I znowu pożegnania

I znowu pożegnania

Józefa Oleksego spotkałem raz tylko, na przyjęciu. Był to człowiek osobliwy. Osaczył mnie swoim nadmiarem, było go bardzo dużo i na dużym był gazie, wziął mnie niemal w ramiona, przytrzymał i patrząc ciekawie w oczy, pytał: „Panie Tomaszu, jaki sens ma życie, niech pan mi powie”. Panie premierze, życie nie ma sensu, ale musimy udawać, że jest inaczej. Tadeusza Konwickiego pamiętam jeszcze z lat 60., choćby z jadłodajni Związku Literatów Polskich, gdzie spożywali obiady warszawscy literaci. Studiowałem wtedy polonistykę, a jako syn pisarzy też tam chadzałem na posiłki. Mogłem więc spotykać na żywo licznych bohaterów moich studiów i nawet rozmawiać z nimi. Każdy pisarz chodził i spożywał w aurze jakichś swoich osiągnięć literackich lub w bólu bycia niedocenionym. I prawie wszyscy byli zbuntowani przeciw Polsce Ludowej, co miało swój wdzięk.

A kilka lat temu, jadąc samochodem, o włos potrąciłbym Konwickiego na pasach. Był, a jakby go nie było, szedł, jakby nie szedł, zwiewny i lekki jak duch. Może była dla mnie jakaś szansa, żeby przejść do historii literatury? W młodości nie lubiłem za bardzo prozy Konwickiego, też pewnie dlatego, że uważnie jej nie czytałem. Uważnie czytałem „W pośpiechu”, wywiad rzekę. Tu wyłania się bardzo ciekawa osobowość. Powiedzmy jednak prawdę. Pamięć o Konwickim ocaliły, nie wiem, czy na długo, „Gazeta Wyborcza” i sympatia Michnika. Nie piszę tego z wyrzutem. Gdy pytam młodych, inteligentnych, którzy, mam nadzieję, przeniosą jakieś kaganki kultury z wieku XX w XXI, to Konwickiego nie czytali. I nie sądzę, żeby zrobili to teraz. Teraźniejszość bezlitośnie czyści miejsce na przyszłość. Konwickiemu i tak się udało. Kilku jego rówieśników pisarskich utonęło już w zupełnym zapomnieniu.

Wędruję teraz różnymi ścieżkami myśli pisarza. W roku 1991, czyli niemal ćwierć wieku temu, Tadeusz Konwicki mówił w rozmowie z Adamem Michnikiem: „My nie zdajemy sobie sprawy, jak Rosja jest już zbombardowana przez świadomość globalną. Wyzbywa się cech, które jej przypisywaliśmy. Przede wszystkim agresji – moim zdaniem instynkt agresji imperialnej w Rosji zacichł. My jesteśmy dla Rosji jak drożdże”. Wtedy też tak myślałem. Chcę tylko pokazać, jak inteligencja mało ma wspólnego z przewidywaniem w polityce. A nawet gdybyśmy przewidzieli, że imperialny charakter Rosji znowu się obudzi, to co moglibyśmy zrobić? Brak choćby prób zbliżenia i porozumienia to byłby dopiero błąd. Przecież Rosja mogłaby pójść też inną drogą, gdyby nie Putin, który nie musiał dojść do władzy.

I teraz lepiej widzę, jak osobliwa była Polska Ludowa w drugiej połowie XX w., no, powiedzmy od 1956 r. Niektóre z moich odkryć po czasie są banalne. Czas wtedy płynął inaczej, wolniej. Nie był pieniądzem, pieniądze zaś miały mniejszą wartość niż dzisiaj. Ludzie grali w brydża, w szachy i dużo się spotykali. Do znajomych wpadało się bez zapowiedzi. Gdyby ktoś mi teraz tak wpadł, byłbym pewien, że szedł przypadkiem obok i miał zawał. Dzieci same chodziły lub jeździły do szkoły. A znani pisarze byli bardzo ważni. Tadeusz Konwicki, chociaż od końca lat 50. był wrogiem Polski Ludowej, mógł nakręcić siedem filmów i wydać jeszcze więcej powieści w ogromnych nakładach. Te dwie, których nie zaakceptowała cenzura, wydał w drugim obiegu, nosiłem je w plecaku w ramach tajnego kolportażu. Czyli reżim nie był aż tak surowy. Na pewno nie tak surowy, jak wydawało się nam, że jest.

W moim wewnętrznym filmie dokumentalnym są nagrane dwie sceny z Konwickim. Rok bodaj 1967. Przyjęcie, zwane wtedy prywatką, w domu jednego z pisarzy. Dorośli debatują w salonie, a my, młodzi, szalejemy w innym pokoju. Ogłuszająca muzyka, minispódniczki, wszystko wiruje. Widzę nagle, że na progu pokoju stoi Konwicki. Poprawia okulary i przygląda się nam jak Wyspiański na weselu. I moja głupia myśl: ten stary pisarz zazdrości nam naszej młodości. Miał wtedy ten stary Konwicki niewiele ponad 40 lat, co teraz wydaje mi się wiekiem niemal młodzieńczym. W roku 1990 podchodzę do niego w kawiarni Czytelnika. Pytam, czy zgodzi się na rozmowę o stalinizmie. Jak to możliwe, że on, żołnierz AK i partyzant z Wileńszczyzny, uwierzył. Okropnie się zdenerwował i nakrzyczał na mnie: „Wy, młodzi, chcecie nas teraz łapać za jaja. Ale niech pan zadzwoni”. Nie zadzwoniłem, jaka szkoda. Pewnie też dlatego, że wiedziałem, że ma trochę racji. I że moje intencje, 40-letniego młodego, nie są do końca czyste.

Zresztą Konwicki potrafił być szczery bardziej niż wielu jego kolegów. Pisał: „Byli młodzi, cudem ocaleni z wojny i chcieli żyć”. W książce rozmowie z Przemysławem Kanieckim mówi: „A ta żądza, chuć lustratorska, z czego to się bierze (…). Urodziwszy się w innym pokoleniu, w innym świecie, w innych układach, moralizować i pouczać ludzi z innego czasu, z innej epoki, jak powinni byli postąpić, to nie jest w dobrym guście”.

Ale jak to krzepi, panie Tadeuszu. Chociaż zgadzam się, że to „krzepa” żałosna.

Wydanie: 4/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy