Zachęta

Sławny policyjny eksperyment, od którego zaczęła się wojna z bandytyzmem burmistrza Nowego Jorku, Giulianiego, polegał na tym, że w jednym z samochodów zostawionych na ulicy wybito, czy może tylko otworzono, szybę. I dalej już poszło – samochód został kompletnie splądrowany. Co to zresztą za nowość przedziwna, jakby nie było wiadomo, że najdłuższa droga zaczyna się od jednego kroku, a największą lawinę może poruszyć niemal ziarnko piasku. Tym ziarenkiem czy kamyczkiem, który się zwalił na dach Zachęty, okazała się szabla Kmicica w ręku Daniela Olbrychskiego. Ja bym się tam na Kmicica nie powoływał, bo nie był to przecież gigant intelektu, ale myślę, że sam Olbrychski nie jest zachwycony tym, co wpadło przez uczyniony przez niego wyłom. Olbrychskiemu można całą rzecz darować, wiadomo, że artyści to szaleńcy, wariat goni idiotę, nie ma o czym mówić.
Natomiast od polityków wymaga się trochę czegoś innego. Mianowicie rozumu. A przynajmniej powściągliwości w sprawach, na których nie znają się najlepiej. Ale chyba tych 91 posłów, jeśli nie rozum, to jakąś chytrość i cel miało. Nie wierzę ani przez chwilę w tę rzekomą miłość do Jana Pawła II, bo nikt go przecież niczym nie obraził. To po prostu próba przebicia w tej ogólnospołecznej licytacji. Dla pos. Tomczaka mam niemiłą nowinę: wedle listu bp. Dziwisza, papież akurat czyta moją książkę o Żydach (“Goj patrzy na Żyda”), a nie jest to praca najprzyjaźniejsza dla antysemitów. A zresztą, wedle mnie, antysemityzm wyrasta po prostu z głupoty, co znakomicie pasuje do osoby i stylu owego polityka. Ale z jakich powodów p. Tomczak postanowił w ten sposób obrazić papieża; czy chciał go zdyskredytować, czy po prostu niczego nie rozumie, nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Nie próbuję też dociekać, czy ostatnie wystawy w Zachęcie były dobre, czy złe, ale na pewno kazały o czymś myśleć. Wiem, że i moje pisanie może być raz lepsze, raz gorsze, ale zaczynam sobie zdawać sprawę, że pomaleńku i ja wpadam w sidła tego, co zawsze było najstraszniejsze, a mianowicie autocenzury. Już przy ostatniej książce miałem odrobinę owego posmaku, a teraz pisząc następną, zaczynam się głowić, jakby tu nikogo nie urazić, nie przydepnąć… A ja w ogóle bardzo mało mam w sobie z prokuratora, wszystkim ludziom i istotom raczej współczuję, niż ich oskarżam, więc tego rodzaju pobrzęk myślowy jest dla mnie w najwyższym stopniu nieprzyjemny.
Prawie sto osób domagających się sankcji za jakąkolwiek demonstrację estetyczną, prawie jedna czwarta parlamentu domagająca się w praktyce wprowadzenia cenzury to bardzo poważna sprawa. To nie jest pierwszy przypadek tego rodzaju i właściwie zawsze chodzi o jedno: o pozostawienie monopolu na sprawy religii, wiary, Kościoła, a teraz widzimy, że i sztuki jednej politycznie zorganizowanej grupie ludzi. Nie bardzo wiem, dlaczego mam podzielać ich opinię, nie bardzo wiem, dlaczego ich gusta estetyczne i urazy moralne mają skłonić wszystkich innych do milczenia.
Nie, nie sądzę, żeby Polsce realnie groziło wprowadzenie cenzury. To byłby już za wielki skandal, przecież jednak określone procedury demokratyczne istnieją i nie przestaną istnieć. Na dłuższą metę obawiam się raczej wielkich zaburzeń ideowych, bo polski katolicyzm jest, z jednej strony, wiarą pozorną, formą obyczaju czy nawet ostentacji obyczajowej, z drugiej zaś strony, fundamentalizmem bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Mówi się wprawdzie, że wiara jest łaską, ale chyba nie może być łaską głupota. Wiara w tej chwili, w naszej epoce to niebywale trudna w istocie sprawa i największa część inteligencji to agnostycy, ze smutnym uśmieszkiem nadziei. Jestem głęboko przekonany, że prawdziwa wiara musi się zmierzyć z ogromnymi przeciwnościami, a pseudowierzący odstąpią od Kościoła, kiedy tylko ich udział stanie się dla nich mniej korzystny. Podejrzewam, że wśród nich może być także niemało samych księży.
Ale tu właśnie odezwał się cenzor wewnętrzny i popukał palcem w czoło od środka.

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy