Korzystam z okazji, by nie mieć zdania

Korzystam z okazji, by nie mieć zdania

Kolega profesor pytał mnie tydzień temu, czy jestem za wojną z Irakiem i czy wziąłbym udział w manifestacji przeciw polityce prezydenta Busha. Już odpowiadam. Pokój jest podstawowym, głównym, a może nawet jedynym celem rozumnej polityki. Państwo zostało ustanowione po to, aby wolnych ludzi, bezustannie szukających zwady i ciągle ze sobą walczących, zmusić do pokojowego współżycia. Jednakże nie pacyfiści wyprowadzili ludzi ze stanu walki wszystkich ze wszystkimi. Mikołaj Bierdiajew, filozof chrześcijański, pisze gdzieś, że początek państwu dał pierwotny bandyta, który był większym bandytą od innych i potrafił narzucić swoją wolę dużej ilości ludzi. Jego władzę ktoś przejął, a po tamtym przejął następny i w ten sposób w ciągu kilkudziesięciu tysięcy lat władza nabierała coraz większej regularności, zdobywała posłuszeństwo ludzi nie tylko przemocą, przybierała postać mniej lub bardziej szlachetnej monarchii i dochodziła nieraz do demokracji. Chciałoby się, aby demokracja trwała wiecznie, ale niestety nie trwa. Gdy zatrą się ślady i wspomnienia o poprzednich rodzajach władzy, „demokracja” rozpada się na dwie części: na demos, lud, i na kratos, władzę. Lud pogardza realną władzą, rządzących uważa za oszustów i złodziei. Pokój utrzymuje się w demokracji nie tyle dzięki władzy, co wskutek równowagi sił w społeczeństwie. Czy ustrój w państwie jest taki lub inny, ma on sens o tyle, o ile zapewnia pokój wewnętrzny.
Jeśli chodzi o pokój między narodami, to dziś pokłada się nadzieje w Organizacji Narodów Zjednoczonych i jej Radzie Bezpieczeństwa, w konwencjach i trybunałach międzynarodowych, a w Polsce wierzy się w sprawczą moc papieskich wezwań do pokoju. W moim skromnym przekonaniu, najlepszą gwarancją pokoju są dobrze wytyczone i dobrze strzeżone granice. Dodatkowym czynnikiem jest, a raczej była, zasada suwerenności państw w ich granicach. W naszych czasach granice znowu, jak w dawnych wiekach, stają się przenikalne, ale ma to zupełnie inne znaczenie, niż miało w czasach, gdy ludzi było mało i tylko nielicznym chciało się z ciekawości lub dla zysku przechodzić z kraju do kraju. Dziś wielomilionowe rzesze ruszyły z miejsca i nikt już nie śmie bronić świętości granic, tej ostoi pokoju międzynarodowego. Zasada suwerenności państw została gruntownie podważona przez ideę uniwersalnych praw człowieka i wynikającą z niej doktrynę obowiązku silniejszego do interwencji humanitarnej w państwie słabszym (odwrotny rozkład uprawnień byłby bez sensu). Nie występuje też obecnie równowaga sił. Potęgi gospodarczej i militarnej Stanów Zjednoczonych nie równoważy żadne inne mocarstwo, żadna koalicja, a nawet, zdaje mi się, wszystkie państwa na świecie razem wzięte.
Na jakie argumenty czy względy, Panie Kolego, mógłbym się powołać, gdybym zgłosił sprzeciw wobec amerykańskich planów wojny z Irakiem? Reżym, jaki tam panuje, jest niehumanitarny. Dlaczego zasada suwerenności miałaby zachować ważność w Iraku, skoro cała prawie Europa unieważniła ją w Serbii? Wreszcie dlaczego granice miałyby chronić Irak, skoro Europa uczyniła swoje granice przepuszczalnymi dla wędrówki ludów? Według panujących obecnie w Europie pojęć, Amerykanie mają prawo napaść na Irak. Odczuwam naturalną, biologiczną sympatię z milionami Europejczyków manifestujących przeciw planowanej wojnie, ale nie czuję się w najmniejszym stopniu zobowiązany do manifestowania ani posiadania poglądu za lub przeciw polityce Busha.
Polski rząd popiera Amerykę, co nie znaczy, że ma jakikolwiek wpływ na to, co ona postanowi. Podpisując deklarację poparcia, tworzy wizerunek, wizerunek podkreślam, sojusznika, na którym można polegać. Nasi politycy są przekonani, że specjalnie bliskie stosunki ze Stanami Zjednoczonymi dodają nam znaczenia w stosunkach z krajami Unii Europejskiej. Byłoby tak, jak sadzą, gdyby politycy europejscy tak jak polscy nie odróżniali pozorów od rzeczywistości. Polityka „wizerunkowa” należy do pozorów. Obrażone i godnościowe miny polskich publicystów i polityków po wypowiedziach Chiraca przypominają mi Polaków z „Braci Karamazow” Dostojewskiego. Ponieważ w Polsce wszystko jest zakłamane lub konwenansowe, należy dziękować Bogu, że znalazł się ktoś, kto powiedział Warszawie parę słów prawdy. Polscy politycy stracili nie jedną, lecz wiele okazji do milczenia.
Dlaczego, Drogi Profesorze, miałbym być za albo przeciw wojnie z Irakiem, skoro nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, co się stanie? Gdybym był atomem wielkiego ciała, jakim jest naród amerykański lub brytyjski, poruszałbym się razem z nim i jakiś determinizm popchnąłby mnie zapewne na ulice Nowego Jorku lub Londynu, gdzie przeżywałbym emocje razem z milionem protestowiczów. Takie manifestacje tam mogą wpłynąć na bieg wypadków, ale w Polsce nawet sprzeciw 38 milionów byłby tylko rekordem Guinnessa. Mój wpływ na wojnę z Irakiem jest do tego stopnia żaden, że wystarczająco ścisłe będzie zrównanie z moim wpływem na zburzenie Kartaginy, jakie nastąpiło 2149 lat temu.
Józef Maria Bocheński, dominikanin, ksiądz, profesor i ceniony w Europie filozof, dawał takie oto zalecenia w książeczce „Podręcznik mądrości tego świata”: „Nie wartościuj niepotrzebnie. (…) Nie przejmuj się tym, na co nie masz wpływu. Przejmowanie się sprawami ode mnie niezależnymi, złoszczenie się na nie jest oczywistą głupotą, bo jest bezcelowe, a nieprzyjemne. Jeśli jacyś oprawcy (cytuję dosłownie ojca Bocheńskiego) mordują niewinnych ludzi, to jest to zapewne przykre, ale jeśli nie mogę przyczynić się do położenia końca tym mordom, dlaczego miałbym się nimi przejmować?”. Łatwo było mówić księdzu Bocheńskiemu „nie przejmuj się”, ale jak tu nie przejmować się choćby losem Czerwonego Kapturka.

 

Wydanie: 9/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy