Koniec ery księcia Bismarcka

Zapiski polityczne
4 czerwca 2003 r.

Otto von Bismarck, książę, pierwszy kanclerz Cesarstwa Niemieckiego, polityk skrajnie prawicowy, żarliwy wróg Polaków został niedawno przez jakiegoś niedouka postawiony w jednym rzędzie z Hitlerem i Stalinem, a przecież mało któremu z wybitnych mężów stanu XIX w. należy się tyle uznania co jemu, twórcy istniejącego i działającego po dziś dzień systemu ochrony socjalnej ludzi starych i chorych, inwalidów i tych wszystkich, których bezwzględny kapitalizm trzymał w pracy bez ograniczeń koniecznych do godnego życia robotnika.
Książę nie był socjalistą i nie z miłości do ludzi pracy stworzył wspaniały system ochrony socjalnej znacznej części społeczeństw europejskich. Socjalistów ścigał, jak mógł, i nawet doprowadził do uchwalenia wrogiej im ustawy, ale rozumiał, że tylko taka ochrona może zapewnić spokój społeczny w mającym wilczą mordę kapitalizmie. Ten, kto napisał niedawno owe porównawcze do Hitlera i Stalina twierdzenia, nie jest sam sobie winien. W Polsce działalność księcia Bismarcka – tak nam zdecydowanie wroga – sprawiła, że tylko o tym uczono w szkołach i tak chyba jest do dzisiaj. Nie jest nam bowiem znany ów – tak długie lata dominujący w Europie – ład bismarckowski, czyli podwaliny trwałego systemu odpowiedzialności państwa za przyzwoite warunki socjalne ludzi pracujących najemnie.
Niestety, ów ład, owo zabezpieczenie pracujących przed żarłocznością kapitalizmu właśnie teraz dobiega do końca. Ten koniec nazwa się reformą finansów publicznych , która w wielu krajach wywołuje gwałtowne protesty, powodowane systematycznie postępującym ograniczaniem praw i przywilejów pracowniczych. Na te przywileje i prawa czyhali od dawna ekonomiści liberalni, tacy Balcerowicze do kwadratu, gdyż one rzeczywiście psują wolnorynkowe gry konkurencyjne. Toteż przez Francję już, a przez resztę Europy za chwilę, toczą się lub będą wkrótce się toczyć potężne demonstracje sprzeciwu wobec zanikania
owego wspaniałego staroświeckiego (jak można dzisiaj go nazwać) ładu bismarckowskiego.
W Polsce – jak na razie – zjawisko sprzeciwu występuje wyspowo; raz po raz tu i ówdzie podnoszą się protesty i co gorsza, może na szczęście, nie widać ich końca. Przyczyn porzucania rozumnych idei pruskiego satrapy jest współcześnie wiele. Po pierwsze, zmienia się struktura demograficzna większości rozwiniętych gospodarczo krajów. Zachodnie państwa ratowały się przez długie lata importem robotników ze stron przeludnionych. Francja ma teraz problem z przywiezionymi z kolonii muzułmanami, Niemcy mają swoje kłopoty z Turkami, Kurdami i mieszkańcami byłej Jugosławii oraz z Grekami. W Anglii są całe kłopotliwe dla państwa dzielnice ludności kolorowej. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są stale oblegane przez Latynosów, Polaków, Chińczyków i kogo jeszcze Pan Bóg obdarzył wielodzietnością.
Cała ta napływowa siła robocza zadowala się początkowo umiarkowanym dobrobytem, ale zmieniające się pokolenia żądają coraz więcej i uzyskują to, dając w zamian ręce do pracy. Drugi kłopot z tym, że te ręce przestają być potrzebne. Przez świat kroczy – prawie przez polskich badaczy zmian gospodarczych niedostrzegana – rewolucja technologiczna wypierająca z procesów produkcyjnych żywych ludzi. Paskudnych ludzi, których wymagania od pracodawców stale rosną, nie mówiąc już o takiej wredności jak zapisywanie się do związków zawodowych bądź ich tworzenie w krajach ongiś socjalistycznych.
Wracam stale do tego tematu, lecz do szału doprowadza mnie systematyczne rozwijanie miraży o tworzeniu nowych miejsc pracy z pomijaniem podstawowej prawdy i zasadniczej cechy naszej epoki, a mianowicie o masowej likwidacji owych miejsc przez nowoczesną technologię produkcji osiąganej przez automatyzację i komputeryzację zakładów wytwórczych.
Do zwiększania zyskowności przedsięwzięć gospodarczych nowe miejsca pracy nie są już potrzebne, zaś cała ekonomia liberalna jest oparta na kryterium zyskowności działań na wolnym rynku.
Do tego bilansu zdarzeń likwidujących ład bismarckowski trzeba jeszcze koniecznie doliczyć odwrócenie piramidy demograficznej. W skrócie można to tak przedstawić: dawniej ludzie umierali wcześnie, a rodzili się licznie. Teraz my, starcy, żyjemy do znudzenia długo, a młodych rodzi się mało, co daje w efekcie strasznie kłopotliwe zjawisko. Jest coraz więcej emerytów i rencistów, coraz mniej rąk do pracy, a i te które są, zostają coraz częściej zastępowane przez automaty i komputery. Dawniej piramida demograficzna stała na solidnej szerokiej podstawie, zwężając się ku górze. Teraz jeszcze nie jest tak, że piramida stoi na czubku, ale u góry rozszerza się coraz widoczniej, w czym pomaga nowoczesna medycyna, przedłużając życie starców i pobieranie przez nich rent i emerytur do bardzo późnych lat życia.
Rodzi się więc pytanie, gdzie jest miejsce na ów dobroczynny ład bismarckowski. Odpowiedź jest tragicznie lakoniczna: NIGDZIE! Toteż związki zawodowe wyhodowane na książęcych pomysłach pokoju socjalnego burzą się bądź zaczynają burzyć WSZĘDZIE!
Wyjście z tej sytuacji wymaga bardzo zasadniczych przekształceń całego współczesnego systemu ekonomicznego i społecznego. Marsze protestacyjne, demonstracje i przedwyborcze obietnice likwidacji bezrobocia to zaledwie pozory działania. Na drodze ku pomyślnej przyszłości wyrósł nam wysoki, bardzo stromy mur – czyli jak na razie ściana płaczu. Możemy jak jerozolimscy Żydzi wtykać w nią karteczki zapisane błaganiami do Boga o zmiłowanie, ale jak wiadomo, najwyższa istota nakazuje rodowi ludzkiemu przede wszystkim zaradność i zapobiegliwość własną. Pozostaje nam prosić o zesłanie na ziemię nowego księcia Ottona von Bismarcka, skutecznego i energicznego satrapę. Oby tym razem nie był znowu wrogiem Polaków.

Wydanie: 24/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy