Polska gra i ugrywa

Polska gra i ugrywa

Prasa słusznie zarzuca prezydentowi i premierowi, że źle zachowują się wobec siebie tak w kraju, jak na forum międzynarodowym, czym ośmieszają kraj, którym rządzą. Już dwa-trzy lata temu wzmiankowałem na tym miejscu o przychodzących z Zachodu sygnałach, że polscy politycy zaczęli być traktowani trochę na wariackich papierach. Teraz jest to o wiele bardziej widoczne, mimo że dyplomacja i zwykła grzeczność nie pozwalają objawiać tego publicznie. Nasi reprezentanci korzystają jeszcze z taryfy ulgowej, ponieważ sądzi się, że demokracja w Polsce nie zapuściła głęboko korzeni, a poza demokracją rzekomo nie można wychować porządnego polityka. Infantylizm połączony z grubiaństwem jest i będzie długo jeszcze widziany jako licentia poetica polskiej dyplomacji.

Kluczem do zrozumienia obyczajów polskich polityków i komentatorów jest słowo „ugrać”. Sprawdziłem w kilku słownikach, jakie mam w domu, zaczynając od Lindego, i „ugrać” znalazłem dopiero w ośmiotomowym Kryńskim. „Ugrać” to tyle, co „zagrać”: „Ty masz palce bardzo twarde, ty byś nie ugrał (na skrzypcach)”. Trop błędny, jak widać. Słowo „ugrać” w znaczeniu, w jakim używają go politycy i ich przyboczni komentatorzy, pochodzi z żargonu mało honorowej populacji trudniącej się czymś zbliżonym do oszustwa albo i samym oszustwem. Znaczy ono mniej więcej tyle, co popularne wśród szulerów „ograć”, ale jest bardziej wulgarne.
Kręgi rządowe mocno zganiły prezydenta Kaczyńskiego za to, że nie wykorzystał wyboru nowego sekretarza generalnego NATO do ugrania jakichś korzyści, czyli ogrania naszych sojuszników. Prezydent – wielki patriota – chętnie by coś ugrał dla Ojczyzny, ale niestety wrodzonego talentu do ugrywania nie posiada. Jego specjalnością jest wetowanie, jak wiadomo, i chętnie je stosuje tak w kraju, jak za granicą. Rząd, zdaje się, na to liczył, że prezydent po prostu z przyzwyczajenia, które stało się jego drugą naturą, zgłosi weto przeciw kandydaturze Duńczyka Rasmussena i dzięki temu wybory nie odbędą się w przewidzianym terminie. Później by się zobaczyło, co można ugrać. Gdyby tak nastąpił impas, można by zgłosić oficjalnie kandydaturę pana Radka Sikorskiego i albo on zostałby sekretarzem NATO, albo by się go wycofało w zamian za skromniejszą korzyść, jak np. „stanowiska dla przedstawicieli Polski w strukturach NATO” albo „ukierunkowanie NATO na kwestie ważne z punktu widzenia naszej części Europy”, czyli – proszę, jacy skromni – podporządkowanie NATO polskiemu „prometeizmowi”.
Dla warszawskich „dyplomatołków”, jak odwrotną pocztą określił rząd eksminister Szczygło, było oczywiste, że według przedustawnej harmonii tego świata stanowisko sekretarza generalnego NATO należy się Polsce, zatem ewentualne wycofanie kandydatury Sikorskiego powinno być sowicie zrekompensowane. Ponieważ prezydent nie podjął się ulubionej roli wetującego, mamy klęskę. „W sprawie kandydatury ministra Sikorskiego Polska poniosła klęskę. (…) Dlatego, że poddaliśmy się, w zamian nie uzyskując nic”, napisał zrozpaczony red. Bartosz Węglarczyk w „Gazecie Wyborczej”. Na podkreślenie w tych zdaniach zasługuje słowo „klęska”.
Cała prasa daje polskiemu rządowi i prezydentowi za wzór postępowanie Turcji. Przelała ona na Rasmussena gniew muzułmanów z powodu karykatur Mahometa i nie ustąpiła, dopóki czegoś tam nie ugrała. Bardzo stosowny wzór dla kraju katolickiego. Należało tylko zawczasu poszukać, a z pewnością by się znalazły w duńskiej prasie jakieś karykatury Jana Pawła II. Cytowany red. Węglarczyk napisał jeszcze: „Turcy nie pretendują do grona mocarstw. Ale dzięki sprytnemu rozegraniu dyplomatycznej gry (…) będą za chwilę krajem ważniejszym w NATO niż np. Polska”. Dziwny sąd, jak na specjalistę od spraw międzynarodowych. Rola Turcji w NATO już jest, a nie dopiero będzie, nieporównanie większa niżeli rola Polski. Jeżeli nawet specjaliści tego nie wiedzą, to co Polska, pijane dziecko we mgle, może „ugrać” w stosunkach międzynarodowych?
Swoim „sprytnym rozegraniem” Turcja niczego istotnego nie „ugrała”, pogorszyła natomiast swój wizerunek w Europie Zachodniej i osłabiła szansę na przyjęcie do Unii.
Co do naszego prezydenta zaś, to brak talentu do „ugrywania” jest raczej jego zaletą. Swoją misję on widzi w popularyzowaniu odwagi w narodzie, za którą nagradza orderami i której sam codziennie daje przykład. Gdziekolwiek się ruszy, wszędzie za nim i przed nim podążają uzbrojone draby, a on się ich nie boi. Odważny jak historycy z IPN.

Wydanie: 15/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy