Logika przeklęta

Logika przeklęta

Minęło prawie 70 lat od zakończenia II wojny światowej. W normalnych krajach jest to od dawna cezura pozwalająca przenieść minione już dni do podręczników historii i czcić je od czasu do czasu w fajerwerkach rocznic, podczas których dawni wrogowie ściskają sobie ręce w ucieczce od onegdysiejszych nienawiści. Ten czas właśnie wybrał IPN na wskrzeszanie pamięci „żołnierzy wyklętych”, czyli tych, którzy z bronią w ręku walczyli z Polską w jej kształcie powstałym po wejściu wojsk radzieckich. W wersji IPN były dwie równorzędne okupacje: niemiecka i sowiecka. Tutaj nie ma już tezy historycznej, a zaczyna się jawne kłamstwo, do polemiki z którym nie warto się właściwie zniżać. Odpowiedź jest bowiem najprostsza: kominy Majdanka i Oświęcimia przestały dymić, otwarto polskie szkoły i uniwersytety, można było w nocy wyjść na ulicę, w dzień nie bać się łapanki, w Krakowie zaczęły ukazywać się „Tygodnik Powszechny” i „Przekrój”, były polskie teatry i polska matura. Oczywiście, że to wszystko było cenzurowane. Ale było! Kształtowało świadomość, przemycało, co tylko mogło. Korzystając z tego, że Picasso miał ciągotki komunistyczne, „Przekrój” pokazywał jego obrazy, będące jaskrawym przeciwstawieniem obowiązującego socrealizmu. Cały naród czytał między wierszami i, o dziwo, było tam co czytać. Oczywiście nie była to sielanka. Działy się też rzeczy straszne i zbrodnicze. Ale o odrobinę proporcji warto się upomnieć. Jeżeli IPN brzydzi się słowem wyzwolenie, niech uzna przynajmniej termin ocalenie, gdyż po upadku powstania warszawskiego trwała już Polska ostatnim wysiłkiem.
W tym momencie pewien margines społeczeństwa (używam słowa margines w sensie wyłącznie ilościowym) postanawia walczyć z „nową okupacją”. Znajdujemy tutaj szlachetnych doktrynerów idealistów, ludzi, którzy po latach konspiracji nie potrafili się odnaleźć w nowym świecie, wreszcie bandytów korzystających z trwającej jeszcze – tak im się wydawało – zawieruchy dziejowej. Niejednokrotnie wszystkiego tego było po trochu. Taki „Ogień” z Podhala był na pewno bandytą, człowiekiem przetrąconym przez wojnę i zdezorientowanym (od służby w UB do mordowania jego funkcjonariuszy), a jednocześnie chodziły mu po głowie jakieś miazmaty ideologii nacjonalistycznej, skłaniające do gnębienia niezbyt jasnej mieszanki Żydów, komunistów, Słowaków i wszystkich, którzy by mu się przeciwstawiali. IPN nie lubi rozróżniać idealistów i bandytów. Może ma w tym nawet nieco racji. Po tylu latach coraz trudniejsze staje się odsianie ziarna od plew. Pozostańmy więc przy absurdalnej statystycznie i moralnie doktrynie nieskalanych, ideowych „żołnierzy wyklętych”. Jedynym sensem ich działania była wiara w wybuch III wojny światowej. Zastanówmy się więc, czy mieli dla tego jakiekolwiek realne przesłanki. Rzeczy dzieją się już po Teheranie i Jałcie, po upadku opuszczonego powstania warszawskiego. Któż przytomny może jeszcze wierzyć w pomoc aliantów? W mowie fultońskiej Churchilla (wygłoszonej prawie rok po kapitulacji Niemiec, 5 marca 1946 r.), którą uznaje się za początek zimnej wojny, też nie ma żadnych militarnych akcentów. Rodacy wracający z obozów przejściowych czy wojsk polskich na Zachodzie tłumaczyli z rozgoryczeniem, że społeczeństwa alianckie są zmęczone, pragną tylko spokoju i powrotu do normalności. Co więcej, Stalin i Armia Czerwona są tam darzeni szacunkiem i wdzięcznością. I nie można tego zaliczyć do kategorii postaw „pożytecznych idiotów”. Ci niewdzięczni w stosunku do Polski Amerykanie, Anglicy, Francuzi – egoistycznie zapewne, lecz i racjonalnie – uważali, że każdy zabity krasnoarmiejec to jeden mniej poległy w ich szeregach. Może się mylili, może przelicznik nie był taki prosty. Ale nie mogło być tajemnicą dla nikogo, że tzw. Zachód jest siedliskiem społeczeństw demokratycznych. Powszechne przekonanie jest tam decydujące. Ktokolwiek opowiadałby się za kolejną wojną, straciłby władzę w ciągu następnego dnia. III wojna światowa była więc mrzonką, bajeczką dla dzieci. Co pozostawało?
Na ziemiach środkowej Europy, po Berlin, panowały potężne wojska radzieckie, przeciw którym opór zbrojny jakichś chłopców z lasu był jawnym bezsensem. Oczywiste było też, że Sowieci proklamują takie władze, jakie im się spodoba, a Zachód palcem nie ruszy. Jaka była alternatywa? Jedna tylko nawet w najbardziej antykomunistycznej logice: pielęgnować polskie szkoły, kulturę, tradycję, myśl patriotyczną. Chronić więc za wszelką cenę kapitał ludzki pozostały po hitlerowskiej eksterminacji narodowej inteligencji, kleru, artystów itd. Salwy „żołnierzy wyklętych” godziły w ten jedyny możliwy program. Nakręcały spiralę represji bez żadnej korzyści i żadnego realnego celu. Obiektywnie szkodziły więc interesom Polski. Niechaj wreszcie pseudohistorycy z IPN zdadzą sobie sprawę, że gloryfikując „żołnierzy wyklętych”, choćby w paru procentach byli ideowi i heroiczni, głoszą hymn ku chwale totalnej, samobójczej ślepoty politycznej. Myślę, że nie ma gorszej lekcji historii.

Wydanie: 38/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy