisji Sprawiedliwości, która właśnie „uzdrawia” nam wymiar sprawiedliwości. Przewodniczący tej komisji, poseł Piotrowicz, był w stanie wojennym nie tylko czynnym prokuratorem, ale nadto w tejże prokuraturze aktywistą partyjnym, co dzięki TVN 24 jest już faktem powszechnie znanym.

Co tam w Sejmie szukać. Panu prezydentowi nie przeszkadza, że jeden z jego bliskich współpracowników, darzony chyba szczególnym zaufaniem, bo wysyłany w imieniu pana prezydenta do programów telewizyjnych, w PRL związany był z komunistycznym ruchem studenckim, a na początku lat 80. swoje nadzieje wiązał nie z Solidarnością, ale ze zreformowaną PZPR. Jest współautorem manifestu programowego z 1980 r. „Ostatnia szansa PZPR”.

Pisał kiedyś Miłosz: „jest ONR-u spadkobiercą partia”. Czyżby historia zatoczyła koło i teraz jest PZPR-u spadkobiercą… partia obecnie rządząca? Zanim ów doradca stał się aktywnym antykomunistą, zdążył też obronić doktorat na temat „Problem stosowania teorii materializmu historycznego we współczesnej historiografii polskiej”, a w stanie wojennym opublikował artykuł „O obiektywnej funkcji społecznej ruchu robotniczego i ideologii marksistowskiej w XIX wieku”. Czytelnikom młodszego pokolenia, mniej biegłym w marksizmie, wyjaśnię, co to takiego materializm historyczny. Otóż jest to marksistowska teoria będąca zastosowaniem materializmu dialektycznego w historii i naukach społecznych. Taki marksistowski kaganiec na humanistykę.

Może by tak wydać „Dzieła wybrane” tego uczonego męża, a sam pan prezydent objąłby patronat nad tym wydawnictwem?

Osobiście uważam, że nonsensem jest grzebanie ludziom w życiorysach i wyszukiwanie tam faktów sprzed ponad 30 lat. Także ściganie i piętnowanie za to, co ktoś robił czy tylko deklarował, że zrobi, w zupełnie innym systemie, w zupełnie innych okolicznościach, dziś może nawet trudno zrozumiałych. Nie znając przy tym ani jego motywacji, ani intencji.

W polskim systemie prawnym nawet zbrodnia zabójstwa przedawnia się po 30 latach. Czy można dziś ponosić negatywne konsekwencje własnych postaw sprzed tego okresu? Przecież przynależność do PZPR nie była przestępstwem, a sama partia nigdy nie była uznana za organizację zbrodniczą. Ludzie zapisywali się do niej z najrozmaitszych powodów. Niektórzy ze względów ideowych, niektórzy dla kariery, niektórzy, bo chcieli mieć jakiś pozytywny wpływ na to, co się dzieje w kraju.

Jeśli jednak przynależność do PZPR (rozwiązanej w 1989 r.) dziś może szkodzić sędziom Sądu Najwyższego, to dlaczego nie szkodzi tym, którzy do PZPR także należeli i gorliwie umacniali komunizm w Polsce, jak wspomniane dwie figury? Których dzisiejszy antykomunizm i groteskowy jest, i obrzydliwy. Takie jawne stosowanie dwóch miar jest cyniczne i moralnie paskudne.

Wydanie: 49/2017

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy