Małe, jasno oświetlone miejsce

Małe, jasno oświetlone miejsce

Wracam obsesyjnie do myśli, dlaczego tak mnie denerwują liderzy naszych partii opozycyjnych i lider KOD. Bo są tak niewystarczający w obecnych warunkach. Sytuacja wymaga polityków z klasą, jest zbyt poważna, by się kłócić o to, kto ma więcej zabawek w piaskownicy. I kto ważniejszy. Polska została zapaskudzona, dramat jest na dziesięciolecia, trzeba PiS jak najszybciej odsunąć od władzy. A przecież nawet jeśli się uda, co nie będzie łatwe, ten wrzód będzie ropiał i psuł to, co pozostało jeszcze do zepsucia. Media prawicowe, fabryki obłędu, głupoty i podłości, będą przecież pracowały z jeszcze większą mocą. Ktoś napisał na Facebooku, jakie są niezbędne kroki do usunięcia rządów PiS: 1. Usunięcie Mateusza Kijowskiego z bycia szefem KOD. 2. Usunięcie Ryszarda Petru z szefowania Nowoczesnej. 3. Usunięcie Grzegorza Schetyny z kierowania Platformą Obywatelską. To byłby może dobry pomysł, gdyby za plecami tych polityków stali politycy z klasą, ale jakoś ich nie widać. Może są w Nowoczesnej, ale Petru wydaje się nie mniej przywiązany do swojej funkcji niż Schetyna i Kijowski. Na pytanie, co dla nich ważniejsze, „ja” czy Polska, odpowiedzą Polska, ale ja im nie uwierzę.

Dwa dni w Krakowie i w Katowicach, sesja poświęcona szwedzkiemu poecie, nobliście Tomasowi Tranströmerowi. Panele, wykłady, dyskusje, koncerty. Jest żona pisarza Monika. Tylu poetów bliskich, a od tak dawna niewidzianych: Zagajewski, Krynicki, Maj. To, że tak rzadko się spotykamy, też jest znakiem czasu. Mówiąc o Tranströmerze, wspominam poetę, którego znałem w dwóch postaciach, był przed wylewem i po, ale obaj byli niezwykli. Opowiadam, jak dwa razy czułem się z Tranströmerem tożsamy, jak „podszyłem się” pod niego.

Jest rok 1990, w podziemiach Akademii Szwedzkiej czytam przekłady jego wierszy po polsku, on swoje po szwedzku. Tłum ludzi, półmrok. Już po spotkaniu stoimy na małym rynku Starego Miasta, przed Akademią. Jest pisarka Agneta Pleijel, Tranströmer i ja. Żegnamy się, odchodzą oboje i nikną za rogiem średniowiecznej kamienicy. Pomyślałem wtedy, że każde rozstanie jest na zawsze, bo nawet jeśli jeszcze się spotkamy, to już jakoś odmienieni. Dwa tygodnie potem dowiaduję się, że Tomas miał wylew, sparaliżowany może ruszać tylko lewą ręką. Rok 2011, jestem w studiu TVP Info, za chwilę wchodzimy na wizję. Czekamy, aż zostanie ogłoszony werdykt Akademii Szwedzkiej.

Przez tyle lat dzwoniły do mnie media: „Jeśli Tranströmer dostanie Nobla, czy pan coś o nim powie?”. Ale uparcie nagrody nie dostawał. Uznano w końcu, że Akademia Szwedzka uważa, że nie wypada dać Nobla Szwedowi. A jednak mam w telewizji ze sobą tomik wierszy Tranströmera. Zbliża się chwila ogłoszenia werdyktu. Widzę w studiu poruszenie za szybą. Tranströmer! Pokazuję książkę… Prowadzący zakończył program słowami: „Mówił przyjaciel Tranströmera”. Gdybym zaprzeczył, zabrzmiałoby to niegrzecznie, więc tak poszło. Od południa do nocy paradowałem po mediach jako przyjaciel poety, im dalej w las, tym trudniej było mi to sprostować. Po kilku godzinach wywiadów i komentarzy czułem, że nie tylko wyczerpałem Tranströmera, ale też sam jestem zupełnie wyczerpany. I że to ja dostałem Nobla. Ale nie mogę przyjąć, nie zasłużyłem.

Wracając do tych tranströmerowskich dni – to, że udało się w obecnych czasach je zorganizować, że było tyle ludzi, a to trudny poeta, jest cudem. Szwedzi mówili mi potem, że w ich kraju byłoby to niemożliwe. Coś więc ocalało z tej dawnej Polski, gdzie poezja była taka ważna. I jest to tworzenie małych, jasno oświetlonych miejsc w ciemniejącym współczesnym polskim krajobrazie.

W czasie tych dni rozmawiałem długo z Maćkiem Zarembą. Znamy się do dawna, jedna z największych „polskich karier intelektualnych” w świecie. Jest obecnie najbardziej cenionym szwedzkim eseistą i publicystą, autorem niezwykłych książek o Szwecji. Opowiada mi, jak kolejni szwedzcy premierzy, którzy bynajmniej nie kojarzą się nam z drapieżnością, nawet Olof Palme, wycinali ze swojego otoczenia wszystkie większe osobowości. To jak widać żelazny mechanizm polityki. Jest jakby bezpieczniej i przyjemniej rządzić bez czyjegoś oddechu na plecach. Może więc mniej powinniśmy się gniewać na Tuska, że oczyścił teren wokół siebie. Chociaż szkoda.

Ryszard Przybylski pisał w „Sardanapalu. Opowieści o tyranii”: „We wspólnotach takich jak państwo, może to być tyrania lub republika parlamentarna, władza dość szybko wyobcowuje się ze społeczeństwa, zaczyna je traktować jako instrument i w mniejszym lub w większym stopniu staje się bezkarna. Nabiera cech potwora. Jawnego lub obłudnego”.

Wydanie: 19/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy