20 lat później

20 lat później

Pan prezydent Andrzej Duda oświadczył podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, że Polacy stawiali zbrojny opór komunistom jeszcze 20 lat po zakończeniu II wojny światowej, czyli do roku 1965, co spotkało się z nieodpowiedzialnymi kpinkami ulicy, zagranicy i łżeelit. Toteż trzeba sprawę jak najszybciej wyjaśnić, by położyć kres wszelkim nieporozumieniom. W 1965 r. prezydenta Dudy nie było jeszcze na świecie, nie może więc rzeczy firmować osobistym doświadczeniem (widziałem na własne oczy!). Ja przeciwnie – zbliżając się w 1965 r. do szesnastki, byłem już świadomym obywatelem i bacznym obserwatorem rzeczywistości. Do tego, co zresztą zostało mi do dzisiaj, pasjonowałem się zbieraniem grzybów. Jest to okoliczność nader istotna, gdyż w pogoni za borowikami i kurkami często wybierałem się z kolegami w przepastne bory. Otóż partyzant (antykomunistyczny, rzecz jasna) był wtedy w polskich lasach ssakiem popularnym. Nie wszyscy to dostrzegali, gdyż na widok człowieka partyzanci kryli się natychmiast w niedostępnych chaszczach lub zapadali w błota, gdzie trudno było cokolwiek wypatrzyć. Nie przepędzaliśmy ich stamtąd w rozumnej trosce o równowagę ekosystemu. Przez niemal ćwierć wieku partyzanci zrośli się przecież ze środowiskiem i nagłe ich zaginięcie mogłoby spowodować w przyrodzie nieprzewidziane zakłócenia. Zresztą partyzanci byli gatunkiem prawie nieszkodliwym. Skarżyli się na nich czasami tylko okoliczni chłopi, którym „wchodzili w szkodę”, wysuszając zakonspirowane w puszczach bimbrownie, wymuszając deputaty i ryjąc kartofliska w poszukiwaniu gruli do zapiekania w popiele przy akompaniamencie rzewnych pieśni bojowych. Dodać przy tym należy, że ogniska rozpalali przeważnie w rezerwatach, gdzie wszelki odstrzał aż do czasów ministra Szyszki był zabroniony, czuli się więc bezpiecznie i mogli spokojnie marzyć o III wojnie światowej.

Wyginięcie partyzantów w lasach łączy się bezpośrednio z otoczeniem przez ministra Mieczysława Moczara matczyną opieką organizacji pod tytułem Związek Bojowników o Wolność i Demokrację. Nic nieznacząca przedtem partyjna przystawka stała się wówczas zrzeszeniem „wszelkich” kombatantów. Kiedy ktoś żywił w tym względzie wątpliwości, tow. Moczar – co cytuje Krzysztof Lesiakowski – mawiał dobrotliwie: „Ofuknijcie tego człowieka, przecież Polski Ludowej nie będą budować starzy KPP-owcy, lecz społeczeństwo takie, jakie jest”, to znaczy obejmujące byłych akowców, sympatyków Londynu, prześladowanych w czasach stalinizmu itd. Na takie dictum rosnąć zaczęły szeregi kombatantów. W 1965 r. wstąpiło do ZBoWiD 20 258 bohaterów, w 1966 – 27 825, w 1967 – 27 554, w 1968 – 32 420. We władzach związku znalazł się płk Jan Mazurkiewicz „Radosław”, znany dowódca z powstania warszawskiego. Czy w tej sytuacji nie warto było, za cenę nieznacznej mutacji gatunkowej, wyjść z zarośli pełnych kleszczy? Tym bardziej że Moczar, ongiś sam partyzant, swoim i wesołym był gościem. Jak zeznają najobiektywniejsi świadkowie: „miło spędzał czas w otoczeniu zwykłych ludzi, harcerzy, ale również pisarzy typu Jana Dobraczyńskiego, pływał łodzią motorową po zbiorniku w Sielpi, wspólnie z innymi konsumował »prosty żołnierski obiad«: grochówkę, kiełbasę i chleb, oraz napoje, w tym te mocniejsze”. Albo: „nie był partyjnym ascetą. Wręcz odwrotnie. Prowadząc przez wiele lat otwarty dom, odwiedzając innych, uczestniczył w przyjęciach i spotkaniach. Wiele razy w sposób spontaniczny, np. po jakiejś oficjalnej uroczystości, zapraszał gości do domu. Wtedy były karty: brydż lub poker. Spożywano raczej proste potrawy, również alkohol. Jak było większe przyjęcie, wtedy tańczył”. Morowy chłop! Żeby zaś nasi partyzanci lat 1956-1965 specjalnie się nie nudzili, sprokurował im też kolejnego wroga. Zamiast komunistów – syjonistów (po polsku: Żydów). Po wielkiej zmianie ustrojowej tradycje te chętnie się połączyły, bo też poniekąd nawiązywały do leśnego pierwowzoru. W ten sposób narodzili się Prawdziwi Polacy walczący dzisiaj z macą i czerwoną zarazą.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 28/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 28/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 11 lipca, 2019, 04:02

    A bo to z niektorymi „obywatelami” jest taki problem, ze wciaz sie uczac, nie sa w stanie przyjac do lba podstawowej wiedzy i plata glupoty, robiac przy tym „madre” miny i usmieszki. Moze wplyw na mozg ma nadmierne zainteresowanie maloletnimy dziewuszkami typu „lesne ruchadelko” ?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. gggiaco
    gggiaco 11 lipca, 2019, 12:09

    Autorze! Albo nie znasz się na muzyce użytecznej, albo ci się pióro omsknęło. Wspomniane przez ciebie „rzewne pieśni bojowe” nie istnieją. Pieśń bojowe muszą być skoczne, bo inaczej żołnierz w boju mógłby roztkliwić się i zasnąć. Rzewne są zaś pieśni przy odpoczynku żołnierza przy ognisku. Wspomina wtedy, nierzadko popłakując, czasy pokoju, rodzinę, narzeczoną, -e, potrawy „przekanszane”* w rodzinnym domu, przyjemność płynąca z codziennej, ciężkiej pracy… Jestem z rocznika 1964 i nie wiem skąd mam te moje wiadomości. Z „Czterech pancernych…” ?

    * Bo wszyscy wiedzą, od Alp do Lamansza,że Polak nie je, Polak „przekansza”!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy