Jest prawda czasu i prawda ekranu

Jest prawda czasu i prawda ekranu

Nie przyjąłem zaproszenia do debaty po projekcji filmu Kaczmarka i Brauna o gen. Jaruzelskim w Programie 1 TVP. Uznałem bowiem, że nie jest możliwa sensowna rozmowa o filmie, który przez wiele dni, od rana do nocy, był namolnie reklamowany jako dokument. Widziałem ten produkt wcześniej i nazywanie go dokumentem uważam za bezczelne nadużycie, jak też za obrazę dla dziesiątków wybitnych polskich dokumentalistów, których dorobek jest tak szeroko znany i ceniony, że mówi się nawet o polskiej szkole dokumentu. Do debaty, by nie była kolejną pyskówką albo ulubioną grą prawicy, czyli kupą, panowie, na jednego, potrzebny jest w miarę obiektywny i merytorycznie sprawny moderator. Powierzenie tej roli Rafałowi Ziemkiewiczowi, skrajnie prawicowemu publicyście, którego poglądy są tożsame z tezami autorów filmu, jest zwyczajną kpiną z telewidzów. A i Ziemkiewicz nie zapisze sobie tego występu na plus, bo choć bardzo się starał, to nie sprostał oczekiwaniom własnego środowiska. Zgasili go redaktorzy Żakowski i Mazowiecki, którzy nie pozwolili, by Ziemkiewicz powtórzył numer z „Misia” Barei – że „jest prawda czasu i jest prawda ekranu”. Na ekranie prawdy nie było. Był za to żelazny pakiet bredni i kłamstw. Wyścig na epitety i wyzwiska. Konkurencja w tym, kto bardziej potrafi zgnoić postać tytułową. Z tak prymitywnym produktem polemika nie ma głębszego sensu. Autorzy filmu wydali wyrok na Generała i topornie próbowali go wykonać.
Bardziej interesujące niż filmik jest pytanie, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało, by puścić go właśnie teraz. I to z tak wielkim, propagandowym zadęciem. Przecież nie zadali sobie tyle zachodu tylko ku pokrzepieniu serc najbardziej prymitywnej części prawicy? Filmik jest jeszcze jednym produktem powstałym z mariażu PiS z Instytutem Pamięci Narodowej. Ta para od lat gwarantuje, że nic, co dotyczy naszej historii, nie jest przedstawiane uczciwie i obiektywnie. Za historię wzięli się inkwizytorzy, a za Generała toporny filmowiec lustrator w towarzystwie etatowych paszkwilantów z IPN. Czy czegoś innego można oczekiwać od ludzi, dla których prawdziwym bohaterem jest chociażby Józef Kuraś, pseudonim „Ogień”, morderca z Podhala, którego pomnik odsłaniał prezydent Kaczyński? Rodzinom licznych ofiar „Ognia” zostawiając troskę o ich mogiły i walkę o prawdę historyczną. Takich fałszerstw jak z „Ogniem” PiS z IPN mają na koncie bardzo wiele. To ich wyborczy matecznik.
Czy więc stratedzy PiS w kolejnej wojnie o historię widzą ostatnią szansę na reelekcję Lecha Kaczyńskiego? A może hołubieni przez PiS najskrajniejsi IPN-owscy historycy zerwali się z partyjnej smyczy i chcą iść jeszcze dalej niż partia braci Kaczyńskich? I czując, że lata IPN-owskiego bezprawia dobiegają końca, na stos rzucą swoich dawnych promotorów. Wcześniej ich kompromitując takimi akcjami jak operacja „Generał”.
Gen. Jaruzelskiemu PiS-owska prawica najbardziej nie może zapomnieć Okrągłego Stołu. Tego największego od stuleci polskiego sukcesu. Ówczesnego kompromisu i porozumienia. To ich boli bardziej niż wszystkie inne meandry jego żołnierskiego i politycznego życia. Na tę chorobę nie ma lekarstwa. Ale jest metoda, by się samemu nie zarazić. Zarażonych nienawiścią trzeba trzymać z daleka od zdrowych. I nie dopuszczać do władzy.

Wydanie: 6/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy