I po bitwie

I po bitwie

Jechałem głosować, kiedy radio doniosło o śmierci gen. Jaruzelskiego. Poruszenie. Moje życie byłoby znacząco odmienne, gdyby nie stan wojenny. Jakie by było? Nie wiem. Za to jestem pewien, że ta operacja, mimo swej monstrualnej skali i mocy, została tak skonstruowana, aby było jak najmniej ofiar. Też dlatego żyję.
Wojciech Jaruzelski bez sądu został skazany przez los na udrękę długiej starości i bolesnego umierania. Przez rok stanu wojennego życzyłem mu tego właśnie, ale od razu. A przecież o świcie 13 grudnia odetchnąłem z ulgą, gdy ujrzałem na czarno-białym ekranie zmartwychwstałego telewizora generała, który mówił po polsku: „Zwracam się do was…”. Nie przekonał mnie wtedy bynajmniej, o czym świadczą moje późniejsze losy…
W roku 1994 pisałem, że porządny człowiek nie doprowadza swojej biografii do takiego stanu i miejsca, że musi podejmować tak trudne i niemożliwe decyzje jak stan wojenny.
Wcześniej inwazja na Czechosłowację, czystki rasowe w armii do czwartego pokolenia, co jednak źle się kojarzy.
Generał był wieloznaczny, jak zresztą większość ludzi – człowiek jednoznaczny jest przerażający. I, co może najważniejsze, umożliwił łagodną transformację, zupełnie bezkrwawą, a radykalnie skuteczną, co może stało się wbrew jego woli, ale nie szkodzi. Małostkowi politycy, którzy odmawiają generałowi pogrzebu na Powązkach, zapewne zechcą kiedyś lustrować stare groby, kto może poleżeć na Powązkach, a kogo wyrzucić na Wólkę Węglową. Jakiś koszmar.
Od tygodnia tak powszechnie komentuje się wybory europejskie, że aż strach coś dodać. Na pewno dostaliśmy znak: nie ma żartów z duchowym kryzysem Europy. Populiści europejscy tak urośli też z powodu poirytowania, przekory, bezradności i zagubienia, co dotyczy szczególnie młodych. „Przejedliśmy naszym dzieciom przyszłość”, powiedziała mi niedawno kuzynka, przyjmując mnie w swoim zamożnym domu w centrum Londynu. Tak. I oni zaczynają to wiedzieć.
Znany polityk PiS już pakuje się do Brukseli i poucza: wszyscy polscy deputowani w europarlamencie muszą stać murem za Polską. A ja myślałem, że powinniśmy właśnie burzyć mury. Wąskie narodowe myślenie jest klęską Unii. I ten polski odruch wyciągania ręki: my biedni, skrzywdzeni, dawajcie kasę. A przecież my już nie tacy biedni ani nieszczęśliwi.
Niska frekwencja to znak, że kiepski jest stan naszego ducha, ale też jak źle ma się demokracja. Zastygła. A musi być w ruchu, inaczej wyrodnieje jak stawy człowieka. Jeśli nie uda się ożywić demokracji, biada nam.
Skala chamstwa w internecie, jakby puściły wszystkie tamy. Nienawistnicy stymulują się wzajemnie. Nie lekceważyłbym tego. Ten margines ma wiele negatywnej energii, a rozmnaża się błyskawicznie przez klikanie. Na tle Nowej Prawicy ta stara, prezesa, wydaje się całkiem cywilizowana i kulturalna. Oto rzeczy pozornie bezwzględne mogą się stać nagle względne. Nawet zajęcie Krymu zostanie Rosji wybaczone, jeśli da spokój wschodniej Ukrainie. Kto by w to uwierzył?
Upieram się, że nadal nie ma żartów z ogniami na Wschodzie. Niedawno wydana książka Floriana Illiesa „1913. Rok przed burzą” jest mozaiką zdarzeń i myśli zebranych w tym czasie. Znani artyści, politycy mówią i piszą. Żaden nie przewidział wielkiej wojny. Wprost przeciwnie, zapewniano, jak mało jest prawdopodobna, gdyż wspólne są interesy, panuje humanitaryzm i zdrowy rozsądek. Norman Angell pisał: „Epoka globalizacji uniemożliwia wojny światowe, ponieważ wszystkie kraje zbyt ściśle są ze sobą związane. I nikomu to przecież by się nie opłacało”.
Czy nie tak samo mówimy sto lat później, by uśmierzyć niepokój, który zresztą jest niewielki? Tyle mamy innych zmartwień. Ta książka kalejdoskop ma też piękny wymiar osobisty. W ostatnich dniach grudnia roku 1913 genialny poeta Rainer Maria Rilke nie czuje się dobrze. Jego stan zdiagnozowałbym jako depresyjny: „Najbardziej by mi teraz odpowiadało, gdybym był niby bez twarzy, jak zwinięty w kulkę jeż, który tylko wieczorem opuszcza przydrożny rów i ostrożnie wychodzi na górę i podnosi swą szarą mordkę ku gwiazdom”. Poetycki jeż Rilkego też nie wyczuł zbliżającej się apokalipsy.
Warszawa otrząsała się po wielkiej ulewie, gdy w Pałacu Prezydenckim rozpoczynało się spotkanie pary prezydenckiej z twórcami. Najpierw koncert, potem bal jedzony i gadany. Patrzę na ludzi, czas zrobił swoje, ci, którzy zginęli, zostali już pochowani. Wielu jednak rannych, laseczki, sztuczne biodra. Pewna artystka pyta: „A czy ja pana znam?”. Przedstawiam się. „Nie znam”, mówi i zupełnie szczerze dodaje: „Zresztą sama już nie wiem, zapomniałam nawet, że kiedyś miałam pamięć”.
Gdy wychodzę z zaprzyjaźnioną znaną piosenkarką, pod kamiennymi lwami dopadają nas paparazzi. I rozstrzeliwują fleszami. Oboje uważamy, że to jakiś koszmar, ale o ileż jest przyjemniej niż w Doniecku.

Wydanie: 23/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy