W kręgu fałszywych bogów

W kręgu fałszywych bogów

Klasyczne ujęcia zagrożeń dla wolności człowieka opisane przez Ericha Fromma w jego „Ucieczce od wolności” wskazywały na konformizm, skłonności destruktywne i autorytaryzm jako siły niszczące ludzką podmiotowość. W przeszłości rolę irracjonalnych autorytetów odgrywały religie, święte księgi, „ojcowie narodu”, różne bóstwa wzbudzające mniejszy lub większy strach. Zdaniem Fromma, u ludzi podległych oficjalnym autorytetom zawsze występuje „znamienna zależność od sił zewnętrznych, innych osób, instytucji, natury. Nieskorzy upierać się przy własnych sprawach, nie robią tego, na co mają ochotę, lecz poddają się faktycznym albo rzekomym nakazom owych zewnętrznych sił”. Dziś każdego dnia słyszymy w mediach i na poziomie oficjalnej ideologii o konieczności składania ofiar współczesnym bóstwom: rynkom finansowym, budżetowi, wzrostowi gospodarczemu, logice rynku. Kościół i religia już nie mają takiej mocy zniewalającej. Ale w ich miejsce pojawili się kolejni sojusznicy władzy: dyscyplina budżetowa i światowe rynki. To nowi współcześni bogowie. Podobnie jak ci z przeszłości, choć anonimowi, to jednak całkowicie spersonalizowani. To oni żądają i grożą, to oni – jak ludzie – wydają gniewne pomruki. To dla nich trzeba zaciskać pasa i przekładać własne pragnienia na bliżej nieokreśloną przyszłość. W przeciwnym wypadku mogą się pogniewać i rzucić plagę recesji. Szczególnie chętnie żywią się kolejnymi cięciami wydatków społecznych, nie pogardzą rosnącą armią bezrobotnych, zadowolą się też prywatyzacją całego sektora usług publicznych i oczywiście coraz tańszą siłą roboczą. Kapitalistyczne bóstwa są równie krwawe jak te sprzed setek lat. I nie znoszą żadnego sprzeciwu ani herezji. W Polsce największymi heretykami w mediach w ostatnim czasie okazują się związkowcy, którzy nie chcą w imię pięknej przyszłości pracować do śmierci. Polskie media w większości stojące na straży panujących świętych zasad nie mogą przejść obojętnie obok obelgi, jaką zafundowali kapłanom religii rynkowej związkowcy od Piotra Dudy. Ten ostatni ma szansę w krótkim czasie stać się uosobieniem diabła.
Pojawienie się nowych, fałszywych autorytetów być może jest jedną z przyczyn, dla których poziom autorytaryzmu w Polsce nie spada. Mówiono o tym podczas dwudniowej konferencji na temat społecznych uwarunkowań zachowań autorytarnych, która odbyła się w maju we wrocławskim Ossolineum. Prof. Jadwiga Koralewicz zwróciła uwagę, że choć powoli zmienia się stosunek do homoseksualistów i mniejszości narodowych, Polacy nadal masowo popierają karę śmierci i zgadzają się na stosowanie kar cielesnych wobec dzieci. Generalnie polski lud kierujący się chrześcijańskim miłosierdziem chętnie karze – im ostrzej, tym lepiej. W ten sposób może częściowo odreagować frustracje i własne niepowodzenia. Autorytaryzm utrzymuje się na podobnym poziomie jak 25 lat temu. Gołym okiem widać, że zastępy „prawdziwych Polaków” nie maleją. Patriotyczna młodzież stadionowa chętnie poluje na wszelkich obcych i zyskuje aprobatę PiS. Nacjonalistyczne i rasistowskie kręgi kiboli oraz „posmoleńskiej prawicy” gorliwie oddają hołd narodowym fetyszom i wzywają do obrony wyidealizowanych wspólnot plemiennych.
Ktoś, kto ceni wolność, w polskich warunkach jest zmuszony do obrony na dwóch frontach. Z jednej strony, narażony jest na spiskowe teorie wyznawców niepokalanego Narodu i czystego (narodowo, religijnie, rasowo) Państwa. Z drugiej strony, co dzień musi słuchać szantażu moralnego wyznawców światowych rynków i obrońców istniejącego porządku ekonomicznego. Jedni i drudzy wbrew pozorom mają wiele wspólnego. Cenią abstrakcyjne bóstwa, budują im ołtarze i chętnie składają na nich ofiary. W jakiś sposób połączył ich kult turnieju Euro – jedni, dzięki rywalizacji drużyn narodowych, mogą wznosić swoje plemienne okrzyki i podnosić poziom wrogości do innych nacji, drudzy dzięki Euro mogli przez kilka lat propagować kult rozwoju ekonomicznego i wzrostu gospodarczego. Nikt nie mógł im się przeciwstawić, a pozostałe wydatki na sprawy społeczne musiały zostać obcięte. Stadiony wymagały poświęceń.
Fascynacja masowymi imprezami sportowymi zawsze towarzyszyła głębokim kryzysom społeczno-politycznym. Rzym się walił i gnił od środka, a lud oglądał walki gladiatorów, aby uciec od własnych trosk i zmartwień. Przypominają o tym autorzy filmu „Czterej jeźdźcy apokalipsy”, wyświetlanego podczas znakomitego festiwalu Planete+ Doc Film Festival, który odbył się w maju jednocześnie w Warszawie i we Wrocławiu. Dzięki tej imprezie można sobie przypomnieć, czym jest dobry film dokumentalny. W tzw. telewizji publicznej (o komercyjnych stacjach prywatnych nie wspominając) trudno znaleźć dokument ukazujący troski dzisiejszego człowieka w kontekście burz na poziomie systemowym i makrospołecznym. Oburzeni szybciej pokażą się na polskich ulicach niż na polskich ekranach. A szympans z „Projektu Nim” ma w sobie więcej ludzkich odruchów niż ci, którzy budują egoistyczny ład społeczny i wznoszą hymny pochwalne na cześć fałszywych bogów.

Wydanie: 22/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy