Polski Bóg przyniesiony w teczce

TELEDELIRKA

W pierwszą niedzielę grudnia, późną nocą, w klimacie spotkania pierwszych chrześcijan w katakumbach, nadano spektakl teatru Cricot 2 (z 1980 roku) „Wielopole, Wielopole”. Chodziło o to, by nie drażnić krzyżo- i wiaroobrońców, choć w tych przejmujących obrazach nie ma nic, co mogłoby kogokolwiek urazić, to jednak pamiętam, że gdy oglądaliśmy w połowie lat 80. tę autobiografię Kantora, pomieszaną z przeżytą przez niego w dzieciństwie ogólną traumą europejską, słychać było z różnych stron tam-tamy oburzenia, a to, że szarganie świętości, a to nadużywanie symboli, bo my jesteśmy bardzo wyczuleni na fasadową stronę religii.
Czy zamiast bojów o preambułę nie lepiej byłoby zająć się prostym naprawianiem zepsutej ideologii społecznej, zadbać o „wyspy dziecięcej biedy”, bo oto pojawił się nowy, bolesny termin ukuty przez socjologów, oznaczający miejsca, gdzie powstała podkategoria niedożywionych, źle ubranych, zaniedbanych dzieci bez szans na przyszłość? Przecież wiadomo, że hasło: Bóg, to dla większości polityków jedynie sposób podlizywania się Kościołowi.
Lewicowy rząd walczy o to, by nasz Polski Bóg Katolicki wkroczył razem z nami do Europy, wniesiony w preambule, jak niegdyś pierwszy sekretarz przyniesiony w teczce. A to jednak, proszę panów, nie jest to samo. Francuzi, którzy dawno rozdzielili państwo od Kościoła, i jakoś z tym, całkiem nieźle żyją, bronią się, jak mogą przeciw mieszaniu Boga i cesarza, ale nasza socjalistyczna międzynarodówka cierpi na zespół rozdwojonej jaźni.
Wśród wierzących powszechny jest brak zainteresowania Ewangelią, jej płaskie odczytywanie (pytanie, czy w ogóle ktoś, oprócz ludzi pokręconych, dociekliwych pisarzy, niedowiarków czyta u nas Biblię?), kurczowe trzymanie się klamki zamkniętej od środka na cztery spusty izdebki katolicyzmu, lęk, żeby przypadkiem nie zbliżyć się do okna i nie otworzyć go na świeży powiew chrześcijaństwa, bo wówczas stracimy zaściankowość, czyli naszą, za przeproszeniem, moralność. Tu znów popisało się PiS, otóż jednojajowi Kaczyńscy domagają się „suwerenności Polski w dziedzinie moralności i kultury”, oczywiście też „ochrony nienarodzonych”, bo ochrona tych, co już wegetują na Wyspach Dziecięcej Biedy, nie mieści się w programie.
Dziś na skraju Europy, gdy bliżej nam do mroku niż świtu, wówczas czujemy bliskość i wspólnotę z Tadeuszem Kantorem i jego sztuką. Na scenę weszły stare – nowe skompromitowane idee, i nie jest to tylko Imperium Ojca Rydzyka, pokazane w TV zamiast dokumentu o duńskiej rodzinie, bo to figurowało w programie. Mówi się, że film miał zostać przyblokowany, ale jednak przebił się na ekran. Telewizja będzie miała za swoje, ale tym razem chwała jej za pokazanie Wyspy Rydzykowego Bogactwa.
W filmie chodziło o niezapłacone podatki, brak rozliczeń fundacji, o kompletną bezkarność. Kiedy jednak dowiedziałam się w programie „Co pani na to?”, że większość fundacji, które powinny się rozliczać pokazuje wała urzędom skarbowym, od razu zrozumiałam, że ojciec Rydzyk czuje się sekowany. Przecież inni nie płacą, dlaczego więc jego się czepiają? Natychmiast po filmie nad rozgłośnią rozpostarto parasol ochronny, i nawet ci biskupi, którzy wcześniej zdążyli rozsądnie się wypowiedzieć, nabrali w usta galarety, czekając na znak.
No i doczekali się. W niedzielę 1 grudnia podczas modlitwy Anioł Pański Jan Paweł II pobłogosławił słuchaczy za pośrednictwem Radia Maryja. Ksiądz Stanisław Musiał pisze w liście do „GW”, że on rozumie słowa papieża całkiem inaczej niż jego znajomy, „zagorzały zwolennik RM”, który doniósł mu triumfalnie, że Ojciec Święty opowiedział się po stronie Rydzyka. Cóż, żal mi księdza Musiała, który sądzi, że papież apeluje o wsłuchiwanie się w jego słowa, że nie pozdrawia dyrekcji, a jedynie radiosłuchaczy. Jak mawiają starozakonni, może być tak, może być tak. Takie talmudyczne czy może ezopowe przesłanie otrzymaliśmy. I teraz głów się człowieku, wyciągaj wnioski, nikt wprost ci nic nie powie. Wszyscy wiedzą, że Kościół ma 2 tys. lat i nie takie grzyby zbierał. Stolica Apostolska trochę nadszarpnęła swą reputację przy księżach pedofilach. Biskup Paetz został złożony w ofierze mediom domagającym się sprawiedliwości; kleryk, co się stawiał, siedzi gdzieś głęboko w buszu.
Tu, na naszej Wyspie Katolickich Wartości, woda musi być czysta na powierzchni, tu nie Ameryka, gdzie wyznaczono specjalną kobitkę z FBI, Kathleen Mcchesney, która będzie czuwała nad etyką i moralnością księży i biskupów. Jakby tego było mało, biuro agentki FBI będzie uczyło rodziców, jak rozpoznawać molestowanie seksualne.
Czy wyobrażacie sobie, Drodzy Czytelnicy, podobne biuro u nas? Oto jakie elastyczne może być stanowisko Kościoła, jeśli wierni nie dostają drgawek na myśl o sprzeciwie, jeżeli księża i biskupi są twardzi, to wówczas popuszcza się im cugli.
U nas, w naszym zaścianku kto żyw, a nawet i ten, kto politycznie żywy mniej niż kukły Tadeusza Kantora, te wszelkie wskrzeszone z niegdysiejszych śniegów LPR-y, Kaczory wspinające się na palce, by sięgnąć po prezydenturę kraju, a nie tylko miasta, całe to teatralne towarzystwo polityczne, podłączy się teraz pod Radio pozdrowionego przez Ojca Świętego ojca Rydzyka, który ma władzę na duszami; władza to szmal, szmal to siła, nic więc dziwnego, że korzysta się z okazji, by zewrzeć szeregi, choć na chwilę.

 

 

Wydanie: 49/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy