Wraki

Wraki

Awantura o „święty wrak” trwa w najlepsze, choć obawiam się, że najgorsze jeszcze przed nami. Zacznie się, dopiero gdy Rosja nam go odda. Gdzie go złożyć: na Wawelu, pod oknami prezydenta Komorowskiego na Krakowskim Przedmieściu, a może na Jasnej Górze? Tymczasem wszystko wskazuje na to, że boeingi 787 Dreamliner, które LOT – skądinąd bliski bankructwa – idąc za przykładem linii etiopskich, zakupił za ciężkie miliony, częściowo za nasze pieniądze, to też nielotne wraki.
Przylot pierwszego do Warszawy potraktowano jak wielkie wydarzenie, niemal narodowe święto. Na Okęciu witał go sam Pan Prezydent. Powitany dreamliner, który okazał się wrakiem, został właśnie jako niezdolny do lotu zatrzymany w USA, inne (w tym etiopskie) z tych samych powodów również nie latają. Jakieś wrakowe fatum zawisło nad Polską.
Wedle słownika języka polskiego wrak to statek, samolot lub pojazd, który jest zniszczony lub wyeksploatowany i stanowi zagrożenie zarówno dla załogi, jak i dla otoczenia. Po wyroku w sprawie dr. Mirosława G. Polska dzięki sędziemu Tulei uświadomiła sobie, że nasze organy ścigania to również wyeksploatowany, niebezpieczny wrak. Wymagający co najmniej gruntownego, kapitalnego remontu lub po prostu oddania na złom.
Niby to wszystko wiadomo było od dawna. Każdy niby wiedział, że w IV RP prokuratura działała na polityczne zamówienie albo i gorzej – wedle odczytywanych lub zgoła odgadywanych intencji władz. Każdy wiedział, że służby powszechnie łamały prawo, choćby dokonując widowiskowych, ewidentnie niezgodnych z prawem zatrzymań, że trzymano ludzi w aresztach wydobywczych (na wniosek prokuratury, akceptowany niestety przez sąd!), że prokuratorzy cynicznie zaczęli nagle dawać wiarę tzw. skruszonym przestępcom, wynajdowanym przez policję w kryminałach. Przestępcom, którzy za drobne ułatwienia w odbywaniu kary gotowi byli przypomnieć sobie ni stąd, ni zowąd różne oczekiwane od nich rewelacje. Wszyscy wiedzieli o przekraczaniu granic dozwolonej prowokacji policyjnej i swoistym testowaniu przez funkcjonariuszy państwowych odporności obywateli na rozmaite pokusy. Wszyscy wiedzieli o szantażowaniu ludzi: albo jako świadek zeznasz to, czego od ciebie oczekujemy, albo sam dostaniesz zarzut i pójdziesz siedzieć. Wszyscy wiedzieli o nadużywaniu podsłuchów, o współdziałaniu organów ścigania ze sprzedajnymi dziennikarzami w organizowaniu nagonek na wskazane osoby, o nadużywaniu IPN do zbierania haków.
No, może z tym „wszyscy” przesadziłem. Nie wiedział o tym premier Tusk, który przez pół ostatniej kadencji trzymał Mariusza Kamińskiego na czele partyjnej policji, jaką było CBA, nie wiedział poseł Czuma, przewodniczący sejmowej komisji śledczej, która miała te nieprawidłowości tropić, ale niczego wytropić nie potrafiła. Nie bardzo chciała wiedzieć sama prokuratura – choć prowadziła kilka śledztw w sprawach nadużyć IV RP, to albo je poumarzała, albo prowadzi tak, by doczekać kolejnej zmiany władzy i wtedy umorzyć.
Nie bardzo też chciały wiedzieć media, które o takich zdarzeniach pisały i mówiły najwyżej półgębkiem, ostrożnie, aby nikomu się nie narazić.
Po uzasadnieniu sędziego Tulei już nie można udawać, że dalej nic się nie wie. Media zmieniły ton tak dalece, że może nawet sam premier nie będzie już mógł udawać, że nic nie wie, a Platforma w obawie przed opinią publiczną może wreszcie nabierze ochoty do rozliczenia łajdactw IV RP.
Ale nie będzie to łatwe. Trzeba bowiem jakoś wyjaśnić, dlaczego przez ponad pięć lat, od wygranych w 2007 r. wyborów, niczego w tej sprawie nie zrobiono.
Bardzo jestem ciekaw, co się stanie z tymi, którzy stosowali – jak to określił sędzia Tuleya – metody żywo przypominające te z czasów stalinowskich. Czy prokuratura będzie ich ścigać? A może przynajmniej odejdą z prokuratury i ze służb? Co się stanie ze śledztwami, które już się toczą, a raczej ślimaczą, w podobnych sprawach? Czy nabiorą nowej dynamiki? Można odnieść – oby mylne – wrażenie, że prowadzący je prokuratorzy zaczynają dzień od czytania sondaży w prasie. Gdy słupki PiS rosną, spowalniają śledztwo, gdy słupki PiS spadają, wykonują od niechcenia jakąś nową czynność, aby nikt nie zarzucił im bezczynności, a następnego dnia znów czytają sondaże…
Mam nadzieję, że Prokuratura Okręgowa w Zamościu, która prowadzi śledztwo dotyczące nadużyć prokuratorów w szczególnie znanej mi sprawie, nie działa wedle powyższego schematu, ale moja nadzieja jest, szczerze mówiąc, coraz słabsza.
Nawet w PRL po 1956 r. potrafiono ukarać lub co najmniej odsunąć tych śledczych i prokuratorów, którzy w czasach stalinowskich najdrastyczniej łamali praworządność. Czy III RP potrafi się zdobyć na to samo?
A może środowisko prokuratorskie spróbuje oczyścić się samo? Może nadgorliwców z czasów IV RP spotka jakiś środowiskowy ostracyzm? Może nie będą chronieni przez prokuratorskie sądy dyscyplinarne, de facto koleżeńskie? Może sądy te zerwą korporacyjną solidarność i przestaną bronić łajdaków, godząc się na uchylenie im immunitetów, czego dotychczas robić nie chciały? Może jeszcze nie cała prokuratura jest wrakiem? Może jeszcze poderwie się do lotu? Coraz bardziej w to wątpię. Ale może się mylę? Oby.

Wydanie: 4/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy