Zapach książki

Zapach książki

Polacy coraz mniej czytają i kupują coraz mniej książek. Ale na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie jak co roku były tłumy. Paradoks. Oczywiście, ale nie jedyny w naszych relacjach ze światem książki. Okazuje się, że więcej Polaków deklaruje czytanie książek, niż to faktycznie robi. Na szczęście, nie wypada przyznawać się do tego, że czytaniem nie męczymy naszych oczu. A skoro tak, to może jest jeszcze szansa, by od tego wstydu przejść do fazy bardziej aktywnego kontaktu z książką. I z prasą. Warszawskie targi są ciągle prawdziwym świętem książki. I świętem tych, którzy bardzo lubią czytać. Lubią też ten specyficzny zapach nowej książki. To jest szczególna publiczność. Bardzo różniąca się od tej, która zwykle dominuje na ulicy. Bardziej wyciszona i o niebo kulturalniejsza. I co ważne, najczęściej bardzo młoda. To kolejne pokolenie Polaków, które zafascynowane pisarzami i poetami wynosi ich na piedestał. Zmieniają się tylko idole, których autograf jest szczególnie cenny.
Dobrze, że są tacy ludzie. Gorzej, że zdolności nabywcze większości zwiedzających targi nie są na miarę apetytu. Widać, że oczy chciałyby kupić książkę, ale nie bardzo jest za co.
Święto książki trwało krótko. A rzeczywistość, niestety, skrzeczy. Tylko 26% gospodarstw domowych ma własne księgozbiory. Dominuje literatura naukowa i fachowa, książki szkolne i literatura piękna. Polska proza współczesna sprzedaje się tak źle, że wydawcy nie ujawniają nakładów. Sprzedanie trzech, czterech tysięcy egzemplarzy książki uważane jest za sukces. Małe nakłady sprawiają, że książki są i będą jak na przeciętną kieszeń za drogie. A skoro tak, to jakie są możliwości poprawy sytuacji? Wcale nie trzeba wyważać drzwi. Lekarstwo jest znane i praktykowane w wielu krajach. Zwiększenie dostępu do książki odbywa się głównie poprzez sieć bibliotek publicznych. Nie da się tego zrobić bez interwencji państwa i samorządów. Bez wsparcia finansowego na budowę takiej sieci. Dziś wydajemy złotówkę rocznie na zakup książek do bibliotek. Czy trzeba to komentować? Podobnie jak informację, że na jeden punkt biblioteczny przypada 170 tys. czytelników, gdy 10 lat temu było ich 700 tys.? Oszczędzanie na bibliotekach przynosi nieodwracalne szkody. Odwrócenie tego złowrogiego trendu mogłoby być najbardziej opłacalną inwestycją w edukację społeczeństwa. Mogłoby być. Tylko że bibliotekarki nie zablokują drogi i nie będą okupować ministerstwa. Kto więc im i nam wszystkim pomoże?

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy