Uczeni wielkiego formatu

ZAPISKI POLITYCZNE

Polska Ludowa, wyklinana przez różnych głupków na wszelkie sposoby i sprawiedliwie rozliczana przez ludzi mądrych z jej wad i zalet, zostawiła nam – wśród innych – jeden potężny spadek: olbrzymie grono uczonych wielkiego formatu. Sprawdzam to teraz na sobie, krajany co kilka tygodni na plasterki i potem zszywany starannie i tak dokładnie, iż udaje mi się nie przerywać pisania do „Przeglądu”. Pomiędzy operacjami ratującymi moje życie trafiają się okienka wolne od bólu i przymusowej nieruchawości, przeto piszę. W chwilach podejmowania poważniejszej refleksji zdumiewa mnie, jak to się dzieje, że tak katastrofalne, w wielu miejscach służby zdrowia, objawy rozpadu jakby wcale nie dotknęły tych szpitali, gdzie mnie kurują już ponad rok.
Jestem przekonany, iż to zastanawiające zjawisko jest dziełem wybitnych, uczonych lekarzy. Poznałem bliżej jako pacjent wpierw Instytut Kardiologii w Aninie, gdzie troszczono się o mnie w klinice profesora Andrzeja Januszewicza. Później w Szpitalu Kolejowym w Międzylesiu uratowano mi życie – w dość beznadziejnej sytuacji – w Klinice Chirurgii profesora Józefa Schiera i teraz znowu wyciągają mnie z katastrofy zdrowotnej w tymże szpitalu, w Klinice Urologii profesora Andrzeja Borówki.
Uczeni ci stworzyli warsztaty naukowo-dydaktyczno-lecznicze na wysokim poziomie światowym. Uczą tu młodych lekarzy na wielkiej klasy speców od samego leczenia, a jednocześnie formują osobowości ludzi zasługujących na szacunek i zaufanie pacjentów. Podobne zalety ma pracujący w tych klinikach personel pielęgniarski. Krótko mówiąc, to uczelnie i lecznice dla ludzi. Sądzę również, że inne kliniki w tych szpitalach są na takim samym poziomie umiejętności leczenia i kultury obchodzenia się z pacjentem. Wolałbym jednak osobiście tego nie sprawdzać, nawet gdyby mnie żarła ambicja porządnego informowania o tym czytelników „Przeglądu”.
Ktoś mi powie, że są przecież w Polsce także złe szpitale i lekarze tacy sobie. To prawda, ale ja tu nie piszę o medycynie w ogóle, lecz o pracy i dziełach uczonych wielkiego formatu. Gdyby tak dobrze działo się tylko w dziedzinie medycyny, można by wyjaśnić to wyjątkowym szczęściem, niwelującym reformatorskie błędy administracji rządowej, ale w każdej znanej mi jako tako dziedzinie Polska Ludowa pozostawiła po sobie potężną kadrę fachowców najwyższej klasy.
Nawet w dziedzinie historii, najbardziej narażonej na zabójcze konsekwencje panowania jedynie słusznej nauki marksistowskiej (lub pseudo), możemy się poszczycić wspaniałym pocztem autorów książek cennych naukowo i pożytecznych dydaktycznie. Oczywiście, w historii i gdzie indziej trafiają się gnioty i kłamstwa, ale czyż tak dzieje się tylko u nas?
Idźmy dalej: są wśród nas lub już odeszli „na wieczne łowy” wspaniali socjologowie, wielcy fizycy, sławni na świecie matematycy, biolodzy, lingwiści, archeolodzy, astronomowie – pamięci mi nie starcza na wyliczenie wszystkich, którzy na to zasługują. Nasi uczeni pracują w kraju, a także po uczelniach całego świata i wszędzie zbierają laury. Mamy ponadto literatów uhonorowanych Nagrodą Nobla i do niej zgłaszanych, jest wielka twórczość filmowa i olśniewająco piękna muzyka; tworzą wielcy malarze, rzeźbiarze i wreszcie działa i tworzy światowej klasy teatr.
Pewnie jakąś dziedzinę pominąłem, lecz w szpitalnych pokojach trudno o pomoce encyklopedyczne, więc mogą się w tej laudacji trafić błędy i opuszczenia.
Jedno jest pewne. Uczeni polscy wielkiego formatu zbudowali potężny i solidny gmach nauki polskiej mimo istnienia szkodliwych nacisków politycznych i chronicznego braku pieniędzy. Piszę to wszystko tak entuzjastycznie, by obywatele naszego kraju, umęczeni własnymi kłopotami materialnymi i bełkotliwym, nieustającym trajkotaniem o sukcesach władzy, przestali dostrzegać przede wszystkim nędzę i strach III Rzeczypospolitej, a zaczęli podziwiać jej wielkość i zdolność rozwoju nawet w bardzo trudnych warunkach.
I jeszcze jedno, równie istotne uzasadnienie tej laudacji nauki i uczonych wielkiego formatu. Wszystko, co tak pięknie i mądrze służy ludziom, nie mogło powstać w tej kretyńskiej „czarnej dziurze”, którą się tak zachłystuje polska prawica. Wielkich zespołów naukowo-badawczych i leczniczych nie tworzy się na głos gwizdka, na rozkaz, aby zaspokoić czyjeś ambicje, czy udowadniać pozorne sukcesy. Potrzeba na to wielu lat rozwoju myśli, techniki badawczej i bazy materialnej. Im bardziej nam tej bazy brakowało, z tym większym uznaniem musimy podziwiać pracę uczonych polskich.
Jest jeszcze jeden powód mojej irytacji. Prawicowy bełkot o „czarnej dziurze” odbieram jako atak na dzieło pokolenia Polaków, do którego należę, dzieło jakoby mało ważne, byle jakie. To podłe kłamstwo. Gdy wróciliśmy do kraju z wojennych frontów, z zsyłek, z obozów zagłady i cierpienia, z tułaczki i poniewierki – umęczeni i przerażeni fatalnym obrotem historycznej sceny, czyli ograniczeniem suwerenności narodu – zastaliśmy Polskę w ruinie. Nie zbiegliśmy z kraju, nie przelękliśmy się niebotycznych trudności, uczciliśmy ofiarę życia naszych braci, ale prócz płaczu na mogiłach bohaterów ruszyliśmy gromadnie do pracy i nauki. Szybko, prawie bez obcej pomocy, przywróciliśmy do życia nasze zniszczone państwo. Bywało, że toczyliśmy bratobójcze walki, w więzieniach i obozach doświadczaliśmy wielkich cierpień i zbrodni, ale równocześnie odbudowaliśmy miasta i przemysł, stworzyliśmy nowe gałęzie wytwórczości, po morzach i oceanach zaczęły pływać pod biało-czerwonymi flagami setki ogromnych statków. Nasi uczeni podnieśli na wysoki, światowy poziom naukę. Potrafiliśmy w pokojowy sposób odzyskać dla kraju pełną niepodległość.
Teraz umieramy, ale wielką krzywdą jest rzucanie nam w śmiercią zasnuwające się oczy obelgi „czarnej dziury”. Zasłużyliśmy sobie na szacunek młodych pokoleń. Chcemy umierać w chwale, a nie w pogardzie.

28 maja 2001 r.

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy