Winnicka guru

Winnicką porwało na Wschód. Stało się to dostatecznie dawno temu, żeby wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Były z tego książki, była też Akademia Życia, chyba zresztą istniejąca do dzisiaj, a kierowana przez jej uczniów. A całkiem ostatnio Lucyna Winnicka napisała i wydała książkę „W poczekalni nieba, rozmowy o życiu i śmierci”. Wydawały ją „Iskry”, a wydały bardzo pięknie, bo splatają się tu wiersze, malarstwo Dudy-Gracza, rozmowy z przeróżnymi ludźmi i refleksje samej autorki. Całość bardzo misterna.

Ale po przeczytaniu czytelnik nie jest wiele mądrzejszy, niż był przedtem. Znam, znam dobrze tę pokusę, żeby spotkać kogoś, jak to naprawdę jest z naszym życiem i śmiercią, ale przecież nie ma nikogo takiego, kto by cokolwiek wiedział naprawdę. To pyta dziecko, które nieuleczalnie jest w nas. Winnicka wie, jaką odpowiedź otrzyma od fundamentalistów wszelakiego autoramentu, wobec czego, i słusznie, nie pyta ich wcale. Zresztą jeśli nawet są w naszych czasach fundamentaliści, to nie jako zawodowi, lepiej ich zostawić w spokoju. Rozmówcy Winnickiej są właściwie bez wyjątku agnostykami różnej maści, głównie członkami tego samego, inteligenckiego środowiska. W efekcie nikt nic nie wie, zresztą skąd?

Na mnie w każdym razie prawdziwe wrażenie wywarło tylko pojęcie „Otchłani” wprowadzone przez Andrzeja Wiercińskiego.

My naprawdę nie wiemy, co począć ze śmiercią. Boimy się jej, boimy się unicestwienia, wygaśnięcia naszej świadomości, na ogół poprzedzonego przez ciężkie chwile. Nie wiem, czy lepiej umierać świadomie, czy też nie. Najgorszy jest w tym wszystkim strach przed samym strachem, wyjątkowo zjadliwą formą cierpienia. Najczęściej nie przyjmujemy śmierci wcale do świadomości, próbujemy wypchnąć ją w ogóle z naszego myślenia, co się nieraz kończy wybuchem paniki. Średniowiecze postępowało odwrotnie, ba, ale do tego potrzebna była niezłomna wiara.

Starożytni nie spodziewali się na ogół po zaświatach niczego dobrego, toteż mogła im nieść pociechę idea absolutnego końca w chwili śmierci. Ale czasy nowożytne mają inny pogląd: przypomnijmy sobie Ibsenowskiego Peer Gynta, który wybrałby najgorsze piekło, byleby tylko istnieć. W 150 lat po Ibsenie raczej już w piekło nie wierzymy, ale unicestwienie…

Osobiście mam trochę nadziei, że do tego nie dojdzie. Po prostu materia nie jest definitywnym fundamentem wszystkiego, ale raczej rzeczywiście rodzajem przesłony, a w każdym razie, co już wiadomo na pewno, to to, że związki tego, co materialne, z tym, co duchowe, potwierdziły się. Myślę o cudach Sathia Sai Baby, o bilokacji, o ektoplazmie spirytusów, o poltergeistach i wielu innych dowodach na znikliwość i nietrwałość materialnych rzeczy. Materii ufać nie można, ale czy można ufać duchowi?

Jego najbardziej oczywisty wyraz, czyli język, jest straszliwie niepewny; ujmuję to najczęściej w formule, że „tak” i „nie” to prawie to samo. Wychodzi na to, że formuła, która wprawiła nas wszystkich w osłupienie: „Jestem za, a nawet przeciw”, miała głęboki sens, oczywiście nie przeczuwany przez autora. Świadomość z kolei nie daje się ściśle ani w ogóle zdefiniować, ponieważ musiałby definiować siebie samą. Czyli w najczulszych sprawach nie możemy się dogadać, ani niczego zrozumieć. Na tym wszystkim budujemy metafizyczne systemy, które w sumie są niewiele warte, a jeden przeczy drugiemu.

Winnicką, jako się rzekło, zauroczył Wschód, nie ją jedną, nie po raz pierwszy w dziejach. Joga, medytacja, łączność ze wszechbytem – co się sprowadza do transu, do zawieszenia naszej krytycznej świadomości. Nie każdemu się to udaje, a poza tym, to jednak trochę podejrzane. Jeśli jest jakaś wiedza wyższa i lepsza, to w imię czego potrzebne nam było wykształcenie świadomości osobowej, indywidualnej, którą potem należy tak heroicznie zwalczać? Jestem za (a nawet przeciw), ale nie rozumiem niczego. Sokrates by rzekł, że właśnie zrozumiałem całkiem sporo.

 

Wydanie: 4/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy