Mit jedności narodowej i ukryte konflikty społeczne

Mit jedności narodowej i ukryte konflikty społeczne

W wywiadzie dla „Polityki” prezydent Bronisław Komorowski pytany o swoje polityczne marzenia na koniec kadencji odpowiada: „Marzę o tym, aby Polska była mniej podzielona i mniej skonfliktowana wewnętrznie”. Politycy, media i publicyści wokół wciąż mamroczą o jakiejś zgodzie i porozumieniu „polsko-polskim”. Zazwyczaj chodzi im o „historyczne porozumienia” i wiarę, że może istnieć polityka demokratyczna bez konfliktów, sprzecznych interesów i odmiennych wartości. Oczywiście jest to niemożliwe w społeczeństwie demokratycznym, a pełna uniformizacja poglądów i postaw występuje tylko w państwie totalitarnym. Najbardziej jednak szkoda, że żaden z tych piewców „zgody narodowej” nie ma na myśli porozumień społecznych i kompromisów pomiędzy różnymi grupami i klasami społecznymi. Co więcej, większość udaje, że nie dostrzega istniejących na tle ekonomicznym i finansowym podziałów pomiędzy Polakami. W tym samym czasie, kiedy mówią o pokoju między Polakami, szykują się do wojny… klasowej.
Trudno oczekiwać jednak wrażliwości społecznej po ekipie, która słowami ministra Jacka Rostowskiego za wzór rozwiązywania problemów społeczno-ekonomicznych stawia Margaret Thatcher – symbol niszczenia związków zawodowych i ograniczania wydatków publicznych kosztem Brytyjczyków ze środowisk pracowniczych. Rostowski jest tak zauroczony jej „stopniowym” stylem działania, który kazał jej „pięć razy reformować prawo o związkach zawodowych”, że zapomniał dodać, iż dla ratowania własnych notowań i lecącego na łeb poparcia dla konserwatystów Thatcher nie zawahała się – dla odwrócenia uwagi opinii publicznej – rozpętać wojny o Falklandy. Obecny udział polskich wojsk w okupacji Afganistanu nie sprawdza się w tej funkcji. Do tej pory, mimo że minęło blisko 30 lat od złamania strajku brytyjskich górników, tereny po upadłym przemyśle do końca się nie pozbierały. Chyba nie najlepsze wzorce chcą realizować ministrowie rządu PO.
Można mieć wrażenie, że dopiero teraz, 20 lat po upadku „realnego socjalizmu”, Polacy na własnej skórze poznają uroki kapitalizmu. Minione dwie dekady były pewnym okresem przejściowym. Elity władzy nie do końca wiedziały, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Był cały czas dość spory opór społeczny wobec rynkowych reguł gry. Teraz pole zostało zupełnie wyczyszczone z potencjalnych masowych protestów i biznes przy wsparciu politycznym PO może przystąpić do ostatecznej deregulacji i komercjalizacji życia społecznego. Zagrożeń oporem wobec tych planów na razie nie ma. Jak pokazuje raport z badań CBOS, przynależność do organizacji związkowych wciąż maleje. O ile w 1991 r. 19% ogółu dorosłej ludności Polski deklarowało członkostwo w organizacjach związkowych, o tyle w 30. rocznicę powstania „Solidarności” liczba związkowców spadła do beznadziejnie niskiego poziomu 7% społeczeństwa polskiego. Jednocześnie blisko 40% zatrudnionych i żyjących w „demokratycznej Polsce” twierdzi, że w ich zakładach pracy nie ma możliwości tworzenia związków zawodowych!
Wszystkie te przemiany odbywają się zresztą przy aplauzie dyżurnych publicystów i posłusznych mediów, które domagają się „przyspieszenia reform”. Pod tym pojęciem nie kryją się jednak działania, jakie towarzyszyły od około 200 lat różnym ruchom społecznym walczącym w Europie o poprawę jakości życia zwykłych ludzi. Reforma przez cały XIX i XX w. była synonimem zdobywania przywilejów socjalnych, poprawy warunków pracy i ogólnego postępu społecznego. Dziś to słowo w ustach polityków i wielkich koncernów medialnych oznacza coś przeciwnego – likwidację praw socjalnych, obniżenie standardów życia pracowników i powrót do „dzikiego kapitalizmu” rodem z XIX w. Reforma to już nie postęp, ale cofnięcie się do czasu sprzed jakichkolwiek porozumień społecznych. Ci, którzy chcą zrywać wszelkie gwarancje równowagi pomiędzy ludźmi o różnym położeniu w strukturze społecznej, mówią o zakończeniu wojny polsko-polskiej. Cynizm czy ignorancja? A może zgoda tylko między PiS i PO? Lub też pełna miłość między rządem a wielkim biznesem?
Ostatnie decyzje na to wskazują. W tym samym bowiem czasie, kiedy ogłaszano plany zamrożenia wszelkich podwyżek w budżetówce, premier Tusk dawał gwarancje przedstawicielom wielkich funduszy zwanych emerytalnymi, iż kran z pieniędzmi dla nich nie zostanie przykręcony. Nieważni są przyszli emeryci, nieważny budżet państwa, liczy się solidarność klasowa z przedstawicielami biznesu. Zarządy OFE mogą spać spokojnie. Podobnie zresztą jak zarządy banków. Podatek wobec banków? Cóż za archaiczny pomysł. Jeśli opinia publiczna będzie naciskała, to może jakiś symboliczny gest się uczyni. Ale tak, żeby nie skrzywdzić biednych bankowców.
Dobrze by się stało, gdyby Kaczyński w swoim szaleństwie wyprowadził kierowaną przez siebie ręcznie partyjkę na margines polskiej polityki – sprowadził PiS do roli sekty w stylu dawnej LPR, a następnie pozwolił jej się rozpaść. To oczyściłoby pole do realnej rywalizacji między lewicą a prawicową PO. Mógłby wówczas w pełnym świetle ukazać się już nie bój o historię i interpretację przeszłości, ale spór o model społeczno-ekonomiczny i odmienne interesy poszczególnych sektorów społeczeństwa. Jednak już dziś lewica powinna twardo bronić interesów pracowniczych i resztek osłon socjalnych. Nie ma już gdzie się cofać – dalej jest tylko ściana, bezwzględny wyścig szczurów i skazywanie ludzi na łaskę i niełaskę rynku. Tak się nie da żyć na dłuższą metę.

Wydanie: 37/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy